– Małpy tego nie odkopały. One nie ruszają mięsa. To te cholerne sępy.
– Sępy?
– Tak, sępy amerykańskie. One uwielbiają małpią padlinę.
– A może to szopy?
– Może. One uwielbiają ostrokrzew, ale nie sądzę, by jadały padlinę.
Spojrzałam na grób.
– Ciało leży na boku, prawe ramię tuż pod powierzchnią. Woń na pewno zwabiła padlinożerców. Sępy i szopy pewnie do spółki kopały i jadły. Wyciągnęły rękę i szczękę, kiedy rozkład osłabił stawy. – Wskazałam żebra. – Zjadły odcinek klatki piersiowej i to też wyciągnęły. Reszta ciała prawdopodobnie leżała zbyt głęboko, zbyt ciężko było się do niej dostać, więc ją zostawiły.
Kijem przyciągnęłam rękę. Chociaż łokieć nadal był w całości, brakowało końców kości długich; wzdłuż nierównych, sękatych brzegów widać było gąbczaste środki.
– Widzisz, jak odgryzły końce? To na pewno zwierzęta. A to? – Wskazałam mały, okrągły otwór. – To ślad zęba. Coś małego, pewnie szop.
– Skurczybyk.
– A resztę roboty wykonały robaki i kraby.
Podniósł się, wykonał półobrót i obcasem kopnął grudkę ziemi.
– Jezu Chryste. Co teraz?
– Teraz zadzwonisz do tutejszego koronera, a on albo ona, zadzwoni do swojego antropologa. – Podniosłam się i otrzepałam dżinsy z piasku. – A potem wszyscy porozmawiacie z szeryfem.
– To jakiś pieprzony koszmar. Nie pozwolę ludziom pałętać się po tej wyspie.
– Nie muszą pałętać się po całej wyspie, Sam. Muszą tylko przyjść tutaj, zabrać ciało, może puścić psa, żeby sprawdzić, czy nie ma tu innych zwłok.
– Jak…? Cholera. To niemożliwe. – Po skroni spłynęła mu kropelka potu. Zaciskał i rozluźniał zęby.
Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Wokół brzęcząc krążyły muchy.
W końcu Sam przerwał ciszę.
– Musisz sama to wszystko zrobić.
– Co zrobić?
– To, co musi być zrobione. Wykopać to. – Kiwnął ręką w kierunku grobu.
– Nie ma mowy. Nie moja jurysdykcja.
– Gówno mnie obchodzi, czyja to jest jurysdykcja. Nie pozwolę żadnym palantom tu się kręcić, niszczyć wyspę, spieprzyć moją pracę i zarażać moje małpy. Nie ma mowy. To ja jestem cholernym burmistrzem, a to jest moja wyspa. Będę siedział w doku z bronią, jeżeli mi się tu zlecą.
Znowu na czoło wystąpiła mu żyła, a ścięgna szyi napięły się jak cięciwy łuku. Dźgał powietrze palcem dla podkreślenia każdego argumentu.
– Za ten występ należy ci się Oskar, ale ja i tak tego nie zrobię. Dan Jaffer z Uniwersytetu Południowej Karoliny w Columbia zajmuje się sprawami antropologicznymi w Południowej Karolinie i prawdopodobnie do niego zadzwoni twój koroner. Dan ma licencję i jest naprawdę świetny.
– Ale ten Dań Jaffer może być nosicielem wirusa gruźlicy!
Nie było sensu mu odpowiadać.
– To dla ciebie pryszcz! Mogłabyś go wykopać i przekazać wszystko temu Jafferowi.
Nadal nic nie mówiłam.
– Dlaczego nie, u diabła, Tempe? – Patrzył na mnie z wściekłością.
– Wiesz, że jestem w Beaufort w całkiem innej sprawie. Obiecałam tym facetom, że z nimi popracuję, a w środę muszę być z powrotem w Charlotte.
Tak naprawdę to wcale nie o to chodziło; ja po prostu nie chciałam mieć z tym nic wspólnego. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, by pogodzić się ze splugawieniem mojego wyspiarskiego sanktuarium przez obrzydliwą śmierć. Od kiedy pierwszy raz spojrzałam na szczękę, różne obrazy powiązane z przypadkami z przeszłości stawały mi przed oczami. Uduszone kobiety, okaleczone dzieci, młodzi mężczyźni z podciętymi gardłami i niewidzące oczy bez wyrazu. Jeżeli wyspa stała się sceną rzezi, ja nie chciałam w tym uczestniczyć.
– Porozmawiamy o tym w obozie – powiedział wreszcie Sam. – Nie mów o tym nikomu.
Ignorując jego władczy ton, zawiązałam moją chustkę na gałęzi ostrokrzewu i wróciliśmy.
Kiedy zbliżyliśmy się do drogi, dostrzegłam zdezelowaną furgonetkę w pobliżu miejsca, gdzie weszliśmy między drzewa. Samochód pełen był worków z pokarmem dla małp, a na platformie stał ponadtysiąclitrowy zbiornik na wodę. Sprawdzał go Joey.
Sam zawołał do niego:
– Poczekaj chwilę.
Joey potarł usta wierzchem dłoni i skrzyżował ręce. Miał na sobie dżinsy i bluzę z odciętymi rękawami i ściągaczem pod szyją. Przetłuszczone blond włosy zwisały z obu stron twarzy.
Patrzył na nas, kiedy się zbliżaliśmy, oczy ukrył za okularami przeciwsłonecznymi, a usta zacisnął w wąską linię. Jego ciało wydawało się nienaturalnie napięte.
– Niech nikt nie zbliża się do stawu – rozkazał mu Sam.
– Alice znowu dorwała małpę?
– Nie – uciął Sam. – Dokąd zabierasz tę karmę?
– Do miejsca dokarmiania numer siedem.
– Zostaw ją tam i wracaj.
– A co z wodą?
– Napełnij pojemniki i wróć do obozu. Jeżeli zobaczysz Jane, ją też przyślij.
Okulary Joeya zwróciły się na mnie i zostały tak na dłuższą chwilę. Potem Joey wsiadł do samochodu i odjechał, hałasując zbiornikiem.
Ruszyliśmy z Samem w milczeniu. Bałam się tego, co się miało wydarzyć, ale nie mogłam mu pozwolić się zastraszyć. Przypomniałam sobie jego słowa i wyraz twarzy, kiedy zobaczył grób. I coś jeszcze. Zanim do mnie podszedł, usłyszałam silnik. Może to była furgonetka? Ciekawe, jak długo Joey stał na drodze. I dlaczego właśnie tam?
– Kiedy Joey zaczął dla ciebie pracować? – przerwałam ciszę.
– Joey? – Zastanawiał się przez chwilę. – Prawie dwa lata temu.
– Można mu ufać?
– Można powiedzieć, że współczucie bierze u niego górę nad zdrowym rozsądkiem. To facet z ogromnym sercem, ciągle mówi o prawach zwierząt i martwi się, że przeszkadza małpom. Nie wie nic o zwierzętach, ale dobrze pracuje.
W obozie znalazłam wiadomość od Katy. Skończyła swoje obserwacje i poszła do doku poczytać. Kiedy Sam miał dzwonić, ja poszłam na brzeg. Moja córka siedziała w jednej z łodzi; zdjęła buty, wyciągnęła nogi przed siebie, a rękawy i nogawki podciągnęła tak wysoko, jak tylko się dało. Pomachałam do niej, a ona mi odmachała i wskazała na łódź. Pokręciłam głową i uniosłam obie ręce pokazując, że jeszcze nie opuszczamy wyspy. Uśmiechnęła się i wróciła do czytania.
Gdy wróciłam do obozu, Sam siedział przy kuchennym stole, rozmawiając przez telefon komórkowy. Przysiadłam na ławce obok niego.
– Kiedy on wraca? – rzucił do słuchawki.
Nigdy nie widziałam go tak poruszonego. Pauza. Uderzał w blat stołu ołówkiem, raz jednym, raz drugim końcem, przekładając go między palcami.
– Muszę z nim teraz pomówić. Nie możecie go znaleźć?
Pauza. Stuk. Stuk. Stuk.
– Nie, zastępca to mało. Potrzebuję szeryfa, Harleya Bakera.
Dłuższa pauza. Stuk. Stu… Grafit trzasnął i Sam wrzucił ołówek do kosza na śmieci stojącego po drugiej stronie kuchni.
– Nie obchodzi mnie, co powiedział, próbujcie dalej. Niech do mnie zadzwoni, tu, na wyspę. Poczekam.
Rzucił telefonem.
– Jak to jest możliwe, że ani z szeryfem, ani z koronerem nie można się skontaktować? – Przeczesał włosy palcami.
Okręciłam się na ławce, podciągnęłam nogi i oparłam się o ścianę. Lata znajomości nauczyły mnie, że najlepszy sposób na gniew Sama to zignorowanie go. Wybuchał nagle i znikał równie niespodziewanie.
Wstał i zaczął chodzić po kuchni, uderzając jedną dłonią w drugą.
– Gdzie, do diabła, jest Harley? Spojrzał na zegarek.
– Dziesięć po czwartej. Wspaniale. Za dwadzieścia minut zjawią się tu wszyscy, chcąc wrócić do miasta. Cholera, ich tu nawet nie powinno być w sobotę. Dzisiaj odrabiamy dzień stracony przez brzydką pogodę.
Kopniakiem wysłał kawałek kredy na drugi koniec pomieszczenia.
– Nie mogę ich zmusić do zostania tutaj. A może powinienem? Może powinienem im powiedzieć o zwłokach i zaznaczyć “Nikt nie opuszcza wyspy”, a potem umieścić w osobnych pokojach i przepytywać, jak pieprzony Hercules Poirot!