Выбрать главу

– Ktoś się obudził – zauważyła Kathryn, sięgając do tyłu, by uspokoić syna. – I nikt jej nie rozpoznał?

– Nikt.

Carlie znowu dał o sobie znać, tym razem bardziej zdecydowanie i starsza kobieta wyciągnęła go z nosidełka.

– O, przepraszam. To jest El. – Kathryn wskazała swoją towarzyszkę.

Ryan i ja przywitaliśmy się z nią. El skinęła głową, ale nic nie powiedziała, zajęta uspokajaniem malca.

– Może zaprosimy panie na jakąś colę czy kawę? – zaproponował Ryan.

– Nie. Takie rzeczy tylko zaburzają potencjał genetyczny. – Kathryn zmarszczyła nos, zaraz potem się uśmiechnęła. – Ale chętnie napiję się soku. Carlie też. – Wyciągnęła rękę do dziecka. – Potrafi być nieznośny, kiedy nie jest szczęśliwy. Doma nie należy się spodziewać prędzej niż za czterdzieści minut, prawda, El?

– Powinnyśmy na niego zaczekać. – Kobieta mówiła tak cicho, że ledwie mogłam ją zrozumieć.

– Oj, El, wiesz, że się spóźni. Kupmy sok i usiądźmy na powietrzu. W przeciwnym razie Carlie całą powrotną drogę będzie nie do wytrzymania.

El już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale w tej chwili mały się odwrócił i zapłakał.

– Idziemy na sok – powiedziała Kathryn biorąc go na ręce i sadowiąc powyżej biodra. – U Blackstone'a jest duży wybór. Widziałam menu w oknie.

Weszliśmy do delikatesów i ja poprosiłam dietetyczną colę. Pozostali zgodnie wybrali soki i zabraliśmy swoje napoje na ławkę na zewnątrz. Kathryn wyjęła z torby mały koc, rozłożyła go u swoich stóp i posadziła na nim dziecko. Potem wyjęła butelkę wody i mały, żółty kubek z okrągłym dnem i zdejmowaną pokrywką z otworkiem do picia. Wypełniła go do polowy swoim sokiem jagodowym Very Berry, dolała wody i podała go Carliemu. Chwycił go obiema rączkami i zaczął pić. Przyglądałam mu się, powróciły wspomnienia i to dziwne uczucie.

Świat przestawał mi się podobać. Ciała na Murtry. Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa Katy. Ryan w Beaufort, ze swoim pistoletem i odznaką. Świat wokół mnie był dziwny, zdawał się przestrzenią, w której się poruszałam, przeniesiona z innego miejsca i czasu; był jednak obecny i drażniąco rzeczywisty.

– Powiedzcie mi o swojej grupie – poprosiłam, z pewnym trudem wracając do rzeczywistości.

El spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała.

– Co chcecie wiedzieć? – zapytała Kathryn.

– W co wierzycie?

– W poznanie naszych własnych umysłów i ciał. W utrzymywanie naszej kosmicznej i molekularnej energii w czystości.

– A co robicie?

– Robimy? – Pytanie chyba ją zdziwiło. – Produkujemy nasze własne jedzenie i nie jemy nic nieczystego. – Lekko wzruszyła ramionami. Słuchając ją pomyślałam o Harry. Oczyszczenie przez dietę. -…uczymy się. Pracujemy. Śpiewamy i gramy. Czasami słuchamy wykładów. Dom jest niezwykle inteligentny. Jest zupełnie czysty…

El poklepała ją po ręku i wskazała kubek Carliego. Kathryn wzięła go, wytarła otworek do picia w spódnicę i podała kubek małemu. Dzieciak chwycił go i rzucił do stóp matki.

– Jak długo mieszkasz z grupą?

– Dziewięć lat.

– A ile masz lat? – W moim głosie zabrzmiało ogromne zdziwienie.

– Siedemnaście. Moi rodzice przyłączyli się do grupy, kiedy miałam osiem lat.

– A przedtem?

Pochyliła się i podała kubek dziecku.

– Pamiętam, że dużo płakałam. Często byłam sama. Zawsze źle się czułam. Moi rodzice ciągle się kłócili.

– I?

– Kiedy przyłączyli się do grupy, zaszła w nas zmiana. Dzięki oczyszczeniu.

– Jesteś szczęśliwa?

– Szczęście nie jest celem życia. – Tym razem przemówiła El. Jej glos był głęboki i szepczący, z bardzo lekkim akcentem, pochodzenia którego nie potrafiłam zidentyfikować.

– A co jest?

– Spokój, zdrowie i harmonia.

– Czy jedynym sposobem na osiągnięcie ich jest wycofanie się ze społeczeństwa?

– My tak uważamy. – Jej twarz była ciemna i pokryta głębokimi zmarszczkami, a oczy koloru mahoniu. – W społeczeństwie zbyt wiele rzeczy odwraca naszą uwagę. Narkotyki. Telewizja. Posiadanie. Panująca między ludźmi chciwość. Na drodze stoją nasze własne przekonania.

– El potrafi to wytłumaczyć o wiele lepiej niż ja – powiedziała Kathryn.

– Ale dlaczego komuna? – zapytał Ryan. – Dlaczego nie dać sobie z tym wszystkim spokoju i nie wstąpić do zakonu?

Kathryn wykonała w kierunku El gest, jakby mówiła “ty wytłumacz”.

– Wszechświat stanowi organiczną całość złożoną z wielu niezależnych elementów. Każda część jest niepodzielna i współdziała z inną częścią. Żyjemy w odosobnieniu, ale nasza grupa stanowi mikrokosmos rzeczywistości.

– Mogłaby to pani wyjaśnić? – poprosił Ryan.

– Żyjąc z dala od społeczeństwa odrzucamy rzeźnie, chemię, rafinerie, puszki piwa, stosy zużytych opon i ścieki. Stanowiąc grupę wzajemnie się wspieramy, karmimy się tak duchowo, jak i fizycznie.

– Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. El uśmiechnęła się lekko.

– Zanim osiągnie się prawdziwą świadomość, trzeba pozbyć się wszystkich starych mitów.

– Wszystkich?

– Tak.

– Nawet tych, które on głosi? – Ryan wskazał głową kaznodzieję.

– Wszystkich.

Powróciłam do poprzedniego tematu.

– Kathryn, gdybyś chciała uzyskać o kimś jakieś informacje, gdzie byś ich szukała?

– Posłuchajcie – powiedziała z uśmiechem. – Wy jej nie znajdziecie. – Znowu wzięła dziecku kubek. – Ona jest teraz pewnie na Riwierze i smaruje dzieci kremem do opalania.

Przez chwilę jej się przyglądałam. Ona nie wiedziała. Dom jej nie powiedział. Nie wiedziała, kim jesteśmy, i nie miała pojęcia, dlaczego pytamy o Heidi i Briana.

Wzięłam głęboki oddech.

– Heidi Schneider nie żyje. Brian Gilbert też.

Spojrzała na mnie jak na wariatkę.

– Nie żyje? To niemożliwe.

– Kathryn! – Głos El nie był już tak łagodny.

Dziewczyna nie zwróciła na nią uwagi.

– To znaczy, ona jest taka młoda. I jest w ciąży. Albo była. – W jej głosie, jak w glosie dziecka, zabrzmiała żałość.

– Zostali zamordowani prawie trzy tygodnie temu.

– To nie przyjechaliście, żeby ją stąd zabrać? – Patrzyła to na mnie, to na Ryana. W jej zielonych tęczówkach widać było maleńkie, żółte plamki. – Nie jesteście jej rodzicami?

– Nie.

– Oni nie żyją?

– Tak.

– A jej dzieci?

Skinęłam głową.

Uniosła dłoń do ust, a potem ręka opadła na kolana jak motyl, niepewny, dokąd ma lecieć. Carlie pociągnął ją za spódnicę i ręka opadła niżej, by pogłaskać go po główce.

– Jak ktoś mógł coś takiego zrobić? Nie znałam ich, ale jak ktoś mógł zabić całą rodzinę? Dzieci?

– Wszyscy kiedyś odejdziemy – stwierdziła El, kładąc na ramionach dziewczyny rękę. – Śmierć to przejście w procesie wzrostu.

– Przejście dokąd? – zapytał Ryan.

Nie usłyszał odpowiedzi. W tym momencie przed bankiem People's po drugiej stronie Bay Street zatrzymała się biała furgonetka. El delikatnie ścisnęła ramiona Kathryn i kiwnęła w tamtym kierunku. Potem wzięła na ręce Carliego i wyciągnęła rękę. Kathryn podała jej swoją i wstała.

– Życzę wam szczęścia – powiedziała starsza kobieta i obie odeszły w kierunku samochodu.

Przez chwilę na nie patrzyłam, a potem dokończyłam swoją colę. Kiedy rozglądałam się za śmietnikiem, dostrzegłam coś pod ławką. Zamykamy kubek Carliego.

Z portfela wyjęłam wizytówkę, napisałam na niej numer i podniosłam pokrywkę. Ryan z rozbawieniem patrzył, jak podnosiłam się spod ławki.

Właśnie wchodziła do furgonetki.

– Kathryn – zawołałam ze środka ulicy. Spojrzała w moim kierunku i wtedy pomachałam kubkiem. Zegar na banku wskazywał kwadrans po piątej.

Powiedziała coś do siedzących w samochodzie i podeszła do mnie. Podałam jej kubek z moją wizytówką w środku. Spojrzała mi w oczy.