Выбрать главу

Gdy kontury twarzy już były gotowe, kontynuowałam swoją pracę. Korzystając z układu kości jako przewodnika, wybrałam oczy, uszy, nos i usta z bazy danych programu i wstępnie dopasowałam cechy do czaszki.

Następnie zabrałam się za włosy i dodałam nieco stonowanego stylu. Nie wiedząc nic o ofierze zdecydowałam, że lepiej nie wybierać zbyt charakterystycznych cech. Kiedy byłam wreszcie zadowolona z części składowych dodanych do czaszki, złożyłam wszystko razem, aby moja rekonstrukcja była jak najbardziej realistyczna. Cały proces trwał niecałe dwie godziny.

Oparłam się i popatrzyłam na swoje dzieło.

Z ekranu patrzyła twarz. Zapadnięte oczy, delikatny nos i szeroko rozstawione, wysokie kości policzkowe. Była na swój mechaniczny i zupełnie bez wyrazu sposób ładna. I jakby znajoma. Przełknęłam to. Potem jednym ruchem poprawiłam włosy. Prosto ścięte. Dłuższe po bokach.

Wciągnęłam powietrze. Czy moja zrekonstruowana twarz przypominała Annę Goyette? A może po prostu stworzyłam typową młodą kobietę i zrobiłam jej znajomą fryzurę?

Zmieniłam włosy na poprzedni styl i oceniłam podobieństwo. Tak? Nie? Nie wiem.

Wreszcie otworzyłam menu i na ekranie pojawiły się cztery ramki. Porównałam cykle, poszukując wskazówek co do sprzeczności między tym, co stworzyłam, a czaszką. Po pierwsze, nie zmieniona czaszka i żuchwa. Następnie obraz bez czaszki z samą kością po lewej stronie i fragment całości prawej strony. Po trzecie, przezroczysta wersja twarzy nałożona na zaznaczone punkty kości i tkanki. W końcu przybliżenie twarzy. Powiększyłam ostatni obraz na cały ekran i długo mu się przyglądałam. Nadal nie byłam pewna.

Zapisałam go, wydrukowałam i wróciłam do gabinetu. Wychodząc z budynku zostawiłam kopie na biurku Ryana. Dołączona notka zawierała dwa słowa: Murtry, Inconnue. Nieznana. Mój umysł zajęty był czym innym.

Kiedy wyszłani z taksówki, deszcz już nie padał, ale temperatura spadla. Na kałużach utworzyły się cienkie warstewki lodu, a na liniach wysokiego napięcia i gałęziach kryształki.

W mieszkaniu było mroczno i nieruchomo jak w grobie. Zostawiłam płaszcz i torby w korytarzu i poszłam prosto do pokoju gościnnego. Na komodzie leżały porozrzucane przybory do makijażu Harry. Używała ich dziś rano czy w zeszłym tygodniu? Ubrania. Buty. Suszarka do włosów. Gazety. Przeszukałam pokój, ale nie znalazłam żadnej wskazówki, która powiedziałaby mi, gdzie Harry wyjechała albo kiedy wyszła.

Spodziewałam się tego. Nie spodziewałam się jednak niepokoju, który narastał, kiedy chodziłam z pokoju do pokoju.

Sprawdziłam sekretarkę. Żadnych wiadomości.

Uspokój się. Może zadzwoniła do Kita.

Pudło. A w Charlotte?

Ani słowa od Harry, ale dzwonił Red Skyler, by mi powiedzieć, że skontaktował się z Siecią Informacji o Sektach. Nie mieli nic na temat Doma Owensa, ale mieli Usprawnienie Życia Wewnętrznego w kartotece. Według nich organizacja działała legalnie. UŻW istniała w kilku stanach, proponowała seminaria, które nic nie dawały, ale nie były szkodliwe. Porównaj wnętrze swoje i innego człowieka. Bełkot, ale nieszkodliwy i nie powinnam się za bardzo martwić. Jeżeli chcę więcej informacji, mogę zadzwonić do niego albo do SIOS. Zostawił oba numery.

Wysłuchałam i pozostałych wiadomości. Sam prosi o wieści. Kąty zawiadamia o swoim powrocie do Chariottesville.

A więc UŹW było nieszkodliwe i Ryan miał pewnie rację. Harry znowu wyruszyła w świat. Ze złości paliły mnie policzki.

Jak robot powiesiłam płaszcz i zaniosłam walizkę do sypialni. Potem usiadłam na brzegu łóżka, potarłam skronie i pozwoliłam myślom płynąć. Zegar z wolna odmierzał minuty.

Tych kilka ostatnich tygodni należało do najtrudniejszych w mojej karierze. Tortury i okaleczenia, jakie spotkały te ofiary, były o wiele gorsze niż to, z czym miałam zwykle do czynienia. I już nie pamiętałam, kiedy tyle zgonów miało miejsce w tak krótkim czasie. Jaki był związek między morderstwami na Murtry a tymi w St-Jovite? Czy Carole Comptois zginęła z ręki tego samego potwora? Czy morderstwa w St-Jovite były tylko początkiem? Czy w tym momencie jakiś maniak planował zbrodnię zbyt okropną, by sobie nawet to wyobrazić?

Harry będzie musiała się zmierzyć sama ze sobą.

Wiedziałam już, co zrobię. A w każdym razie gdzie zacząć.

Znowu padało i campus McGill pokrywała cienka, zmarznięta skorupka. Budynki straszyły czarnymi sylwetkami, a ich okna były jedynymi jasnymi punktami w ponurym, mokrym zmierzchu. Tu i tam, w jasnym prostokącie pojawiała się sylwetka, mała pacynka w teatrze cieni.

Chwyciłam klamkę drzwi prowadzących do Birks Hall, zbierając z niej cienką skorupkę lodu. W budynku było pusto, wszyscy wyszli, chcąc zdążyć przed burzą. Żadnych płaszczy przeciwdeszczowych na wieszakach, żadnych butów pod ścianą. Drukarki i kserokopiarki nie pracowały, tylko krople deszczu pukały w witrażowe okna wysoko nad głową.

Echo moich kroków rozchodziło się wokoło, gdy wchodziłam na drugie piętro. Z głównego korytarza widziałam, że drzwi do gabinetu Jeannotte są zamknięte. Nie sądziłam, że ona tu będzie, ale zdecydowałam, że warto spróbować. Nie spodziewała się mnie, a ludzie czasami mówią dziwne rzeczy, kiedy łapie się ich znienacka.

Skręciłam za róg i między drzwiami a podłogą dostrzegłam cienką linię żółtego światła. Zapukałam, niepewna kogo się mam spodziewać.

Kiedy drzwi się otworzyły, szczęka opadła mi ze zdziwienia.

30

Miała czerwone oczy, cerę bladą i wymizerowaną. Trochę zesztywniała, kiedy mnie rozpoznała, ale nic nie powiedziała.

– Jak się masz, Anno?

– Dobrze. – Mrugnęła i jej grzywka drgnęła.

– Jestem doktor Brennan. Spotkałyśmy się kilka tygodni temu.

– Wiem.

– Gdy przyszłam tu po raz drugi, powiedziano mi, że jesteś chora.

– Jestem zdrowa. Przez jakiś czas mnie nie było. I tyle. Chciałam zapytać, gdzie była, ale się powstrzymałam.

– Czy jest doktor Jeannotte?

Pokręciła głową. Nie spiesząc się założyła pasmo włosów za ucho.

– Twoja matka niepokoiła się o ciebie.

Wzruszyła ramionami, wolno i prawie niezauważalnie. Nie zapytała, skąd wiem.

– Pracowałam nad pewną sprawą z twoją ciotką. Też się martwiła.

– Och. – Opuściła głowę i nie widziałam jej twarzy.

Powiedz to.

– Twoja przyjaciółka powiedziała mi, że prawdopodobnie zaangażowałaś się w coś, co cię zdezorganizowało. Przeniosła na mnie wzrok.

– Nie mam przyjaciółek. O kim pani mówi? – Jej głos był cichy i zupełnie pozbawiony emocji.

– Sandy O'Reilly. Zastępowała cię tego dnia.

– Ona chce mi odebrać tę fuchę. Po co pani tu przyszła? Dobre pytanie.

– Chciałam porozmawiać z tobą i doktor Jeannotte.

– Nie ma jej.

– A czy my mogłybyśmy porozmawiać?

– Nic pani nie może dla mnie zrobić. Moje życie to moja sprawa. Zmroziła mnie tą apatią.

– Oczywiście, że tak. Ale miałam nadzieję, że będziesz mi mogła pomóc.

Wyjrzała na korytarz, a potem spojrzała na mnie.

– Pomóc pani? Jak?

– Może napiłybyśmy się kawy?

– Nie.

– To może poszłybyśmy gdzieś?

Patrzyła na mnie dłuższą chwilę oczami bez wyrazu. Potem skinęła głową, z wieszaka na korytarzu zdjęła kurtkę i zaprowadziła mnie na dół po schodach i na dwór przez tylne drzwi. W zimnym deszczu wspięłyśmy się pod górę do centrum campusu, obeszłyśmy dookoła budynek Redpath Museum i stanęłyśmy pod jego tylnymi drzwiami. Anna wyjęła klucz z kieszeni, otworzyła drzwi i wprowadziła mnie do ciemnego korytarza. W środku powietrze lekko pachniało pleśnią i zgnilizną.

Weszłyśmy na pierwsze piętro i usiadłyśmy na długiej, drewnianej ławce, otoczone kośćmi stworzeń, które dawno już wymarły. Nad nami wisiał ogromny waleń, ofiara jakiejś plejstoceńskiej katastrofy. W świetle lamp fluorescencyjnych fruwały pyłki kurzu.