12.45.
Mogłabym włożyć do kompletu stanik Glossies, jeśli uda mi się go znaleźć.
12.55.
Tak lepiej.
1.00.
Lunch! Wreszcie chwila przerwy.
2.00.
Dobra, teraz naprawdę wezmę się do pracy i zrobię wszystko przed wieczorem, żebym mogła wyjść. Ale bardzo chce mi się spać. Jest tak gorąco. Może się pięć minut zdrzemnę. Podobno drzemki wspaniale regenerują. Zażywali ich z powodzeniem Margaret Thatcher i Winston Churchill. Dobry pomysł. Położę się na kanapie.
1.30.
Cholera jasna!
58 kg, jedn. alkoholu 7, papierosy 22, kalorie 2145, minuty poświęcone szukaniu zmarszczek na twarzy 230.
9 rano.
Hura! Wieczorem wyjście z dziewczynami.
7 wieczorem.
O nie! Będzie też Rebecca. Wieczór z Rebeccą przypomina kąpiel w morzu pełnym meduz: jest bardzo przyjemnie, aż nagle czujesz bolesne ukłucie, które momentalnie niszczy twoją pewność siebie. Kłopot w tym, że strzały Rebeki w twoje pięty achillesowe są wypuszczane tak subtelnie – jak pociski podczas wojny w Zatoce Perskiej lecące z fzzzzzz łuussssz po korytarzach hotelu w Bagdadzie – że zawsze cię zaskakują. Sharon mówi, że nie mam już 24 lat i powinnam być dostatecznie dojrzała, aby poradzić sobie z Rebeccą. Ma rację.
Północ.
Boże to straszne. Jestem stara i zużyta. Sypie mi się twarz.
Uch! Obudziłam się szczęśliwa (wciąż pijana), a potem przypomniałam sobie, jakim koszmarem był wczorajszy babski wieczór. Po pierwszej butelce Chardonnay chciałam poruszyć temat wyjazdów weekendowych, gdy Rebeccą niespodziewanie zapytała:
– Jak tam Magda?
– Świetnie – odparłam.
– Jest niesamowicie atrakcyjna, prawda?
– Mmm – mruknęłam.
– I wygląda niewiarygodnie młodo. Nie dałabym jej więcej niż dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Chodziłyście razem do szkoły, prawda, Bridget? Była trzy czy cztery klasy niżej?
– Jest ode mnie pół roku starsza – sprostowałam, czując pierwsze ukłucie przerażenia.
– Naprawdę? – zdziwiła się Rebeccą, po czym zrobiła długą, kłopotliwą pauzę. – No cóż, Magda ma szczęście. Natura dała jej naprawdę dobrą cerę.
Dotarła do mnie straszliwa prawda słów Rebeki i poczułam, że krew odpływa mi z mózgu.
– I nie uśmiecha się tak często jak ty. Pewnie dlatego nie ma tylu zmarszczek.
Przytrzymałam się stolika, próbując złapać oddech. Starzeję się przedwcześnie, jak winogrono zmieniające się w rodzynek na przyspieszonym filmie.
– Jak tam twoja dieta, Rebecco? – zapytała Shazzer. Aaaaa… Zamiast zaprzeczyć, Jude i Shazzer uznały moje przedwczesne starzenie się za fakt i taktownie próbują zmienić temat, żeby oszczędzić mi przykrości. Siedziałam przerażona, trzymając się za obwisłe policzki.
– Idę do toalety – powiedziałam jak brzuchomówca przez zaciśnięte zęby i z nieruchomą twarzą, żeby zredukować zmarszczki.
– Dobrze się czujesz, Bridge? – spytała Jude.
– Świetnie – odparłam sztywno.
Zachwiałam się przed lustrem, widząc w ostrym górnym świetle moją grubą, stwardniałą i obwisłą skórę. Wyobraziłam sobie, jak dziewczyny besztają teraz Rebeccę za to, że ujawniła coś, co wszyscy od dawna przede mną ukrywali. Nagle ogarnęło mnie nieprzeparte pragnienie, aby wybiec na salę i zapytać wszystkich gości, na ile lat wyglądam – jak pewnego razu w szkole, gdy doszłam do wniosku, że cierpię na chorobę urny słowa i obeszłam boisko, pytając wszystkich, czy jestem nienormalna, i dwadzieścia osiem osób odpowiedziało, że tak. Kiedy dotrze do ciebie, że się starzejesz, nie możesz już przed tą myślą uciec. Życie zaczyna nagle przypominać wakacje, kiedy to od półmetka czas przyspiesza i galopuje ku końcowi. Chciałabym jakoś powstrzymać proces starzenia, ale co mam zrobić? Nie stać mnie na lifting. Jestem między młotem a kowadłem, bo zarówno otyłość, jak i odchudzanie postarzają. Dlaczego wyglądam staro? Dlaczego? Przyglądam się staruszkom na ulicy, próbując rozpracować wszystkie drobne procesy, które zniszczyły ich twarze. Sprawdzam w gazetach, ile kto ma lat, i zastanawiam się, czy wygląda na swój wiek.
Rano.
Przed chwilą zadzwonił Simon, żeby mi powiedzieć u dziewczynie, która ostatnio wpadła mu w oko.
– Ile ma lat? – zapytałam podejrzliwie.
– Dwadzieścia cztery.
Aaaaa aaaaa… Osiągnęłam wiek, kiedy moi rówieśnicy oglądają się za młodszymi kobietami.
4 po południu.
Idę z Tomem na herbatę. Stwierdziłam, że muszę poświęcić więcej czasu swojemu wyglądowi i jak hollywoodzka gwiazda spędziłam wieki przed lustrem, kładąc korektor pod oczy, róż na policzki i podkreślając rozmywające się rysy.
– Rany boskie – powiedział Tom na mój widok.
– Co? – spytałam. – Co?
– Twoja twarz. Wyglądasz jak Barbara Cartland.
Zaczęłam szybko mrugać powiekami, usiłując pogodzić się z myślą, że wybuch ohydnej podskórnej bomby zegarowej nagle i nieodwracalnie zmarszczył mi skórę na całej twarzy.
– Wyglądam strasznie staro, prawda? – powiedziałam żałośnie.
– Nie. Wyglądasz jak pięciolatka, która dorwała się do kosmetyków matki – odparł Tom. – Spójrz.
Zerknęłam w pseudowiktoriańskie pubowe lustro i zobaczyłam klauna, który miał jaskraworóżowe policzki, dwie zdechłe wrony zamiast brwi i białe klify Dover pod oczami. Nagle zrozumiałam, dlaczego stare kobiety są często umalowane tak przesadnie, że wszyscy się z nich śmieją, i postanowiłam, że ja nie będę się już śmiała.
– Co się dzieje? – zapytał Tom.
– Przedwcześnie się starzeję – mruknęłam.
– Na litość boską. To ta cholerna Rebecca? Shazzer powtórzyła mi waszą rozmowę o Magdzie. To absurd. Wyglądasz na szesnaście lat.
Kocham Toma. Chociaż podejrzewam, że skłamał, bardzo podniosło mnie to na duchu, bo chyba nawet Tom nie powiedziałby, że wyglądam na szesnaście lat, gdybym wyglądała na czterdzieści pięć.
56,5 kg (bdb, za gorąco, żeby jeść), jedn. alkoholu 3, papierosy O (bdb, za gorąco, żeby palić), kalorie 759 (wyłącznie lody). Kolejna zmarnowana niedziela. Jestem chyba skazana na spędzenie całego lata na oglądaniu krykieta przy zasłoniętych oknach. Czuję się dziwnie nieswojo i to nie tylko z powodu zasłoniętych okien i szlabanu na wyjazdy weekendowe. Kiedy po jednym długim gorącym dniu przychodzi następny długi gorący dzień, uświadamiam sobie, że cokolwiek robię, w gruncie rzeczy uważam, że powinnam robić coś innego. Uczucie to pochodzi z tej samej rodziny uczuć, co nawiedzająca cię okresowo myśl, że skoro mieszkasz w Londynie, powinnaś chodzić do Royal Shakespeare Company/Albert Hall/Tower/Akademii Królewskiej/Madame Tussaud, a nie włóczyć się dla rozrywki po barach. Im bardziej świeci słońce, tym bardziej oczywiste wydaje mi się to, że inni wykorzystują je pełniej i lepiej: na meczu softballowym, na który zaproszono wszystkich oprócz mnie; z kochankiem na sielskiej polance przy wodospadach, gdzie pasą się Bambi, albo na jakiejś dużej publicznej imprezie (z udziałem Królowej Matki i jednego ze słynnych tenorów) zorganizowanej dla uczczenia tego niezwykłego lata, z którego ja mam tak niewiele. Może winna jest nasza klimatyczna przeszłość. Może jeszcze nie umiemy radzić sobie psychicznie ze słońcem i bezchmurnym błękitnym niebem, które nie są anomalią pogodową. Instynkt każe nam wpaść w panikę, wybiec z biura, zdjąć większość ciuchów i położyć się na schodach awaryjnych. Ale tu także pojawiają się wątpliwości. Hodowanie raka skóry jest już niemodne, więc co mamy robić? Urządzać grille w cienistych ogrodach i głodzić przyjaciół, majstrując godzinami przy ruszcie, a potem truć ich spalonymi, ale wciąż krwistymi kawałkami prosiaka? Czy organizować pikniki w parkach, żeby kobiety zeskrobywały rozgniecioną mozzarellę z folii aluminiowej i wrzeszczały na swoje astmatyczne dzieci, a mężczyźni pili ciepłe białe wino, przyglądając się zawistnie rozgrywanemu obok meczowi softballowemu? Zazdroszczę letniego życia ludziom z kontynentu, gdzie mężczyźni w eleganckich płóciennych garniturach i markowych ciemnych okularach jeżdżą bez pośpiechu eleganckimi wozami z klimatyzacją, zatrzymują się, aby wypić citron presse w ocienionej markizą ulicznej kawiarni na zabytkowym rynku i całkowicie ignorują słonce, gdyż wiedzą z doświadczenia, że będzie nadal świeciło w weekend i spokojnie polezą sobie na jachcie. Sądzę, że właśnie odkąd zaczęliśmy podróżować i zwracać na to uwagę, straciliśmy naszą narodową pewność siebie. Chociaż sytuacja może się zmienić. Coraz więcej stolików wychodzi na zewnątrz. Ludziom udaje się siedzieć przy nich spokojnie, tylko od czasu do czasu przypominają sobie o słońcu i zamknąwszy oczy, wystawiają do niego twarze albo uśmiechają się podekscytowani do przechodniów – „Spójrzcie, my też możemy się delektować napojem chłodzącym w ulicznej kawiarni” – i tylko przelotnie pojawia się na ich obliczach wyraz egzystencjalnego lęku, mówiący: „Czy nie powinniśmy być na plenerowym przedstawieniu Snu nocy letniej' Kiełkuje mi w głowie drżąca myśl, że może Daniel ma rację: kiedy jest gorąco, należy spać pod drzewem albo oglądać krykieta przy zasłoniętych oknach. Ale moim zdaniem, żeby móc pod tym drzewem usnąć, trzeba mieć pewność, że jutro też będzie gorąco, i pojutrze, i że czeka nas jeszcze w życiu dostatecznie dużo gorących dni na oddawanie się rozmaitym gorącodniowym zajęciom w spokoju ducha i bez pośpiechu. Marne szansę.