Выбрать главу

– Dlaczego nie przyszedł? – spytała Sharon. – Mam nadzieję, że sadystyczny drań przynajmniej ci się wytłumaczył.

– Stwierdził, że nie mógł się wyrwać z pracy – odparła Jude. – Powiedziałam mu: „Posłuchaj, nie masz monopolu na lęk przed zaangażowaniem. Ja też odczuwam lęk przed zaangażowaniem. Jeśli się szybko nie uporasz ze swoim lękiem, będziesz miał do czynienia z moim, a wtedy może być już za późno.

– Odczuwasz lęk przed zaangażowaniem? – spytałam zaintrygowana, natychmiast pomyślawszy, że może ja też go odczuwam.

– Pewnie, że odczuwam lęk przed zaangażowaniem – warknęła Jude. – Tylko że nikt tego nie dostrzega, bo przesłania go lęk Richarda. Powiem więcej, mój lęk przed zaangażowaniem jest dużo głębszy niż jego.

– No właśnie – wtrąciła Sharon. – Ale ty nie obnosisz się z tym lękiem jak każdy cholerny facet powyżej dwudziestego roku życia.

– O tym właśnie mówię – prychnęła Jude, próbując zapalić kolejnego Silk Cuta zacinającą się zapalniczką.

– Cały cholerny świat odczuwa lęk przed zaangażowaniem – ryknęła Sharon gardłowym głosem a la Clint Eastwood. – Żyjemy w kulturze trzyminutowej. W globalnym kryzysie koncentracji uwagi. To typowe dla mężczyzn, że anektują światowy trend, robią z niego męskie narzędzie służące odrzucaniu kobiet i czują się z tego powodu mądrzy, a my głupie. To nic innego, jak popapranie emocjonalne.

– Dranie! – wrzasnęłam radośnie. – Zamówimy jeszcze jedną butelkę wina?

9 rano.

Kurczę. Właśnie zadzwoniła mama.

– Kochanie – powiedziała – Wiesz co? Good Afternoon! szuka reporterów. Sprawy bieżące, świetna praca. Rozmawiałam z Richardem Finchem, redaktorem programu, i powiedziałam mu o tobie. Skłamałam, że skończyłaś nauki polityczne. Nie martw się, kochanie, będzie zbyt zajęty, żeby to sprawdzić. Chce, żebyś przyszła w poniedziałek na pogawędkę.

W poniedziałek. O Boże, mam tylko pięć dni, żeby dowiedzieć się czegoś o polityce.

12 sierpnia, sobota

58,5 kg (nadal dla dobra sprawy), jedn. alkoholu 3 (bdb), papierosy 32 (b.b. źle, zwłaszcza że miałam dziś rzucić), kalorie (db), zdrapki 4 (nieźle), liczba przeczytanych poważnych artykułów o polityce 1,5, telefony pod 1471: 22 (db), minuty spędzone na odbywaniu w wyobraźni ostrych rozmów z Danielem -20 (bdb), minuty spędzone na wyobrażaniu sobie, że Daniel błaga mnie, żebym do niego wróciła 90 (wspaniale). Będę pozytywnie nastawiona do wszystkiego i odmienię swoje życie: zgłębię arkana polityki, definitywnie rzucę palenie i zbuduję nietoksyczny związek z dorosłym mężczyzną.

8.30 rano.

Jeszcze nie zapaliłam. Świetnie. Cały dzień bez papierosa. Wspaniale. Ciekawe, czy listonosz przyniósł coś miłego?

8.45.

Uch! Ohydne pismo z ubezpieczalni z żądaniem zapłacenia 1452 funtów. Za co? Jakim cudem? Nie mam 1452 funtów. O, Boże, muszę zapalić, żeby uspokoić nerwy. Nie, nie wolno mi. Nie wolno mi.

8.47.

Zapaliłam. Ale dzień bez papierosa nie zaczyna się oficjalnie, dopóki się nie ubiorę. Nagle zaczęłam myśleć o moim dawnym chłopaku, Peterze, z którym byłam w nietoksycznym związku przez siedem lat, dopóki go nie rzuciłam z ważnych, bolesnych powodów, których już nie pamiętam. Od czasu do czasu – na ogół kiedy nie kim jechać na wakacje – dzwoni do mnie i mówi, że chce się ze mną ożenić. Zanim się zorientowałam, doszłam do wniosku, że Peter jest rozwiązaniem. Dlaczego mam być nieszczęśliwa i samotna, skoro Peter chce być ze mną? Szybko znalazłam jego numer, zadzwoniłam i zostawiłam mu wiadomość na sekretarce – tylko prośbę o telefon, nie cały plan spędzenia z nim reszty życia.

1.15 po południu.

Peter nie oddzwonił. Budzę odrazę we wszystkich facetach, nawet w Peterze.

4.45.

Niepalenie diabli wzięli. Peter wreszcie zadzwonił.

– Cześć, Pszczółko. – (Byliśmy Pszczółką i Bączkiem.) – I tak chciałem do ciebie zadzwonić. Mam dobrą nowinę. Żenię się.

Uch! Bardzo nieprzyjemne uczucie w okolicach trzustki. Eks-narzeczeni nie powinni się wiązać ani żenić z nikim innym. Mają żyć w celibacie do końca swoich dni, aby w każdej chwili można było do nich wrócić.

– Pszczółko? – odezwał się Bączek. – Bzzzzzzzz?

– Przepraszam – powiedziałam, opierając się bezwładnie o ścianę. – Właśnie zobaczyłam przez okno wypadek samochodowy.

Nie byłam zresztą w tej rozmowie potrzebna, bo Bączek truł przez dwadzieścia minut o cenie namiotów ogrodowych, a potem powiedział:

– Muszę kończyć. Gotujemy dziś wieczorem kiełbaski z dziczyzny z jagodami jałowca i oglądamy telewizję.

Uch! Wypaliłam całą paczkę Silk Cutów w akcie autodestrukcyjnej rozpaczy egzystencjalnej. Mam nadzieję, że oboje tak się utuczą, że trzeba ich będzie wyciągać przez okno dźwigiem.

5.45.

Żeby nie wpaść w otchłań samozwątpienia, usiłuję się skupić na wkuwaniu nazwisk członków gabinetu cieni. Nie znam wybranki Bączka, ale wyobrażam ją sobie jako wysoką chudą blondynę w typie olbrzymki z dachu, która wstaje codziennie o piątej rano, idzie na siłownię, naciera się solą, a potem cały dzień kieruje międzynarodowym bankiem handlowym, nie rozmazując sobie mascary. Uświadamiam sobie ze wstydem, że przez wszystkie te lata byłam tak zadowolona z siebie dlatego, że to ja skończyłam z Peterem – a teraz on skutecznie kończy ze mną, żeniąc się z panną Walkirią Tyczką. Nasuwa mi się ponura, cyniczna refleksja, że miłosne cierpienia mają więcej wspólnego z urażoną dumą niż z poczuciem straty, oraz podrefleksja, że Fergy może być tak nieznośnie pewna siebie dlatego, że Andrew nadal chce ją odzyskać (póki nie ożeni się z inną, hłe, hłe).

6.45.

Zaczynałam oglądać dziennik, z notesem w pogotowiu, gdy do mieszkania wpadła moja matka obładowana reklamówkami.

– Kochanie – powiedziała, przepływając do kuchni – przyniosłam ci pyszną zupę i kilka moich eleganckich strojów na poniedziałek!

Miała na sobie jasnozieloną garsonkę, czarne rajstopy i szpilki. Wyglądała jak Cilia Black z Randki w ciemno.

– Gdzie są łyżki wazowe? – spytała, trzaskając drzwiami szafki. -Doprawdy, kochanie, co za bałagan! Obejrzyj te rzeczy, a ja tymczasem podgrzeję ci zupę.

Postanawiając zignorować fakt, że a) jest sierpień, b) piekielny upał, c) 6.15 i d) nie chcę żadnej zupy, zajrzałam ostrożnie do pierwszej reklamówki, w której było coś plisowanego, sztucznego i jaskrawożółtego w liściasty wzór.

– Eee, mamo… – zaczęłam, ale zadzwoniła jej torebka.

– To pewnie Julio. Tak, tak. – Notowała coś, przytrzymując komórkę ramieniem. – Tak, tak. Przymierz to, kochanie – syknęła. – Tak, tak. Tak. Tak.

Tak więc straciłam dziennik, a mama poszła na jakiś koktajl, zostawiwszy mnie w śliskiej zielonej bluzce, jaskrawoniebieskiej garsonce i z niebieskimi cieniami po same brwi.

– Nie bądź niemądra, kochanie – rzuciła mi na odchodnym. -Jeśli nie zrobisz czegoś ze swoim wyglądem, nigdy nie znajdziesz nowej pracy, nie mówiąc o nowym chłopaku!

Północ.

Po wyjściu mamy zadzwoniłam do Toma, który zabrał mnie do galerii Saatchi na wernisaż swojego kumpla z akademii, żebym przestała się zadręczać.

– Bridget – wymamrotał nerwowo, gdy znaleźliśmy się w tłumie grunge'owej młodzieży. – Wiesz, że nie wypada się śmiać z instalacji, prawda?

– Dobrze, dobrze – odparłam ponuro. – I tak nie jestem w nastroju do śmiechu.

Niejaki Gav powiedział nam „cześć”: na oko dwadzieścia dwa lata, seksowny, w krótkim T-shircie, który odsłaniał twardy jak deska do mięsa brzuch.

– To jest naprawdę, naprawdę, naprawdę niesamowite – mówił Gav. – Tak jakby skalana utopia z tymi naprawdę, naprawdę dobrymi echami jakby utraconej tożsamości narodowej. Cały podniecony zaprowadził nas przez wielką białą przestrzeń do rolki papieru toaletowego, która miała papier w środku, a karton na zewnątrz. Spojrzeli na mnie wyczekująco, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Tom rozpływał się nad olbrzymią kostką mydła, w której odciśnięto kontur penisa. Gav gapił się na mnie.