– Idzie burza! – ryczą bębny. – Idzie burza!
Dźwięki bębnów cichną. Ludzie wokół mnie odrzucają bębny i tamburyny, stają w okrąg i jeden drugiemu kładzie ręce na ramionach.
– Prawy twój policzek – dzień!
– Lewy twój policzek – noc!
– Przybądź dniu, światłości twoja! Przybądź, światłości!
– Nocy, mroku twój, precz! Mroku, precz!
I zaczynają się obracać. Coraz szybciej i szybciej. Za ich plecami grzmią trombity. A ja stoję pośrodku kręgu.
Każdym nerwem czuję, jak narasta napięcie. Jakbym teraz, właśnie teraz, powinna była coś zrobić. Teraz, kiedy otacza mnie pierścień ich woli, mocy i energii…
Zamykam oczy, ale nadal widzę krąg tancerzy. W mroku pod zamkniętymi powiekami to krąg ognia. Jakby wokół mnie zwarła się wirująca słoneczna korona. Tańczą języki płomieni… Zapiera mi dech w piersiach, sylwetki tancerzy zlewają się w jednolity krąg, coś powinno się wydarzyć, natychmiast, bo jeżeli nie, to mnie rozerwie od środka!
Zamiast mnie rozrywa się krąg. Ludzie lecą w różne strony i padają jeden na drugiego. Ze śmiechem podrywają się, obejmują i stukają maskami. Rozsypują się po całym pagórku i nadal tańczą, jakby nigdy nic… parami… grupkami… w pojedynkę… Zostaję sama pośrodku kręgu zdeptanych dywanów. Strasznie kręci mi się w głowie.
Idę – wydaje mi się, że w kierunku osady, a w rzeczy samej coraz bardziej zanurzam się w lesie. Jest mi źle. Mdli mnie. Przytulam się do pnia sosny i mocno go obejmuję…
I sosna mnie obejmuje swoimi krzepkimi, żywicznymi rękami.
Podnoszę głowę. To nie sosna. To człowiek w masce niedźwiedzia. Zdejmuje maskę; Jasny z potarganymi płowymi włosami. W oczach ma dziwny wyraz, jakiego dotąd w nich nie widziałam.
Chcę powiedzieć, że nic mi nie wyszło. To zły sen, nieszczęście, wszystko poszło tak źle, jak nigdy jeszcze. On jednak nie daje mi powiedzieć ani słowa – zamyka mi usta swoimi wargami.
Wokół nas tańczy las w rytualnym tańcu. Drzewa położyły sobie ręce-gałęzie na ramionach.
W śnieg leci futro Jasnego i moja gruba kurtka. Pokrywają zamarzniętą ziemię. A na pościeli z tych skór Jasny układa mnie. W jego dotyku jest siła i tkliwość. Dzwoni mi w uszach, jakby dzieci z dzwoneczkami rozbiegły się po całym lesie.
Jestem ziemią pokrytą lodem i śniegiem. Są we mnie zlodowaciałe korzenie drzew. Są we mnie zamarznięte źródła. Jestem zamarzniętą na kamień ziemią…
Ale pod dotykiem dłoni i warg Jasnego zaczynam się rozgrzewać. Nabrzmiewają mi ciepłem policzki. Moje wargi stają się ciepłe… gorące… Czuję każdy włosek na mojej skórze, każde ścięgno, każdą komórkę… każde źdźbło trawy i każdy strumyczek… Zaczyna topnieć śnieg na moich włosach. Czuję, jak po karku i szyi spływają mi zimne strumyki. Jak po słonecznych stokach zaczynają spływać potoki, osiadają zaspy, powoli nabrzmiewają krople na końcach lodowych sopli. We mnie, w najtajniejszym wnętrzu, rodzi się ogień, zbiera się w większe płomyki, nabiera sił, krzepnie…
I rwie się na zewnątrz…
Wszystko, co było lodem, rozgrzewa się i kipi. Wszystko, co było śniegiem, przeistacza się w parę. Jestem gorącą, gorącą ziemią… żyzną i szczodrą, zapłodnioną przez grom huczący w moich uszach. Jasny krzyczy – i ja krzyczę na cały świat. Na moją pierś napiera słodki, ciepły ciężar a piersi dotykają delikatne, jak nosy wilcząt, czyjeś słabe palce…
Wiatr pachnie ciepłem i wilgocią.
Kiedy wstajemy i Jasny podnosi skóry z ziemi – nie ma już pod nimi śniegu. Tam, gdzie przedtem leżeliśmy, jest rozległy płat czarnej ziemi. I jeden po drugim rozkwitają na niej bielutkie przebiśniegi.
I staje się wiosna.
Potoki wypełniają się wodą i toczą w doliny kamienie. Wyprawy w góry grożą niebezpieczeństwem – co i rusz osuwają się tam mniejsze i większe lawiny. Na słonecznych stokach rosną coraz większe płaty wolnej od śniegu ziemi, które szybko się pokrywają delikatną niczym puch młodziutką trawą. Zwierzęta w zagrodach niespokojnie ryczą, stękają, beczą i pokwikują – rwą się na pastwiska.
Niebo zmienia się z każdą chwilą. Szczyty gór to osnuwają się cieniem spod obłoków, to znów zalewa je słoneczny blask. Spełza z nich śnieg – ogromnymi szarymi płatami. Gałęzie jodeł i świerków opuszczają się niemal do ziemi, zrzucają śnieżne brzemię i ponownie się prostując sypią na wszystkie strony zimnymi, mokrymi bryzgami.
Wyrostki z dzieciarnią łażą po lasach, waląc w bębenki i kręcąc nad głowami kołatkami budzą wszystko ze snu. Tam, gdzie przechodzą, opada pokrywa śniegu i zaczynają nabrzmiewać pąki.
Młodzi mężczyźni tańczą na połoninie Arkan, a Jasny tańczy razem z nimi.
Pośrodku układają stos chrustu. Potem stają w kręgu i kładą jeden drugiemu na ramionach ręce z toporkami. I zaczynają się przesuwać – najpierw powoli, a potem coraz szybciej, aż zrywa się wiatr. Cała ich siła, cała niespożyta energia nagromadzona podczas zimy rozkręca się ze straszną prędkością, jak nić ze szpuli, ale zostaje w zamkniętej kręgiem przestrzeni. Krąg jest symbolem Słońca. Kiedy wydaje mi się, że tancerze popadną w szaleństwo albo się poprzewracają, chrust pośrodku kręgu unosi się w górę, jakby porwał go huragan, i rozbłyskuje ogniem.
Płonie ognisko. Krąg się rozpada, ale tancerze nie padają bezsilnie: przeciwnie, każdy z nich tryska energią. Rozpadłszy się na pary rzucają się jeden na drugiego z toporami – bez gniewu czy złości, ale zupełnie serio. Stal uderza o stal, sypią się skry.
Walczą do pierwszej krwi. Jasny wychodzi zwycięsko ze wszystkich walk. Wraca do mnie, rozgrzany i bez śladu zmęczenia. Wydaje mi się, że widzę błękitne błyskawice tańczące w jego włosach, niby głośno trzeszczące żmijki.
Odchodzimy w głąb lasu. I długo, długo, w nieskończoność przedłuża się nasza wiosna.
Las wokół popada w szaleństwo. Tańczą obejmujące się niedźwiedzie. Tańczą dzięcioły. Kochają się wiewiórki. Cały las się kotłuje i śmieje różnymi głosami. W południe pszczoła obejmuje miłośnie pierwiosnek. O północy nad naszymi głowami trzepoczą skrzydła: w mroku nie da się rozróżnić, kto z kim się kocha, ale słychać, że kochanie jest gorące i czułe. Zmęczona śmieję się bez przyczyny, nie wiedząc, co się ze mną dzieje. Nigdy mi tak nie było. Nigdy w życiu nie byłam tak…
Szczęśliwa?
Właśnie.
Wieczorami płoną ogniska na stokach, słychać głos skrzypiec. Dziewczyny tańczą, kusząc chłopaków – ich twarze to lód, a ciała to ogień. Beznamiętne twarze płyną nad ziemią, oświetlone blaskami ognia, ostre, precyzyjne ruchy, dumne zwroty głów, piersi drżą w tańcu – a mężczyźni tracą głowy…
Zawiązują mi oczy. Powinnam w tańcu rozpoznać Jasnego. Chłopcy zbliżają się korowodem, tańczą ze mną kolejno – słyszę jak ziemia drży pod ich nogami. Łowię na policzkach gorące tchnienie. Niczego nie widząc poddaję się rytmowi, czuję, jak rękawy partnerów przelotnie dotykają moich…
I nagle jakby grom przeskoczył – pomiędzy mną, a tym, co tańczy przede mną! Zrywam chustę z oczu – oto on, Jasny. Nie słyszę skrzypiec, śmiechu, aprobującego ryku tłumu – biorę go za rękę i odprowadzam w bok, dalej od blasku ognisk, w leśny mrok. A może to on mnie uwodzi?
Kochamy się na trawie i na rozścielonych skórach. Miotamy się po wolnej od śniegu ziemi, nadzy jak zwierzęta, pełni radosnej żądzy. Ani jeden sintet nie zaznał w życiu czegoś podobnego. Kocham Jasnego tak, jak rozrywa się lód. Kocham swojego mężczyznę jak wybucha ogień. Jak wstaje ranek, jak nadciąga huragan, kocham go wiatrem, ogniem i nie pojmuję, gdzie się kończy moja dusza, a gdzie zaczyna się niebo.