Выбрать главу
* * *

Owce wypływają strumieniem z osady i ciągną drogą w góry, na pastwiska. Krowy porykują nieufnie, po raz pierwszy w tym roku porzucając obory.

Góry pokrywają się zielenią. Zima minęła. Wszystkie nieszczęścia zostały za nami.

Razem z owcami wychodzą mężczyźni. Urządziwszy się na zwykłym miejscu rozpalają ognisko, trąc o siebie dwa suche drewienka. Czysty ogień. Czysta, dzika energia. Pierwsza iskra pada na suche próchno. Przeskakując z gałązki na gałązkę wyrastają pierwsze płomyki…

Dziewczęta splatają wianki. Dzieci śpiewają i wywodzą korowody. Śpiewając puszczają z biegiem strumienia kęsy kory z pędzelkami futrzanych nitek albo z zapalonymi świeczkami.

– Mój strumieniu, płyń daleko, ponieś wiosnę modra rzeko!

– Słońce, słońce, spójrz w okienko! Rzuć promyki na nasz dom! Ześlij szczęście ciepłą ręką, unieś precz nieszczęścia grom!

Pieśni dźwięczą od ranka do późnego wieczora. Nawet po nocach ktoś śpiewa.

Słowik?

Młodzi grają w gambę – biegają po łące wężem, chwytając się za talie, prowadzący ostro zmienia kierunek, a jeżeli ktoś nie zdoławszy utrzymać uchwytu pada, dostaje wnyki długą, wierzbową witką.

Chłopcy puszczają wiosenne latawce – jak ogoniaste węże. Czerwone, żółte, zielone – każdy z wymalowanym na nim wizerunkiem Słońca. Węże unoszą się na niebie niby słoneczny klucz.

Wieczorami płoną ogniska. Skaczą przez nie dziewczęta i chłopcy, pohukując i popiskując, wziąwszy się za ręce parami lub w korowodzie, jeden za drugim…

A ja całymi dniami brodzę po lesie i skaczę z kamienia na kamień. Siedzę nad rzeką i patrzę, jak w nieskończonym, pstrym korowodzie płyną kęsy kory z pędzelkami i świeczkami. Słucham ptaków. I usiłuję sobie odpowiedzieć na pytanie: czego… no, czego mi w końcu brakuje?

W każdą noc nad górami przepływa wagonik kolejki linowej. Teraz jest prawie nieoświetlony; raczej się domyślam, gdzie jest, niż go widzę.

I gdziekolwiek bym była, czuję na sobie wzrok zaczajonego za górami Zakładu.

* * *

Pewnego dnia w górach dopada mnie burza. Przemakam do nitki. Błyskawice nieustannie miotają się po niebie, huk gromów jest niemal ogłuszający. Jeden piorun uderza tuż obok – na chwilę tracę wzrok. A nieco później, gdy burza się oddala, podchodzę obejrzeć miejsce trafienia.

Młoda sosna rozszczepiona jest na dwie połowy. Z czarnej szczeliny wciąż jeszcze sączy się dym. Wyciągam zza pasa topór i biorę się do roboty.

– Gromowina – mówi Głowacz, kiedy mu przynoszę osmalone, ostro pachnące żywicą drewno. – Będzie z niej dobra trombita. Zanieś Jaśkowi, on jest w tym mistrzem.

– Trombita zrodzona z burzy… może burzę przywołać?

Głowacz patrzy na mnie badawczo.

– Tak… Ale nawet nie myśl o tym, żeby próbować. Żywioły poddają się woli człowieka tylko wtedy, gdy jest to sprawą życia i śmierci.

– A bęben? – dotykam dłonią swojego bębenka, który zwisa mi z szyi. – On też? Potrafi przywołać grom?

– Im głośniejszy – uśmiecha się Głowacz – tym lepszy. Im więcej się zbierze na ziemi młodych, silnych i pełnych energii ludzi, tym szybciej niebo usłyszy ten grom… Przecież wezwanie burzy i wichru, to nie to samo, co przywołanie psa. Trzeba tego bardzo chcieć, Łanio… Dobrze to sobie przemyślałaś?

* * *

Dzwon bije groźnie i przeciągle. Ludzie wybiegają z domów – jak który stał.

– Idę na Zakład – mówię, gdy wokół mnie zbierają się trzy rody. – Wszyscy chodźcie ze mną. Wszyscy, którzy tańczą Arkan. Młodzi, silni. Idę na Zakład… a kto pójdzie ze mną?

Cisza. Patrzę na Jasnego – stoi pośrodku tłumu wprost przede mną. On jednak milczy i ucieka wzrokiem w bok.

– Kto ze mą?!

Cisza. Słyszę jak bije moje serce. Czyżby nikt? Czyżbym się pomyliła?

– Ja… – słyszę za plecami cichy głos. Odwracam się.

Pucołowaty Chwytaj, któremu sama nadałam imię, jeden z najlepszych tancerzy Arkanu. Wystąpił przed gromadę z niepewnym uśmiechem na twarzy. Wszystkie trzy rody gapią się teraz na niego.

– Ja – odzywa się już głośniej ktoś z drugiej grupki. Występuje młody Rimus, kościsty, wiecznie nastroszony chłopak o długich rękach. – Ja idę.

Omiatam tłum wzrokiem.

– Nie możesz… – rozlega się ostry, kobiecy głos i przed tłum wychodzi Bezimienna. – Niech będzie, że nie mam prawa zarzucania czegokolwiek Wilczej Matce. Ale i ty nie masz prawa do prowadzenia młodych na śmierć! Jeżeli tak bardzo chce ci się umierać, idź sama!

Tłum reaguje pomrukiem. Robi mi się ciemno przed oczami.

– Mało to istnień oddaliśmy Zakładowi? – pytam, nie patrząc na nikogo szczególnego. – Mało mężczyzn i kobiet, młodych i silnych, zginęło ot tak, bez walki i bez sensu? Ileż to razy w górach zjawiali się słudzy Zakładu?

– A ty byś chciała, żeby przyszli teraz? - Bezimienna patrzy mi prosto w oczy. – Nie możesz się doczekać na złe wieści z gór? Wtedy zgodnie z prawem wezwiesz nas do walki w ścianach Zakładu – tylko ze względu na twoją pychę! Nie za nas!

Trafia w sedno. Przez kilka ostatnich nocy, wstydząc się swoich reakcji, czekałam na złe nowiny. Chcę, żeby Zakład znów kogoś porwał, bo wtedy miałabym prawo poderwać młodych do bitwy.

Bezimienna widzi, że dobrze odgadła.

– Popatrzcie na nią – grzmi zajadle. – To ma być Wilcza Matka? To Wilcza Śmierć!

– Zamilcz! – huczy głos Głowacza. – Każdy z nas sam wybiera swój los. Ty już swój wybrałaś, Bezimienna, która na wieki Bezimienną pozostaniesz! A ja – staje obok mnie – idę z Łanią. I zrobię wszystko, żeby odniosła zwycięstwo.

Nad tłumem zalega cisza. Chłopcy i dziewczęta, mężczyźni i kobiety patrzą jedni na drugich.

– Wezwiemy burzę – mówię stanowczo. – Wiem, jak to zrobić. Weźmiemy ze sobą najbardziej gromkie trombity i najgłośniejsze bębny. Ja poruszę chmury… I na zawsze zniszczymy Zakład.

W ciszy, jaka zapada po moich słowach, słyszę jak uderza moje serce… Cztery… pięć… sześć…

– Pójdę za tobą – mówi Jaś, mistrz z rodu Niedźwiedzia.

– I ja – odzywa się Nosacz.

– I ja – mówi Świerk. Obok niego stają jego trzej synowie.

– I ja – dodaje Bednarz.

Wokół mnie stają ludzie, młodsi i starsi, kobiety i mężczyźni. Szukam wzrokiem Jasnego. Z pewnością gdzieś tu jest. W ogólnym gwarze z pewnością przegapiłam chwilę, w której i on też zgodził się pójść za mną…

– Wyjdziemy jutro ze świtem – mówię wreszcie. I wciągając nosem powietrze dodaję. – Będzie wietrzny dzień.

* * *

Moja trombita leży na pstrym, wełnianym kocu. Jaś zrobił ją z drewna naznaczonego gromem – tego, które sama znalazłam w lesie. Wodzę po niej dłonią. Drewno wydaje się ciepłe…

Obok leży mój bębenek z na poły zatartym wizerunkiem wilka, ten sam, który wielokrotnie mi już ratował życie. Podarek Rimusa zawsze przynosił mi szczęście – niechże teraz przyniesie mi zwycięstwo.

– Nie zawiedźcie mnie – mówię do trombity i bębenka. – Jak dzikiemu służą skrzydła, tak wy posłużycie mnie. Jak korzenie służą drzewom, tak wy mnie posłużycie.

Chcę jeszcze coś powiedzieć, ale nie znajduję słów. Głęboko wzdycham i kładę się na pryczę, do której zdążyłam się już przyzwyczaić. I myślę o Jasnym. Chciałabym, żeby przyszedł właśnie teraz. Przecież wie, jak ważną dla mnie jest ta noc. Nie zdążyliśmy porozmawiać na placu. A tak bardzo mi trzeba, żeby wziął mnie teraz za rękę i powiedział: wszystko będzie dobrze…