Przebywała w piwnicy gospody. Baj siedział za wąskim stołem, skrywając głowę w dłoniach. Płakał. Obok niego spoczywał jakiś mężczyzna w średnim wieku. Jego żółte włosy i brodę upstrzyły już pasemka siwizny. Na pryczy pod ścianą spała złotowłosa dziewczynka. Sofarita początkowo przyglądała się tej scenie obojętnie, ale potem poruszyło ją cierpienie Baja. Zbliżyła się, chcąc go pocieszyć, i uświadomiła sobie, że unosi się w powietrzu. Mężczyźni jej nie widzieli.
– Przestań płakać, człowieku, i powiedz mi, co się wydarzyło – zażądał starszy mężczyzna.
– Zabił ich. To było okropne. – Baj uniósł wzrok. Jego twarz była maską bólu. – Nic nie zrobiłem, Boru. Stałem w cieniu, sparaliżowany strachem.
– Ciebie też by zabił – stwierdził Boru. – Atak na Viruka był głupotą.
– Forjal zauważył go, gdy szedł na zebranie. Nie miał broni. Gdybym im pomógł…
– Ale nie pomogłeś – skwitował brutalnie Boru. – Czy Forjal coś powiedział przed śmiercią?
– Tak, ale oznajmił tylko Virukowi, że ktoś go kiedyś zabije. Nie chciał zdradzić, kto go przysłał. Co będzie, jeśli znajdą ciała? Forjal pracował u mnie. Mogą do mnie trafić.
– Przestań skomleć, człowieku! Znajdą ciała, ale nie głowy. Obie były w obciążonym worku, który wrzuciłem do morza.
Zrozum jednak, Baju, że nie możemy sobie pozwolić na indywidualne akty przemocy. Obaj z Forjalem zaryzykowaliście wszystko przez swój głupi uczynek. A teraz on i ten drugi dureń nie żyją. Gdyby to ode mnie zależało, poderżnąłbym gardło i tobie. Masz jednak otrzymać kolejną szansę. Od tej chwili będziesz wykonywał rozkazy. Nie podejmiesz żadnych pochopnych działań. Zrozumiano? Baj skinął głową.
– Przykro mi.
– Przeproś duchy Forjala i jego.
Sofarita otworzyła oczy. W sypialni było ciemno. Izbę oświetlał jedynie snop blasku księżyca, wpadający do środka przez małe okno. Czuła się wypoczęta, choć nie mogła spać dłużej niż godzinę. Zdmuchnęła lampy przed położeniem się do łóżka i teraz nie miała czym ich zapalić.
Gdy tylko nasunęła się jej ta myśl, jedna z lamp zapłonęła migotliwym blaskiem. Izbę wypełniło łagodne światło. Sofarita usiadła na łóżku. Spojrzała na drugą lampę i wyobraziła sobie, że i ta się pali.
Knot natychmiast zapłonął. Kobieta oparła się o poduszkę. Nie czuła paniki.
To z pewnością był sen. Położyła się, nakryła kocami i ponownie zasnęła.
Rozdział piętnasty
Dom Methrasa znajdował się na wschodnich peryferiach miasta, blisko tartaków i jeszcze bliżej rzeźni, zbudowanej przed dwoma laty na starej łące. Sto lat temu ta dzielnica była bardzo popularna wśród Vagarów na dorobku, tych, którzy nie byli jeszcze bogaci, ale szybko pięli się w hierarchii klasy kupieckiej. Teraz stała się obskurna i podupadła, choć niektóre ze starszych domów były solidnie zbudowane, a czasem miały nawet marmurowe frontony.
Methras pokonał na piechotę cztery mile dzielące dom od portu i gdy tylko otworzył furtkę do ogrodu na zapleczu, zobaczył dwa konie przywiązane w cieniu za budynkiem. Był zmęczony i nie miał ochoty na towarzystwo. Gdy szedł ogrodową ścieżką, z domu wyszła postać w sukni z błękitnego atłasu. Matka zobaczyła go i wybiegła mu na spotkanie. Choć zbliżała się już do pięćdziesiątki, nadal była przystojną kobietą, choć już nie tak szczupłą jak kiedyś, a w jej blond włosach pojawiły się nitki siwizny. Pocałowała go w policzek.
– Witaj w domu, synu – powiedziała. Wzięła go za ramię i poprowadziła do środka.
– Kto przyjechał? – zapytał.
– Twój stary przyjaciel, który chciał cię przywitać po powrocie – odpowiedziała. – I jego wujek z drugiego brzegu Luanu.
Methras zatrzymał się w kuchni, nalał sobie trochę chłodnej wody z glinianego dzbanka i wypił ją jednym haustem. Potem spojrzał z uśmiechem na matkę.
– Cieszę się, że cię widzę. Dobrze wyglądasz. Czy to nowa suknia?
Odsunęła się od niego z szerokim uśmiechem i zakręciła wkoło. Gruba atłasowa tkanina uniosła się na chwilę w górę.
– Podoba ci się?
– Bardzo ci w niej do twarzy. Czy to znaczy, że znowu się zakochałaś?
– Po co ten sarkazm? – skarciła go łagodnie. – Uważasz, że jestem za stara na miłość?
– Wyglądasz na najwyżej dwadzieścia pięć lat – zapewnił. – Kim jest ten szczęściarz?
– To kupiec. Niedawno przybył z Pagaru. To interesujący mężczyzna. Bardzo zabawny i dowcipny.
– A ile ma lat?
– Pięćdziesiąt. Tak przynajmniej mówi. Podejrzewam, że w rzeczywistości niewiele brakuje mu do sześćdziesiątki. Ale nadal jest przystojny.
– Nie wątpię w to – odparł Methras. – A teraz powiedz mi, kto na mnie czeka?
– Nie chcesz, żeby to była niespodzianka?
– Nie lubię niespodzianek.
– Kiedyś je lubiłeś. Pamiętam, że jak byłeś małym chłopcem…
– Nie teraz, mamo – przerwał jej łagodnym tonem. – Kto jest w domu?
– Pendar. – Pochyliła się nad jego uchem. – Został bogaczem – wyszeptała. – Szkoda, że nie przyjąłeś jego propozycji i nie wszedłeś z nim w spółkę. Być może nadal mu na tobie zależy.
– Jestem tego pewien – odparł Methras z szerokim uśmiechem.
Jego matka poczerwieniała.
– Och, nie o to mi chodziło. Wiem, że Pendar… – Przerwała, szukając odpowiednich słów. -…woli towarzystwo młodych mężczyzn. Wiem też jednak, że wysoko ceni twoją opinię.
Methras pocałował ją w policzek.
– Oczywiście. Kocha mnie za mój intelekt.
– On potrzebuje… – zaczęła.
Methras uniósł rękę.
– Tylko nie mów „miłości dobrej kobiety”. Jesteś stanowczo zbyt inteligentna, żeby powtarzać takie frazesy.
– Chciałam powiedzieć, że potrzebuje przewodnictwa kogoś, komu mógłby zaufać. Ma talent do pieniędzy, ale łatwo ulega wpływom. Mógłbyś mu pomóc, Methrasie, i przy okazji sam się wzbogacić.
– Nie interesują mnie pieniądze ani władza – odparł. – Jestem żołnierzem i czuję się z tym szczęśliwy.
– Jesteś bardzo podobny do ojca.
– Za bardzo. A zarazem za mało – stwierdził ze smutkiem.
Wszedł do domu i skierował się do wielkiego salonu. W przejściu do frontowego ogrodu siedzieli dwaj mężczyźni. Pendar jak zwykle miał na sobie drogi, nieskazitelnie czysty strój: perłowoszarą tunikę i rajtuzy z grubego jedwabiu, a do tego buty z jaszczurczej skóry. Był wysoki, bardzo szczupły i nadal zachował chłopięcy wygląd. Włosy pomalował sobie w złote pasemka. Mężczyzna siedzący obok niego był silniej zbudowany. Miał szerokie bary, potężne dłonie i srebrnoblond brodę.
– Mój drogi przyjacielu – przywitał Methrasa Pendar. Podszedł zwinnym ruchem do żołnierza, uściskał go i pocałował w policzek. – Cieszę się, że cię widzę. Jak się czujesz?
– Dobrze, Pendarze. Kim jest twój przyjaciel?
– To nie do końca przyjaciel. Raczej wspólnik w interesach. To porządny człowiek. Można mu zaufać. Nazywa się Boru. Pochodzi z Banis-baya, plemienia, które mieszka nieopodal Studni Życia.
Boru wstał i podszedł do Methrasa, wyciągając rękę. Sierżant uścisnął ją krótko.
– Choć bardzo się cieszę na twój widok, przyjacielu – oznajmił Methras – muszę ci powiedzieć, że czuję się okropnie zmęczony i chciałem się po południu trochę przespać.
– Nie zajmiemy ci wiele czasu – zapewnił Boru. – Jak rozumiem, właśnie wróciłeś z dalekiej podróży.
– Tak. Popłynęliśmy na południowy lód. Wyprawa zakończyła się sukcesem.