Dwoma mocnymi szarpnięciami Tiril zerwała z szyi napastnika znak Słońca, bo dopóki miał go na sobie, nic nie mogło mu zagrozić, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak sobie teraz z całego serca życzyła. Potem odruchowo sięgnęła po pistolet. Obiecała sobie kiedyś, że nigdy nie użyje broni, lecz Móri nalegał, by nosiła ją przy sobie naładowaną, zwłaszcza ostatnio, kiedy zrozumieli, że i na Islandii nie uciekną od prześladowań.
Przez moment patrzyła na zwróconą do niej śmiertelnie przerażoną twarz. Ghiottone zdążył jedynie zrozumieć, że stracił swój znak Słońca.
Krew trysnęła na Móriego, a Tiril osunęła się na ziemię. Zemdlała.
Móri poderwał się akurat w porę, by zobaczyć, że Villemann ma kłopoty, a jeszcze dwaj rycerze zbliżają się od strony drogi.
Dolg? Gdzie Dolg?
Ku jego zdumieniu Villemann zawołał:
– Dziadku, pomocy, co mamy robić?
Rozległ się wyraźny głos Hraundrangi – Móriego:
– Spokojnie, chłopcze, postąpimy tak jak ostatnio. Twój ojciec sprawia wrażenie zajętego, czy mam wezwać resztę naszej gromadki?
– Tak, tak! – zawołał niecierpliwie Villemann.
– Doskonale! A więc zaczynamy.
Pierwszą rzeczą, jaką odczuli nadciągający rycerze, było to, że ich wierzchowce stanęły dęba i zrzuciły ich na ziemię. Jeźdźcy nie mieli żadnych szans na utrzymanie się w siodłach. Konie, rżąc dziko, ruszyły na południe razem z końmi Nibbia i Ghiottone.
– Do czarta! – zaklął Falco. – Ale mamy jeszcze konie tej bandy czarnoksiężnika. Przejmiemy je później. Potrzebna ci pomoc, Nibbio?
Podniósł miecz, żeby ciąć nim psa, szarpiącego Nibbia za nogę i przeszkadzającego mu w ostatecznym rozprawieniu się z chłopakiem.
Ale ściskany w ręku miecz w jednej chwili zrobił się miękki tak, że nawet muchy nie dałoby się nim skrzywdzić.
– To omamy! – wrzasnął Falco. – Nie zwracajcie na to uwagi!
Móri tuż przy uchu usłyszał glos Nauczyciela:
– Wsadź Tiril i chłopca na konie i odjeżdżajcie stąd jak najprędzej! Natychmiast! Ze względu na znaki Słońca nie możemy ich zabić, a długo nie zdołamy ich zatrzymać! Prędko! My pomożemy Villemannowi!
Móri usłuchał bez wahania. Nie zwracał już uwagi na atakujących rycerzy, pozwolił, by zajęły się nimi duchy. Sam pomógł wsiąść na konia Tiril, która zaczęła odzyskiwać przytomność. Kątem oka dostrzegł, jak przerażający potwór, cuchnący siarką i dołem kloacznym smok, zagrodził drogę szykującym się do ataku na Villemanna. Zastanawiał się tylko, który z duchów uruchomił takie rezerwy. Patrzył, jak Villemann dosiada swego wierzchowca, a jednocześnie jakaś niewidzialna siła przytrzymała tych z rycerzy, którzy usiłowali ściągnąć na ziemię jego i Tiril. Coś od tyłu złapało w kleszcze ręce oprawców, a ich gniewne wrzaski na nic się nie zdały.
– Chodź, Nero – polecił Móri, chwytając za uzdę wierzchowca Dolga. Tiril zabrała płaszcz Villemanna, który Dolg zostawił na trawie.
Co koń wyskoczy ruszyli na południe, podczas gdy trzej bracia zakonni zostali na wietrznym Kjölur.
A Ghiottone, który już jako dziecko wywoływał awantury w portowych dzielnicach Genui, a i później nie wyrósł na użytecznego dla społeczeństwa człowieka, leżał bez ducha na wyżynnej równinie Islandii z dala od słonecznej, pulsującej życiem Genui.
Z pewnością nie takiej śmierci się spodziewał.
– Dolg? – zdenerwował się Móri. – Gdzie on jest? Musimy go znaleźć.
– Rzucił się z urwiska – wyjaśnił Villemann. – Trzeba ruszyć w dół.
Dotarli na samą krawędź stromizny.
– Ach, Boże – szepnęła Tiril.
– Tędy nie zjedziemy – ponuro stwierdził Móri. – Ale nie bójcie się, Dolg przeżyje. Nosi wszak prastary znak Słońca.
– Nie możemy przecież po prostu ot, tak…
– Oczywiście, że nie! Na pewno jakoś się tam dostaniemy, ale wygląda na to, że musimy jechać jeszcze dalej, żeby znaleźć drogę prowadzącą w dół.
– Racja – przyznał Villemann, rozejrzawszy się po wzgórzach. – W każdym razie, Nero, dzięki ci za odwagę. Uratowałeś nas. I wam, duchy, dziękujemy, jeśli wciąż przy nas trwacie.
– Owszem – odparł Nauczyciel. – Wdzięczni jesteśmy za tę odświeżającą walkę, chociaż okazała się żałośnie krótka. Już myśleliśmy, że nigdy nas nie wezwiecie. Jedynie Hraundrangi – Móri miał nieco więcej rozrywki.
– Kto wywołał tego cuchnącego, plującego ogniem smoka?
– Ja – odparł z dumą Nauczyciel. – Popisowa sztuczka. Bardzo chciałem ją wypróbować, dziękuję, że daliście mi taką szansę. A o Dolga się nie bójcie, pozwólcie, żeby doszedł do siebie. Teraz odpowiedzialny jest za niego Cień, nie wy. Jedźcie do Wielkiego Gejzeru i tam czekajcie. Na południe od Gejzeru znajduje się duża zagroda, gdzie przyjmują podróżnych. My zatrzymamy siedmiu rycerzy…
– Sześciu – poprawił go Villemann. Tiril zadrżała.
– No tak, sześciu – przyznał Nauczyciel. – Nie starajcie się odnaleźć Dolga, zmarnujecie tylko czas. Dolg przybędzie, kiedy nabierze dość sił.
Tiril nie mogła się z tym pogodzić.
– Czy on nie pomyśli, że go opuściliśmy? Nie będzie się o nas niepokoił?
– Spokojnie, tylko spokojnie! Teraz, kiedy jesteśmy już tak blisko Gjäin, z pewnością pojawi się Cień. Będzie go informował, co się z wami dzieje.
Tiril kiwnęła głową. Zrobiło jej się trochę lżej na sercu.
– Postąpimy, jak radzicie.
– To zawsze jest mądre.
Cóż, pomyślała Tiril. Miała w pamięci sytuacje, kiedy trudno było zastosować się do rad duchów. Teraz jednak, gdy przed ludźmi i duchami stało wspólne zadanie, powinna raczej im zaufać. Nie wolno być małostkową!
– Ale czy on żyje? – spróbowała po raz ostatni.
– Tak należy założyć.
Nie była to jednoznaczna odpowiedź.
Nauczyciel dodał jednak:
– Dolg już mniej więcej od dziesięciu lat nie rozstawał się z życiodajnym szafirem.
– Prawda – szepnęła Tiril bezgłośnie.
Ruszyli w dalszą drogę. Godzinę później z daleka ujrzeli siedem osiodłanych koni na równinie po prawej stronie.
– Nie mogą się tak wałęsać samopas – stwierdził Móri. – To wierzchowce braci zakonnych. Schwytajmy je i zaprowadźmy do ludzi.
Islandzkie koniki potrafiły doskonale radzić sobie same, ale siodła i uprzęże utrudniały im ruchy, dlatego należało się nimi zająć.
Móri i cała jego rodzina zawsze umieli szybko nawiązać kontakt ze zwierzętami, dlatego też konie od razu zareagowały na gwizd.
Dużo później znajdujący się po drodze do Gejzeru wodospad Gullfoss, nad którym unosił się tęczowy blask, minęła spora grupa: troje ludzi, pies i jedenaście koni.
Wyglądało to doprawdy imponująco, ale ludzie czuli się zmęczeni i przygnębieni. Tak ogromnie brakowało im Dolga!
Rozdział 7
Halla, samotna wdowa z Rünarstadhir, wcześnie udała się na spoczynek. Nie miała po co dłużej siedzieć. Obrządziła zwierzęta, zakończyła wszystkie codzienne prace. Wieczorem często napływały przykre myśli, lepiej wobec tego wstać z samego rana.
Zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Długie noce przepojone smutkiem i lękiem o to, co ją czeka, należały już do przeszłości. Teraz chodziło już tylko o przeżycie.
Prawie od razu coś zaczęło jej się śnić.
Niezwykły sen.
Twarz skryta w cieniu kaptura mnisiej opończy coraz bardziej się przybliżała. Wielkie, całkiem czarne oczy wpatrywały się w nią bez mrugnięcia.
Surowa twarz. Piękna, choć niemłoda już i nie całkiem ludzka. Te oczy…
Nie poruszała się we śnie, chociaż odczuwała chęć ucieczki. Nie podobał jej się ten sen, wszystko wskazywało na to, że może przerodzić się w koszmar.