Wydawało się jednak, że to jedyne rozwiązanie. Halla bardzo nie chciała w tak niegodny sposób potraktować tej szlachetnej istoty, nic innego jednak jej nie pozostawało.
Porwany bukłak przydał się jeszcze raz. Przymocowała go do barków i karku chłopca, aby chronił go przy zetknięciu z ziemią. Potem stanęła tyłem do nieznajomego, prawą ręką uniosła prawą nogę, a lewą – lewą i zaczęła go ciągnąć w dół. Od czasu do czasu odwracała się, żeby sprawdzić, czy nieprzytomny bardzo się nie rani, ale wyglądało na to, że wszystko idzie dobrze. Tylko włosami zaczepiał niekiedy o gałązki, a ręce wlokły się bezwładnie po ziemi. Nie potrafiła jednak wyjaśnić, jak to możliwe, że nagle wydał się jej taki lekki. Przecież wiedziała, że waży swoje, poczuła to, kiedy próbowała go podnieść z ziemi. Tymczasem odnosiła wrażenie, jakby… jakby coś niewidzialnego pomagało jej go dźwigać.
Oczywiście, to niemożliwe.
Dotarli do miejsca, gdzie czekał przywiązany koń.
– Teraz najgorsze, Teitur – mruknęła. – Jak, na miłość boską, zdołam go przerzucić przez siodło?
Wtedy stało się coś niesłychanego. Koń zastrzygł uszami, potem cofnął się odrobinę i…
Halla nie wierzyła własnym oczom. Koń nigdy dotąd tak się nie zachowywał. Nie pamiętała, by w ogóle widziała jakiegokolwiek konia klękającego najpierw na przednie nogi, potem na tylne, by pomóc jeźdźcowi się dosiąść.
Halla oniemiała, ale nie straciła całkiem głowy. Najprędzej jak mogła przełożyła rannego przez siodło i ostrożnie usiadła za nim.
Koń zaraz się podniósł.
– Dziękuję, kochany przyjacielu! – Poklepała go po grzywie. – Wieź nas teraz do domu.
Ruszyli. Teitur biegł obok konia, bezustannie próbując zerkać na obcego, którego jego pani wiozła przed sobą. Od czasu do czasu pies podskakiwał, żeby obwąchać zwisające bezwładnie ręce mężczyzny, ale wtedy Halla przywoływała go do porządku.
Ale jakież to ekscytujące przeżycie dla małego psiaka z odludnej doliny na pustkowiu! Przecież to on znalazł obcego, on też czuł się za niego odpowiedzialny.
Halla podprowadziła konia aż do drzwi wejściowych. Obawiała się, że nie zdoła przenieść mężczyzny dalej, ale i tym razem nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś jej w tym pomaga.
Halla mieszkała na pustkowiu od dwóch lat. To dostatecznie długi czas, by nauczyć się żyć w zgodzie z naturą. Dlatego też kobieta nie odrzucała jednoznacznie myśli, że wokół niej znajdują się ukryte siły. Tak namacalnie jednak jak tej nocy nigdy jeszcze ich nie odczuła, chociaż często zdarzało jej się kątem oka dostrzec jakiś ruch między zabudowaniami.
Teraz było inaczej, jak gdyby nieznajome moce bezpośrednio włączyły się w jej życie.
Ułożyła rannego na łóżku, na tej połowie, która dawniej należała do Runara. Ostrożnie ściągnęła mu z nóg zniszczone, lecz kiedyś zapewne drogie buty.
Wcześniej już zauważyła, że do paska przymocowaną miał dziwaczną, ciężką skórzaną sakiewkę. Zastanawiała się, co też może w niej być. Musiała ją teraz odwiązać, żeby zdjąć chłopcu pasek i sweter.
Zdumiona pomacała wielką kulę, którą najwyraźniej skrywała sakiewka. Nie miała jednak czasu jej oglądać, odłożyła ją na stołek wraz z paskiem. Potem spróbowała ściągnąć rannemu zniszczony sweter, sztywny od zakrzepłej krwi wszędzie, z wyjątkiem przodu, gdzie chłopak najwyraźniej przyciskał do ciała bukłak z wodą. Niezły pomysł, uznała z podziwem.
Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że chłopiec przede wszystkim pragnął osłonić dziwaczną sakiewkę.
Nie chciała rozcinać jego ubrania. Ponieważ ranny i tak był nieprzytomny, uniosła go trochę i jednym ruchem ściągnęła sweter przez głowę.
Cofnęła się na widok wielkiego znaku promienistego słońca, który nosił na piersi. Wydał jej się w pewnym sensie… boski.
Ale nie, to chyba nie było właściwe słowo. Magiczny? Tak, teraz lepiej.
Z paleniska przyniosła kociołek z gorącą wodą i zaczęła czyścić rany. Zorientowała się, że są to przede wszystkim otarcia, ale młodzieniec mógł odnieść także wewnętrzne obrażenia. Podczas spadania obijał się zapewne często i mocno, zwłaszcza ostatni upadek z wysoka mógł się okazać tragiczny w skutkach.
Musiał runąć z samej góry. Niesamowite, że w ogóle przeżył.
Nagle drgnęła. Nie zauważyła, że się ocknął i przygląda jej się badawczo, z powagą.
– Takie same oczy! – wyrwało jej się.
– Jak co? – spytał cicho.
– Jak we śnie – odparła.
Miała wrażenie, że te oczy ją hipnotyzują. Takie fascynujące, podłużne, skośne, ogromne i całkiem czarne.
Przyszło jej do głowy, że ma do czynienia z nieziemską istotą.
– Takie same jak u tego, którego widziałam we śnie.
– U Cienia – stwierdził. – Mego opiekuna. Gdzie jestem?
– Chyba spadłeś z urwiska – odparła. – Znajdujesz się teraz w mojej zagrodzie w dolinie, kawałek od tamtej stromizny. Ten, którego ujrzałam we śnie, prosił, bym poszukała rannego mężczyzny. Czy masz jakieś wewnętrzne obrażenia?
Niezwykły człowiek przymknął oczy, a Halla z tego powodu odczuła jednocześnie ulgę i rozczarowanie.
– Nie wiem – odpowiedział szeptem. – Mam wrażenie, jakby przepuszczono mnie przez prasę do kamieni.
– Obawiam się, że mocno uderzyłeś się w głowę – westchnęła Halla. – Lepiej będzie, jak przez kilka dni poleżysz w łóżku.
– Ale ja…
Urwał.
– Nie, nic – dokończył po chwili.
– Co chciałeś powiedzieć?
Widziała, jak bardzo jest wycieńczony.
– Chciałem powiedzieć, że… moi rodzice… bardzo się o mnie niepokoją. Ale otrzymałem informację… od Cienia… że wiedzą… że mam się… Oni także…
Głos chłopca zamarł, ale Halla miała nadzieję, że zamierzał powiedzieć “mam się dobrze”. U niej.
Z jakiej części świata przybywasz? zastanawiała się w duchu. A może raczej z jakiej części wszechświata?
Czyżby jednak nawiązała kontakt z elfami?
Nie, miała do czynienia z innymi istotami. Ale z jakimi?
Zabrała się z powrotem do opatrywania jego ran i Dolg znów się ocknął. Popatrzył na kobietę, która nie zauważyła, że odzyskał przytomność, rozejrzał się po izbie.
Na pięknej szafie w ścianie przeczytał napis: “Halla córka Egila 1732”.
Czy to mogła być ona? Nie wyglądała ani na młodą, ani na starą. Oceniał jej wiek na jakieś trzydzieści siedem lat, z pewnością nie przekroczyła jeszcze czterdziestki. Miała twarz ani ładną, ani brzydką, włosy ciemnoblond, niebieskie oczy, tak mu się przynajmniej wydawało, niełatwo było to ocenić przy skąpym świetle w izdebce.
Sprawiała jednak wrażenie, że nosi w sobie wielki spokój i imponującą wewnętrzną siłę. Tu, na takim pustkowiu, z pewnością bardzo się to jej przydawało. A mimo wszystko dostrzegał w niej jakąś bezbronność, zauważył to już, kiedy pierwszy raz wrócił do przytomności. Jak gdyby potrzeba wymusiła w niej tę siłę. Z pozoru jednak wydawała się bardzo spokojna i zaradna.
Natychmiast wyczuł, że jest osobą, której można ufać bez zastrzeżeń.
W jaki sposób tutaj trafiła? Mieszkała tu najwidoczniej całkiem sama.
– Jak się nazywasz? – spytał.
Poderwała się przestraszona, o mało nie wypuszczając z rąk ściereczki, którą obmywała mu łokieć.
– Nie wiedziałam, że… – zająknęła się. – Mam na imię Halla.