Выбрать главу

– Oczywiście – powtórzyła Tiril z ulgą, w poczuciu winy za niemądre przypuszczenia, a także z czułością i wdzięcznością dla nieznajomej kobiety. – Wśród tych ciągłych starć i walki na śmierć i życie musimy znaleźć też miejsce dla zwykłych ludzkich uczuć.

– Ale chyba nie możemy tak po prostu zabrać chłopca dziadkom? – niepewnie spytał Dolg. – Ani też ukradkiem go porwać?

W głosie Móriego pojawiła się surowość.

– Już chciałem powiedzieć, że jeśli im wolno było postąpić tak niecnie, to i my możemy zachować się podobnie. Masz jednak rację, Dolgu, ja także o tym myślałem. Pozwól mnie i Tiril podjąć pertraktacje ze staruszkami. Spytamy zaraz naszego życzliwego gospodarza, gdzie leży tamta zagroda.

Okazało się, że bliżej niż przypuszczali, po drugiej stronie rozlewiska, przez które dobrzy ludzie pomogli im się przeprawić.

Znaleźli się w okolicach rodzinnego domu Runara. Na pastwisku ujrzeli chłopca jadącego konno wśród stada koni. Taki obrazek często spotykali na Islandii: samotny jeździec, któremu towarzyszy wiele wierzchowców.

– To musi być Bjarni – doszedł do wniosku Dolg. – Jedźcie dalej, ja chciałbym z nim porozmawiać.

– Dobrze – przystał Móri. – Powinien usłyszeć nowiny o swojej matce. Tym razem prawdziwe.

– Właśnie – cierpko przyznał Dolg.

Wkrótce potem spotkał się z chłopcem.

– Dzień dobry, Bjarni – przywitał go.

Chłopiec wstrzymał konie i popatrzył na Dolga z nieskrywanym zdziwieniem. Widok niezwykłego syna czarnoksiężnika na moment zbił go z pantałyku, zaraz jednak się opanował.

– Nie wolno mi rozmawiać z obcymi – mruknął.

– Przybywam od twej matki – powiedział Dolg. – Ona za tobą tęskni.

Bjarni się zatrzymał. Był to dobrze rozwinięty chłopiec, wyrośnięty jak na swoje czternaście lat, o spojrzeniu pełnym bezradności, podobnym do spojrzenia matki.

Ale w jego słowach dała się słyszeć zawziętość.

– Ja nic ją nie obchodzę.

– Jesteś dla niej całym życiem – cicho rzekł Dolg. – Gdybyś znał jej rozpacz, natychmiast wróciłbyś do domu.

– Dlaczego więc mnie odesłała? Dlaczego nigdy o mnie nie pytała?

Dolg westchnął.

– Ona wcale cię nie odesłała. Zabrano cię jej siłą. Przyjeżdżała, tu wielokrotnie, prosząc, by pozwolono jej się z tobą zobaczyć, porozmawiać i zabrać cię do domu. Nigdy nie wpuszczono jej do środka, zawsze zastawała zamknięte drzwi.

Chłopiec odwrócił głowę. Nie chciał uwierzyć w to, co słyszał, bal się, że znów ktoś go zrani.

– Halla zrobiła dla ciebie swetry na drutach, uszyła buty i inne ubrania. Kiedy byłeś młodszy, robiła ci zabawki. Przywoziła tu rzeczy dla ciebie, lecz nic nie mogła ci podarować.

Bjarni milczał. Spuścił głowę, wbił wzrok w końską grzywę.

– Ludzie, u których mieszkasz, powiedzieli ci, że ona nie chce się tobą dłużej zajmować. Powodowała nimi opaczna miłość do ciebie, pragnęli za wszelką cenę cię zatrzymać. Podobne historie rozpowiadali jednak także wśród sąsiadów, a to zły uczynek, którego nie da się usprawiedliwić.

Dolg spostrzegł, że z oczu nieszczęśliwego chłopca skapują łzy, udał jednak, że niczego nie widzi.

– Chcesz pojechać ze mną do matki?

Bjarni nie odpowiedział.

– Wybór należy do ciebie. Jeśli dobrze ci tutaj, w tym wielkim gospodarstwie, które kiedyś odziedziczysz, to twoja sprawa, i nie będę cię dłużej prosić. Lecz jeśli myślałeś o tamtej małej samotnej zagrodzie w górskiej dolinie i o swojej matce, to moim zdaniem warto ją odwiedzić. Będziecie mogli wszystko sobie wyjaśnić. Ona ogromnie tęskni za tobą, ale ponad własne życzenia przedkłada twoje dobro.

Bjarni odetchnął głęboko, żeby uspokoić drżący głos.

– Czy Teitur jeszcze żyje?

– O, tak. Teitur, oba konie i wszystkie pozostałe zwierzęta.

Troszeczkę było w tym przesady, bo przecież kolejne pokolenia owiec zastępowały stare.

Bjarni otarł nos i oczy.

– Nie mogę ot, tak z tobą wyruszyć, nie mówiąc nic babci i dziadkowi.

– Oczywiście. Moi rodzice i brat pojechali już do nich porozmawiać o tobie.

– Nigdy mi nie pozwolą… – mruknął Bjarni niewyraźnie.

– O ile dobrze znam swego ojca, to ma on środki, aby ich przekonać – spokojnie oświadczył Dolg.

Bjarni popatrzył na niego podejrzliwie.

– Kim ty jesteś? Człowiekiem czy…?

– Hm, no cóż – mruknął Dolg. – Chyba jestem dość ludzki.

– Wrócisz teraz do matki?

– Za kilka dni. Mam najpierw pewną sprawę do załatwienia.

Sprawę? Bardzo zwyczajne słowo na określenie czekającego go zadania.

– Kilka dni? Ile?

– Naprawdę nie wiem, Bjarni. Ale nie tak dużo.

Chłopiec spojrzał na niego z ukosa.

– Skąd znasz matkę? Mieszkasz tutaj? Od dawna się znacie?

Dolg zawahał się.

– Chętnie ci wszystko opowiem. Daleko masz zaprowadzić konie?

– Mogę je wypuścić tutaj.

– Dobrze. Pojedziemy razem do zagrody i po drodze porozmawiamy?

Bjarni kiwnął głową. Zawrócili konie i Dolg jeszcze raz musiał opowiadać o swym krótkim spotkaniu z Hallą i o tym, jak dzielnie uratowała mu życie. Chłopiec chciał wiedzieć więcej, Dolg wspomniał więc także o złych rycerzach, którzy ich ścigają.

Dotarli na miejsce, z czego Dolg właściwie się ucieszył, nie bardzo bowiem miał ochotę zdradzać, jakie zadanie czeka go naprawdę na Islandii.

– Czy oni są dla ciebie dobrzy? – spytał, kiedy rozmowa zeszła na dziadków chłopca.

– Tak mówią. Twierdzą, że robią dla mnie wszystko, i tak też pewnie jest. Tylko…

– Tak?

– Czasami czuję się, jakbym był więźniem. I cały czas powtarzają, że są tacy dobrzy, a matka jest złą kobietą.

– To nieprawda, Bjarni. Twoja matka jest wspaniałym człowiekiem, jednym z najwspanialszych, jakich spotkałem w życiu.

– Mnie też się tak wydawało – żałośnie przyznał chłopiec. – Dlatego niczego nie mogłem zrozumieć.

– Pojedziesz z nami do matki?

– Jeśli mi pozwolą. Bardzo chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć. Ją i Teitura, zagrodę i całą dolinę tam, w domu. Jeśli mi tylko pozwolą…

Po raz pierwszy wyraził się “w domu”. Dolg uznał to za najlepszą gwarancję, że wszystko pójdzie dobrze.

W tym czasie Móri i Tiril zajęli się dziadkami chłopca.

Wpuszczono ich do środka po dość długim wahaniu. Tiril zdążyła nawet szeptem zaproponować, aby wezwali na pomoc duchy, ale Móri nie tracił wiary we własne siły.

– Tym razem nie – odszepnął żonie. – Sam sobie z tym poradzę.

Tak też się stało, lecz nie bez walki.

Starsi ludzie, usłyszawszy, z czym przybywają przyjezdni, natychmiast się najeżyli.

– Nie pojmuję, co możecie mieć z tą sprawą wspólnego – twardym głosem oświadczył wieśniak.

– Znamy rozpacz i samotność Halli – odparł Móri. Zabraliście jej dziecko.

W głosie gospodyni zabrzmiał gniew.

– Straciliśmy syna, naszego jedynego potomka! Obowiązkiem jego syna jest zająć się nami i gospodarstwem. A może mamy zostać całkiem sami z naszym żalem?

Tiril i Móriemu nie zaproponowano, by usiedli. Stali w drzwiach, podczas gdy gospodarze siedzieli przy stole nakrytym do późnego obiadu.

– To was nie uprawnia, by kraść dziecko innej kobiecie – ostro powiedział Móri.

– Kraść? – równie ostro rzekł wieśniak. – Własnej krwi i kości się nie kradnie. Miejsce Bjarniego jest tutaj, ta kobieta powinna to zrozumieć.

– Ta kobieta, jak ją nazywacie, straciła syna, swoje jedyne dziecko. Wiemy, że chłopiec na początku pobytu u was bardzo cierpiał. Może wciąż nie potrafi się pogodzić ze swoją sytuacją, nic nam o tym nie wiadomo.