Dyskusja się przeciągała. Starsi ludzie dostrzegali jedynie własne kłopoty, przygnębienie Bjarniego uważali za dziecięce dąsy. Byli przekonani, że kiedy chłopiec zrozumie, jakie korzyści przynosi mu mieszkanie u nich, zapomni o nędznej zagrodzie w górach.
Tiril dostrzegła błyski w oczach Móriego. Znała swego męża i wiedziała, co one oznaczają. Zdawała sobie sprawę, że powinna go powstrzymać, lecz nie chciała. I ją także rozgniewali gospodarze, pozwoliła więc Móriemu znów stać się czarnoksiężnikiem.
Służący wyszli do kuchni, zabierając resztki obiadu. Zostali w izbie w piątkę.
Villemann nie powinien na to patrzeć, pomyślała Tiril. Chociaż właściwie, dlaczego nie? Nie lubi przecież, kiedy staramy się trzymać go z boku.
Móri wyjął magiczną runę. Rozległ się jego głos, cichy i miękki, monotonny, na wpół śpiewny. Niezwykłe słowa wypełniły pomieszczenie.
Oczy gospodarzy zrobiły się jakby szklane. Zaczęli się lekko kołysać na krzesłach.
Villemann oniemiały wpatrywał się w ojca.
Dla Tiril scena ta nie była niczym nadzwyczajnym. Wprawdzie Móri od bardzo dawna nie uciekał się do czarnoksięskich zaklęć, lecz widać wcale o nich nie zapomniał.
Ani na nią, ani na Villemanna zaklęcia nie podziałały, ale bo też i nie na nich były skierowane.
Móri nie czynił nic złego ani niebezpiecznego. Zaklęciami zesłał na staruszków jedynie zrozumienie dla innych ludzi, łagodniejsze usposobienie, współczucie dla bliźnich. Zmusił, by zapomnieli o swych podejrzeniach, że to Halla nakłoniła Runara do odwrócenia się od rodziców.
Móri trochę się spieszył, bo w każdej chwili ktoś obcy mógł wejść do izby, dlatego też nie dotrzymał wszelkich zasad staranności i dokładności.
Ale zaklęcia i tak podziałały!
Kiedy Móri zakończył ich odmawianie i wziął głęboki oddech, dziadkowie Bjarniego mieli łzy w oczach, ze wstydu nie śmieli podnieść wzroku znad stołu.
Móri bowiem nie chciał odbierać im wnuka siłą, pragnął jedynie sprawić, by wreszcie wszystko zrozumieli.
– Nie utracicie chłopca – przyjaźnie rzekła Tiril. – Wcale nie! Wszak on wie, że tu jesteście, i najpewniej przejmie kiedyś gospodarstwo. Prawda?
Mocno pokiwali głowami.
Właśnie wtedy w drzwiach stanął Bjarni. Dolg z Nerem czekał na zewnątrz. Nie chciał, by gospodarz i jego żona całkiem stracili głowę.
Chłopiec uzyskał pozwolenie na wyjazd do matki. Dziadek zaproponował nawet, by towarzyszyło mu dwóch ludzi, lecz spojrzenie Bjarniego mówiło, czego on chce.
– Mam przyjaciela. Nazywa się Dolg…
– To nasz syn – wyjaśniła Tiril. – Starszy syn, spotkał się z Bjarnim na łąkach.
– On może mnie zaprowadzić do matki – ciągnął chłopiec. – Za kilka dni i tak będzie tam jechał.
Móri zastanawiał się, czy znów przyjdzie mu uciec się do zaklęć, ale okazało się, że to, czego dokonał wcześniej, w zupełności wystarczy. Dziadkowie niczego już wnukowi nie odmawiali.
– Wobec tego za parę dni przyjedziemy po ciebie razem z Dolgiem – oświadczył Móri.
Ale Bjarni się wystraszył.
– Nie, nie, to niemożliwe. Już teraz mogę jechać z wami. Nie będę wam ciężarem. Bardzo proszę, zabierzcie mnie ze sobą, tak się boję utracić…
– Przyjaciela i okazję? – dokończył Móri. – Nic ci nie ucieknie. Ale jeśli uważasz, że starczy ci sił na jazdę przez bezdroża, po pustkowiach, to nie mamy nic przeciwko temu. Musisz tylko uzyskać pozwolenie dziadków.
– Nigdy się na to nie zgodzą.
Tu jednak się omylił. Babcia otarła łzy i powiedziała zduszonym głosem:
– Drogie dziecko, bardzo byliśmy samolubni. Jeśli obiecasz, że będziesz na siebie uważał, możesz jechać. Ufam tym ludziom. Mam tylko nadzieję, że pierwsza wizyta u matki nie potrwa zbyt długo. Wrócisz tutaj, prawda?
Bjarni milczał, więc Móri postanowił się włączyć:
– Jeśli matka Bjarniego będzie mile widziana tutaj, z pewnością go odwiezie. Ale to sam Bjarni musi zdecydować, czy zechce tu zostać, czy też wróci tylko po rzeczy. Teraz może zabrać tylko to, co najniezbędniejsze, bo w podróży musimy mieć z sobą jak najmniej bagażu.
Chłopiec jednak wciąż był nieufny.
– Czy matka naprawdę będzie tu mile widziana?
– Tak – z powagą odparł dziadek. – Bardzo chętnie się z nią zobaczymy, jeśli zgodzi się odbyć z nami rozmowę dotyczącą twojej przyszłości. Stanie się jednak tak, jak mówią nasi goście: To ty zdecydujesz, gdzie zechcesz mieszkać. Być może…
– Tak?
– Być może twoja matka zechce zamieszkać tutaj? Twoja babka i ja jesteśmy już starzy. Przydałby się ktoś dorosły, kto mógłby zająć się gospodarstwem do czasu, kiedy ty osiągniesz dojrzałość.
– Matka na pewno nie będzie chciała wynieść się z górskiej doliny – stwierdził Bjarni.
– Możecie chyba zatrzymać tę zagrodę jako letnie pastwisko? Sądzę, że twoja matka przystanie na taki plan, zapewne bardzo tam była samotna.
– To prawda – potwierdził Móri. – Dolg, nasz syn, opowiadał nam o tym. Teraz jednak musimy wyruszyć dalej, zanim zrobi się późny wieczór. Jeśli więc Bjarni może się przygotować do podróży…
– Oczywiście!
Móri z rodziną wyszli na dziedziniec, a wtedy Villemann głośno wypuścił powietrze z płuc.
– Uch! Doskonale sobie poradziłeś, ojcze! Pokazałeś prawdziwe mistrzostwo!
Móri uśmiechnął się, dumny z pochwały.
– No, odprawiałem już potężniejsze zaklęcia, ale rzeczywiście muszę przyznać, że tym razem podziałało nadspodziewanie dobrze.
– Dobrze? – wykrzyknął Villemann. – Przecież to zdumiewające, jak zmieniło się ich nastawienie do ludzi! Prawdziwe czary!
– Masz rację! – odparł Móri z udawaną powagą. – Najprawdziwsze!
Rozdział 10
Ponieważ pogoda dopisywała, a wieczorne słońce świeciło jeszcze mocno, postanowili nie nocować w wielkim gospodarstwie przy drodze. Doszli do wniosku, że to może być niebezpieczne, lepiej więc rozbić obóz gdzieś pod gołym niebem.
Znajdowali się na równinach, wśród szerokich, otwartych dolin. Dookoła widać było zabudowania, na łąkach pasły się owce i konie.
Bjarni z początku jechał milczący. Może żałował, że wybrał się w drogę z całkiem obcymi ludźmi? Wszyscy członkowie tej dziwnej rodziny troszczyli się jednak o niego, zagadywali go, opowiadali o sobie i dbali, by czuł się z nimi jak najlepiej.
Wszystkim rzucał się w oczy podziw, jaki chłopiec żywił dla Dolga, lecz okazało się, że z usposobienia Bjarni bardziej podobny jest do Villemanna i ci dwaj często jechali obok siebie, rozmawiając. Tiril kojarzyła się Bjarniemu z ciepłem i bezpieczeństwem, Móri był przywódcą i potrafił absolutnie wszystko. Chłopiec zaprzyjaźnił się także z Nerem, chociaż z początku wielki pies trochę go przerażał.
Ponieważ nowi znajomi starali się o to, by chłopiec dobrze się z nimi czuł, Bjarni prędko się wśród nich odnalazł. Fakt, że nie byli zwyczajnymi ludźmi, tylko rozbudził wyobraźnię chłopca.
Raz po raz jednak pytał Dolga o Halle i górską zagrodę. Najwyraźniej tęsknił, choć jednocześnie obawiał się spotkania z matką. Wciąż wszak mu powtarzano, że przestała się nim interesować. W uczuciach Bjarniego zapanował chaos. Czy wierzyć w to, co mówili nowi znajomi, Dolg i jego rodzina? Czy zdąży na czas do matki, by prosić ją o wybaczenie i zapewnić, że wciąż ją kocha?
Ile właściwie dni mieli spędzić w podróży, zanim wreszcie skierują się do ich samotnej doliny?
Pierwszego wieczoru nie dotarli szczególnie daleko. Znaleźli bezpieczne, osłonięte miejsce wśród skał i głazów. Tam się zatrzymali.