Выбрать главу

Tej nocy Bjarni leżał między Dolgiem a Villemannem.

Nie mógł zasnąć. Cisza panująca w okolicy, chłodny nocny wiatr, dobiegający skądś szum rzeki.

Matka.

Starał się przywołać ją w myślach – taką, jaką on ją znał, a nie jak odmalowywali ją dziadkowie. Wspominał swą samotność i płacz w pierwszym okresie spędzonym na równinach, niemożność zrozumienia zdrady matki i tęsknotę za domem.

Czy w ogóle kiedykolwiek przestał tęsknić? Czy gorycz kiedyś ustąpiła?

Nie.

Akurat w tej chwili do szaleństwa wprost pragnął pojechać prosto do domu, do matki i Teitura, do wszystkich pięknych miejsc w dolinie. Z oczu znów popłynęły mu łzy. Zezłościł się na samego siebie. Przecież miał już czternaście lat!

– Jedno jest pewne – oświadczył Villemann, kiedy następnego ranka zbierali się do drogi. – Rycerze stracili nasz ślad. Albo też nie odzyskali koni.

– Tym lepiej dla nas – stwierdził Móri. – Musimy to wykorzystać. Bjarni, twoje siodło jest już zamocowane. Wygodnie ci?

Bjarni spojrzał w dół na życzliwą wprawdzie, lecz jakże niezwykłą twarz czarnoksiężnika. Tak, wiedział już teraz, że ma do czynienia z czarnoksiężnikiem. Okazało się to znacznie mniej groźne, niż przypuszczał.

Ale twarz Dolga była jeszcze bardziej osobliwa.

Bjarni nauczył się natomiast podczas tej podróży, że budzący grozę wygląd nie oznacza, wcale, iż osoba, z którą ma się do czynienia, jest zła.

Nigdy jeszcze nie spotkał takich dobrych ludzi, poza matką oczywiście.

Ruszyli, rozciągnęli się w orszak na gościńcu.

– Dolgu – rzekł Móri. – Wiesz, że do Gjäin masz jechać sam…

– Tak.

– To konieczne. Nawet Nero nie może ci tam towarzyszyć. Kiedy bowiem nastąpi ów wielki moment, nikomu nie wolno go zakłócić. Będzie to chwila wyłącznie dla tych, którzy nie mogą się już swobodnie poruszać po ziemi, ponieważ my, ludzie, zajęliśmy ich miejsce.

– Czy Cień będzie przy mnie?

– O tym wie tylko Cień. Duchów w każdym razie się nie spodziewaj. One należą do innego wymiaru.

Dolg skinął głową. Na twarzy odmalował mu się wyraz napięcia.

Cień, powtórzył w myśli Bjarni, nastawiając uszu. Wcześniej wspominali mu o jakimś Cieniu i duchach, nie bardzo potrafił to wszystko pojąć.

Trudno mu było także pogodzić się z tym, że jadą na południe, podczas gdy jego serce rwało się na północ, do domu matki. Przecież z każdym krokiem coraz bardziej się od niej oddalał, tak być nie powinno, nie powinno!

Ale uprzedzili przecież, że rezerwują sobie kilka dni na własne sprawy.

Prawdę powiedziawszy, wydawało mu się to wszystko bardzo, niezwykle wprost emocjonujące. Nigdy nie odwiedzał okolic, ku którym zmierzali, a opowieści o cieniach, duchach, elfach i głosach karłów rozpaliły jego ciekawość.

Rozejrzał się dokoła. O wczesnym poranku powietrze było przejrzyste, słońce dopiero wstawało. Jechał wśród przyjaciół, którzy nie chcieli go nadmiernie chronić jak babka i dziadek, chociaż oni także przecież pragnęli jego dobra.

Ale dziadkowie nie zapominali przy tym o sobie, o, nie, tyle zdążył już zrozumieć.

A teraz wyruszał na spotkanie z przygodą. Prawdziwą przygodą!

Gdyby wiedział, co go czeka, być może tak bardzo by się nie radował.

Z czasem wszyscy zauważyli zdecydowaną zmianę nastroju Móriego. Im dalej na południe się posuwali, tym bardziej stawał się milkliwy. Twarz mu pobladła, napięła się, mieli też wrażenie, że Móri nie chce spoglądać na boki.

– Móri – odważyła się wreszcie spytać Tiril. – Powiesz nam, co cię dręczy? Czy też mamy zgadywać?

Czarnoksiężnik milczał, spostrzegli jednak, że zbiera się do mówienia, tyle że przychodzi mu to z ogromnym trudem.

– Tędy jechaliśmy – rzekł w końcu. – Tutaj widziałem matkę po raz ostatni. Przybyliśmy przez Sprengisandur, które rozciągają się teraz przed nami. Widzicie ten kościół z tyłu, z lewej strony? To Skälholt. Wkrótce wjedziemy w Thjorsärdalur, ciągnącą się na wschodzie. Jadę drogą, która przywiodła mnie do największej tragedii mego życia.

Tiril na moment ujęła go za rękę.

– Rozumiemy. Gdybyśmy mogli ci tego oszczędzić…

Kiwnął głową z wdzięcznością.

– Muszę wskazać Dolgowi, którędy ma jechać. Gdyby nie to, za nic nie zapuściłbym się jeszcze raz do Thjorsärdalur.

Nikt nic więcej nie powiedział. Villemann zastanawiał się, czy ma wystąpić z jakąś zabawną historyjką, by trochę poprawić atmosferę, ale i jego dosięgną! smutek. Przed nimi wznosił się wulkan Hekla, dokoła widać było popiół i ślady licznych wybuchów.

Wjechali w Thjorsärdalur – dolinę rzeki Thjorsä, na szeroką, czarną jak węgiel, całkiem płaską równinę, ciągnącą się aż do niewysokich gór z lawy.

W tym miejscu właśnie Móri w czasach wczesnej młodości podczas upiornej podróży oznajmił: “Pod nami są domy”. A Gissur, czarnoksiężnik, który wraz z matką Móriego jechał do Thingvellir, aby tam spłonąć na stosie, odparł: “Masz rację. Pod lawą spoczywa wiele bogatych zagród. Wybuch Piekli w roku tysiąc sto czwartym pogrzebał je na zawsze”.

Teraz Móri po niespokojnych oczach syna poznał, że i Dolg odczuwa to samo.

– Masz rację, Dolgu – rzekł krótko. – Jedziemy nad domami.

Opowiedział o wybuchach Hekli. Villemann i Bjarni słuchali z wielkim zainteresowaniem, Tiril ze smutkiem, natomiast wyraz twarzy Dolga pozostawał niezgłębiony.

Wreszcie Móri się zatrzymał.

– Chyba nie starczy mi sił na więcej. Dolgu, dalej musisz jechać sam. Widzisz te wzgórza w oddali, na wschodzie? Tam masz się udać, właśnie tam znajdziesz Gjäin. My zaczekamy na ciebie tutaj, przy Bürfell, tak będzie najlepiej. Nie spiesz się, poświęć tyle czasu, ile ci potrzeba.

Villemann poprosił, aby pozwolono mu towarzyszyć bratu.

Móri z namysłem przyglądał się obu synom.

– Chciałbym, abyś pojechał z Dolgiem, lecz twoja obecność, nawet gdybyś zaczekał w sporej odległości od właściwego miejsca, mogłaby przeszkadzać i jeszcze kogoś przestraszyć. Sądzę, że powinieneś zostać z nami.

Dolg posłał bratu ciepłe spojrzenie.

– Dziękuję, Villemannie! Bardzo chciałbym mieć cię przy sobie. Ojciec jednak wie najlepiej, jak należy postąpić. I wciąż pamiętamy twój bohaterski czyn na Kjölur!

Słysząc to Villemann rozjaśnił się i już nie protestował, zresztą dobrze rozumiał tę decyzję. Nikt nie wiedział wszak, co spotka Dolga w Gjäin, a najdrobniejsze zakłócenie równowagi mogło zniweczyć wszelkie wysiłki. Villemann wcale nie chciał, aby stało się to z jego winy.

Cofnąwszy się kawałek, odwrócili się. Zobaczyli samotnego jeźdźca na niedużym rudobrązowym koniku, przemierzającego nie kończące się czarne pole lawy.

Tiril westchnęła cichutko:

– Myślisz, że może mu grozić jakieś niebezpieczeństwo?

Móri długo się zastanawiał:

– Przypuszczam, że jest całkiem bezpieczny. I bardzo wyczekiwany. Oby tylko wszystkiego nie zepsuł. O to tak łatwo.

– No właśnie – pokiwała głową Tiril. – Też się tego obawiam.

Tu się nie da żyć, rozmyślał Dolg, jadąc przez pustkowie. Gdzieniegdzie dzielne, zielone kępki trawy przebijały się przez lawę, lecz nie tutaj. Dolina rzeki Thjorsä była najbardziej jałową ze wszystkich krain, przez jakie jechał dotychczas.

Z wolna zbliżał się do odległych wzgórz. Odwrócił się, próbując wypatrzyć rodziców, ale już dawno temu stracił ich z oczu.

Lekki wiatr owiewał go, ale nie niósł chłodu. Z daleka słyszał szum rzeki Thjorsä, największej rzeki Islandii, ale nie widział jej wody, płynęła głębokim korytem.

Za jego plecami wznosiła się Hekla. Dolg wsłuchał się w ogromną ciszę, wydało mu się, że cała okolica zamarła w wyczekiwaniu. Ale to pewnie tylko on nie potrafił zapanować nad napięciem, on sam na coś czekał.