Выбрать главу

Nachylił się i poklepał po szyi konia, konia Halli. Wierzchowce braci zakonnych zostawili jakiemuś gospodarzowi z prośbą, aby je zatrzymał. Specjalnie w tym celu wyszukali zagrodę oddaloną od drogi, co zmniejszało ryzyko, że rycerze odnajdą swe konie i być może srodze ukarzą chłopa.

Koń Dolga zaczął kuleć, postanowił więc oszczędzić go przez kilka dni, dlatego jechał teraz na koniku Halli.

Dotarł do wzgórz zamykających dolinę. Drogę zagrodziła mu jakaś mniejsza rzeka.

Wiedział, że nie powinien się przeprawiać na drugą stronę, tylko cofnąć kawałek wzdłuż jej brzegu.

Nie było to trudne, bo w pewnej odległości od koryta rzeczki wiodła stara ścieżka dla koni. Momentami oddalał się od rzeki, ale ścieżka, wijąc się, w końcu zawsze dochodziła do wody.

Móri opisał mu drogę tylko w przybliżeniu, raz bowiem kiedyś tędy jechał i wydawało mu się, że wie, dokąd ma dotrzeć Dolg. Halla za to udzieliła mu dokładniejszych wskazówek, wiedziała, gdzie kryje się owo tajemnicze miejsce: “Tam muszą mieszkać elfy, to najbardziej odpowiednie miejce na całej Islandii”.

Takie było jej zdanie, Dolg natomiast wiedział, że można je spotkać niemal wszędzie, w Asbyrgi, w Borgarfjördhur na wschodzie, w okolicach Snasfellsjókull i w wielu miejscach na zachodzie wyspy. Teraz miał dotrzeć do Gjäin. Halla musiała mieć rację, skoro elfy i karły prosiły, by właśnie tutaj się udał.

W jednej chwili poczuł, że jest na miejscu.

Ścieżka znów zbliżała się do głębokiego koryta rzeczki. Dolg zboczył nad jego krawędź. Spojrzał w dół…

Dech zaparło mu w piersiach.

Przed sobą ujrzał niewielką dolinę. Nie bardzo szeroką, wcale nie głęboką. Niewielkie pagórki porastały maleńkie żółte kwiatki. Środkiem doliny płynął strumyk z dwoma niedużymi wodospadami, a po drugiej stronie strumyka w skale widniało wejście do małej groty.

Dolg zamarł. Tak baśniowo pięknego miejsca nigdy jeszcze nie widział. Halla miała rację: To musi być miejsce elfów!

Dolina leżała skąpana w blasku słońca. Każdy kwiatek świecił niczym miniaturowe słoneczko w szmaragdowozielonej trawie, otaczającej wodne kaskady i spokojniejsze miejsca w rzece, w której odbijało się błękitne niebo. Skały miały kolor piasku.

Grota, pomyślał Dolg. Tam mam iść.

Ale jak tam dotrzeć? Dolinę otacza tylko szara jałowa lawa.

Nagle w uszach rozbrzmiał mu głęboki, ochrypły głos Cienia:

– Boisz się, Dolgu?

– Czy się boję? – powtórzył zamyślony. – Nie, pełen jestem uniesienia. I pokory. Czego się ode mnie oczekuje?

– Spotkasz Starca.

– Starca?

– Pradawną siłę Islandii.

– Czy już jestem u celu?

– Dlaczego tak sądzisz? Tu wymagana jest ostrożność, Dolgu! Muszą mieć absolutną pewność, że jesteś tym właściwym.

– A jeszcze tego nie wiedzą?

– Czekają od tysięcy lat. W tym czasie zapewne znaleźli się i inni, którzy także próbowali.

Próbowali? Czego? chciał już spytać Dolg, nie był jednak pewien, czy ma dość odwagi, by usłyszeć odpowiedź.

– Czy ty nie zamierzałeś trzymać się z daleka od tego miejsca? – pragnął wiedzieć Dolg. Czuł, że nerwy ma napięte jak struny.

– Masz całkowitą rację, chciałem się tylko przekonać, czy tu trafisz. Udało ci się. Teraz znikam.

Nie, chciał zawołać Dolg. Przecież ja nic nie wiem! Nie możecie mnie teraz wszyscy opuścić, pozostawić samego w nieświadomości!

Ale stało się tak, jak kiedyś na bagnach. Wszyscy zniknęli.

Została wtedy przy nim tylko Eliveva, jego duch opiekuńczy. Wyszeptał teraz jej imię, lecz nie doczekał się odpowiedzi.

No tak, wówczas był zaledwie dzieckiem. Teraz jest dorosły; spodziewano się, że będzie sobie radzić sam.

Szacunek, jaki odczuwał dla tego miejsca, odbierał mu śmiałość, nie pozwalał zejść na dół do strumyka, czy może raczej rzeczki, nie wiedział, jak nazwać tę wodę.

Usiadł na krawędzi skały, krzyżując nogi niczym świątobliwy hinduski mnich. Znieruchomiał, chłonął atmosferę tego miejsca, przepełnioną spokojem, nastrojową, lecz… Jak wcześniej miał wrażenie, że i tutaj tkwi jakiś element wyczekiwania.

Kiedy nic się nie stało, zawołał stłumionym głosem:

– Elfy Islandii, pozdrawiam was! Przybyłem, aby spróbować pomóc tym, którzy potrzebują mej pomocy.

Jak się tego spodziewał, zapadła cisza, ta cisza, która zapowiada, że coś się stanie.

Dolg czekał.

Wreszcie z doliny rozległa się odpowiedź:

– Przedstaw się, obcy! I zabierz stąd konia! Wibracje, które wysyła, przeszkadzają.

Męski głos brzmiał miękko, choć jednocześnie surowo. Nie był młody ani też szczególnie głęboki. Słowa wypowiedziane zostały raczej przeciągłym szeptem, od skalnych ścian odbiły się pełnym skargi echem, ale nie tak potężnym jak w Hljödhaklettar. Dolg wiedział, że się nie myli: to prawdziwe głosy karłów.

Wstał i wyprowadził konia poza obszar doliny, przywiązawszy go, dla uspokojenia poklepał po łbie. Potem wrócił na krawędź skały.

– Jestem Dolg! – zawołał. – Mój ojciec to islandzki czarnoksiężnik Móri z rodu Jonssonów. Moja dobra matka wywodzi się z innego szlachetnego rodu.

Chwila ciszy.

– To tylko słowa! Kto lub co cię tu sprowadza?

– Przebyłem długą drogę. Jeszcze przed urodzeniem zostałem do tego wyznaczony, ale nie jest to mój ostateczny cel. Sprowadziła mnie tu przede wszystkim istota z dawnego ludu. Znam ją tylko pod imieniem Cień, tak jak wy należy do wymarłego, a zarazem wciąż istniejącego gatunku. Żyje w takiej samej formie istnienia jak wy, elfy i karły. Prawdopodobnie my, ludzie, usunęliśmy z Ziemi jego rasę. Więcej nie wiem, on utrzymuje w tajemnicy prawdę o swym pochodzeniu. Czy taka odpowiedź wystarczy?

Kolejna chwila ciszy.

– Zejdź na dół, Dolgu z rodu czarnoksiężników! Potrzeba innych dowodów.

Dolg rozejrzał się w poszukiwaniu najlepszej drogi. Wygodnego zejścia nie znalazł, zaczął więc spuszczać się w dół tam, gdzie, jak mu się wydawało, będzie najłatwiej. Zbocze było dość strome, ślizgał się na odłamkach lawy, zaraz jednak się prostował i dalej schodził.

Wreszcie znalazł się nad strumieniem. Ponieważ wołanie, jak sądził, rozlegało się z groty po przeciwnej stronie doliny, przeprawił się na drugi brzeg. Zimny nurt obmył mu kolana. Na brzegu wylał wodę z butów, ściągnął też pończochy i zostawił na kamieniach, aby przeschły w słońcu. Dalej poszedł boso, uważał, że w ten sposób okaże także szacunek.

Czekało go rozczarowanie. Grota okazała się jedynie niedużym zagłębieniem w skale, niczym więcej.

Rozumiał jednak, że już sam fakt udzielenia mu odpowiedzi oznacza, iż nie został odrzucony. Owszem, spodziewano się go, rozumiał jednak, że istoty muszą zachować ostrożność.

Stanął na kamiennej płycie u wejścia do “groty”.

Głos powrócił, teraz znacznie bliższy, wydobywał się z zagłębienia w skale.

– Czy masz dowód na to, że jesteś owym wytęsknionym, Dolgiem synem Móriego?

Dolg wyjął niebieski kamień ze skórzanej sakiewki. Zapadła głęboka cisza. Podniósł kamień do góry i czekał. Szafir roziskrzył się w promieniach słońca.

Świat wokół znieruchomiał, jakby i wiatr wstrzymał swą podróż po niebie.

– Tajemnicze imię Dolg mogłeś sobie przywłaszczyć. Drogocenną niebieską kulę, na której ujrzenie czekamy od tysięcy lat, mogłeś sobie przywłaszczyć. Czy masz ostateczny dowód, Dolgu?

Słyszał brzmiącą w głosie nadzieję, tęsknotę i rozpacz.

Sam oniemiał ze zdumienia. Ostateczny, decydujący dowód?