Выбрать главу

– Ale Bjarni otrzyma wsparcie innych mocy – pokiwał głową Dolg. – Dobrze, na pewno damy sobie radę.

– Wierzymy w to, Dolgu. Ty i twoi towarzysze jesteście naszą ostatnią, jedyną nadzieją. Posłuchaj uważnie…

Rodzina spostrzegła, jak nadjeżdża przez czarne pola lawy w dolinie rzeki Thjorsa.

– Dzięki Bogu – Tiril odetchnęła z ulgą. – Wrócił, i to nawet dość szybko. Zaraz się dowiemy, co się stało.

Tylko Móri dostrzegł coś jeszcze.

Dobry Boże, zastanawiał się, co to może być? Nie potrafił nazwać tego, co widzi. Miał wrażenie, jakby Dolga spowijała jakaś tajemnicza materia, a raczej jakby ciągnął się za nim szeroki obłok mgły, jakby tysiące przezroczystych istot pędziło za nim i jego koniem.

Czy coś mu grozi? zląkł się Móri.

– Spokojnie – szepnął mu Nauczyciel prosto do ucha. – Wszystko jest tak, jak być powinno. To gromada elfów towarzyszy swej jedynej nadziei. Musimy im pomóc.

– Tak, to oczywiste.

– Co powiedziałeś? – chciała wiedzieć Tiril.

– Nic takiego.

Dolg dotarł do nich, zsiadł z konia i posiliwszy się nieco, zaczął opowiadać. Móri oczu nie mógł oderwać od towarzyszącej mu, niewidzialnej dla innych gromady. Rozróżniał teraz mgliste kontury istot i zastanawiał się, czy Dolg także je widzi. Nie chciał pytać wprost, młody chłopak, który im towarzyszył, mógł się przestraszyć.

Już widać trochę zapomniał, jaka jest natura Islandczyków.

W zdumieniu słuchali opowieści Dolga.

– Szkoda, że ja tam nie byłem – westchnął Villemann.

– Może uda nam się wrócić do Gjäin, kiedy wykonamy już zadanie, o które poprosiły nas elfy – pocieszył go Dolg. I on bardzo chciał pokazać swym bliskim tę niezwykle urokliwą dolinę.

Móri oświadczył po namyśle:

– Starzec przecenił nasze możliwości. Nie zdążymy zajechać dzisiaj do Landmannalaugar, chociaż pora jeszcze wczesna. Byłem tam kiedyś, jechałem, by umknąć przed prześladowcami.

– Którędy jechałeś? – spytała Tiril.

– Fjallabaki. Za górami. Droga, Landmannaleidh, zaczyna się właśnie tutaj, przy Burfell. Jeśli wszyscy są gotowi, natychmiast wyruszamy. Postaramy się zajechać tak daleko, na ile pozwolą nam siły.

Dodał z ponurą miną:

– Naprawdę mam nadzieję, że zdołamy dotrzeć do Landmannalaugar. Ta droga to prawdziwie piekielna pustynia.

– Znasz Ofasrufoss? – dopytywał się Dolg.

– Nie, nigdy tam nie byłem, ale to podobno bardzo szczególne miejsce.

– W jaki sposób więc tam trafimy? – zastanawiał się Bjarni.

– Możemy liczyć na pomoc – zwięźle odparł Dolg.

Bjarni dowiedział się, że właśnie jego wyznaczono, by wyruszył na ratunek królowi elfów. W jaki sposób miał tego dokonać, wiedział tylko Dolg, który jednak przynajmniej na razie niczego nie chciał zdradzić.

To mogło przerażać.

Móri podniósł rękę do góry.

– Zanim wyruszymy… chciałbym zapytać duchy, czy zechcą nam pomóc.

– Doskonale! – Dolg i Villemann jednogłośnie pochwalili pomysł.

Wszyscy usłyszeli głos Nauczyciela:

– Ze względu na chłopca nie ukażemy się. Ale przysłuchiwaliśmy się wam i bardzo się cieszymy, że będziemy mogli się do czegoś przydać. Ten z nas, który najbardziej pomoże chłopcu, jest już w pełni gotowy. Nie mamy nic przeciw elfom Islandii. Chociaż należymy do innych wymiarów, uważamy możliwość przyjścia im z pomocą za zaszczyt.

– Czujemy podobnie – odparł Móri, a potem zawołał: – Słyszałyście, elfy?

Bjarni drgnął przerażony, kiedy przez równinę poniósł się zwielokrotniony szum. Wyczuwało się w nim zadowolenie.

Przez czarną równinę ciągnącą się ku szczytowi Hekli Dolg jechał obok Bjarniego. Podczas drogi prowadził z chłopcem spokojną rozmowę, wtajemniczał go, co będą musieli zrobić – czekała ich naprawdę ciężka przeprawa. Uprzedzał Bjarniego też, że jeśli nie chce podjąć tej próby lub nie czuje się na siłach, musi o tym od razu powiedzieć.

Chłopiec odetchnął drżąco.

– To rzeczywiście brzmi dość strasznie. Ale jeśli ty będziesz ze mną… – Bjarni popatrzył z podziwem na swój ideał.

– Będę, i ja, i pani wody. Kiedyś przeprowadziła naszego najlepszego przyjaciela przez całą Szwajcarię, powiodła go przez rzeki i jeziora, przez cały czas utrzymując go ponad powierzchnią.

– Tak, lecz…

– Wiem, teraz będzie inaczej. Ale możesz czuć się bezpiecznie.

– Bardzo bym chciał – westchnął Bjarni. – I fantastyczne też, że matka i ja będziemy w przyszłości mogli liczyć na wsparcie elfów. Ale jak, na miłość boską, zdołam sobie z tym poradzić?

– Musisz się zdecydować już teraz – oświadczył Dolg, kiedy zaczęli wspinać się w górę zbocza. – Bo jeśli się boisz, należy szukać innego. To może potrwać i…

– Nie! – jęknął Bjarni. – Nie trzeba nikogo innego, pozwólcie mnie spróbować! Ale chyba trochę mogę się bać?

– Nawet powinieneś, gdyby było inaczej, oznaczałoby to, że niczego nie rozumiesz. Usłyszysz i zobaczysz takie rzeczy, o których ci się nie śniło. Przeniesiesz się w inny świat, taki, którego zwyczajni ludzie nie widzą.

Słychać było, jak Bjarni głośno przełyka ślinę. Wreszcie podniósł głowę.

– Jestem gotów.

Jakiż on podobny do Halli, pomyślał Dolg z uśmiechem. Silny i dumny, chociaż taki jeszcze młody.

Wjechali na Fjallabaki, czyli na Fjadlabaki, jak wymawiali tę nazwę Islandczycy. Otworzył się przed nimi niezwykły krajobraz, symfonia czerni, szarości i szarych brązów.

Chwilę później dotarli na, jak się wyraził Móri, piekielną pustynię.

Biały szczyt Hekli na tle błękitnego nieba stanowił jedyny element przerywający monotonię czerni. Ziemię grubą warstwą pokrywał popiół i lawa. Wyrastały z niej kamienne szpiczaste formacje, czarne i lśniące niczym skrzydła kruka, niezwykłe kolumny niby skamieniałe olbrzymy z pradawnych czasów i trolle, ponure, lecz nadspodziewanie piękne.

Czarniejszego krajobrazu nigdy dotąd nie mieli okazji spotkać.

– Nieprawdopodobne – szepnął Villemann. – Niespotykane, fantastyczne, niebywałe!

Tiril odnosiła się do okolicy mniej entuzjastycznie, a prawdę powiedziawszy była nawet przestraszona. Ukradkiem zerkała na Heklę, jak gdyby chciała sprawdzić, czy potężny wulkan nie zaczyna ożywać, ale z białego szczytu nie unosiła się najmniejsza nawet smużka dymu.

Jakich straszliwych zniszczeń potrafisz dokonać, Heklo, mówiła w duchu Tiril. Wszystko to jest twoim dziełem, a potrafisz sięgnąć jeszcze dalej. Aż do Thjorsärdalur rzuciłaś swe czarne ozdoby.

Czy to przemawia do twego zmysłu estetycznego? Uwielbiasz to, co ponure, makabryczne? Po części potrafię to zrozumieć, nigdy nie zapomnę tej drogi obok ciebie, Heklo.

Im głębiej się zapuszczali w tajemnicze doliny Landmannaleidh, tym bardziej pogłębiało się wrażenie piekielnej czeluści, nasuwały skojarzenia z dniem Sądu Ostatecznego. Nawet Villemann i Bjarni umilkli, przybici osobliwym charakterem krajobrazu. Nie dziwiło ich wcale, że dolina, przez którą akurat jechali, nosiła miano Dómadalur, czyli Dolina Sądu.

Wreszcie jednak dookoła pojaśniało. I jakież kolory się pojawiły! Wzgórze za wzgórzem, kolejne wzniesienia w kolorze piasku, złota i miedzi, niebieskie, zielone i ostro fioletowe. Czasami pośród bardziej przytłumionych barw pojawiała się jadowicie żółta plama lub pas, lub nagle przecinały je połyskliwe odcienie czerni, z jakimi zetknęli się wcześniej.