Выбрать главу

Znajdowali się na południu Islandii. Słońce na pewien czas kryło się tu za horyzontem, ale ciemność nie zapadała nigdy. Jechali przez cały dzień, a zanim dotarli do Landmannalaugar, upłynęło też pół nocy.

Rozbili obozowisko w pobliżu gorących źródeł i łąk zsypanych żółtymi kwiatkami, rozjaśniającymi tak pięknie szmaragdowozieloną trawę.

Na Landmannaleidh nie spotkali żywej duszy, tutaj także nikogo nie było.

Pięcioro ludzi i pies zasnęli natychmiast, gdy tylko się położyli.

Nad wielobarwnymi górami Landmannalaugar z niezwykłą Górą Miedzianą zawisł blady księżyc, niemal idealnie okrągły.

Następnej nocy miał osiągnąć pełnię.

Rozdział 12

Wstał kolejny piękny dzień, ale po nieprzerwanie siąpiącym deszczu na północy Islandii uważali, że w pełni na to zasługują.

– Nie wiem, jak daleko do Ófaerufoss – stwierdził Móri. – Ani też gdzie go szukać. Dlatego musimy wyruszyć w drogę najwcześniej jak się da.

Niebawem znów jechali, z przykrością opuszczali piękne Landmannalaugar, ciepłe jeziorka i strumienie, w których rankiem urządzili sobie kąpiel. Villemann nie rezygnował z żadnej okazji gorącej kąpieli pod gołym niebem. Landmannaleidh ciągnęła się na wschód, ruszyli dalej tym szlakiem.

Okolica była tu bardziej pofałdowana, droga wiła się ku szczytom pokrytych lawą wzgórz i znów schodziła w doliny, gdzie pokonywali rzeki w bród. Do tego jednak zdążyli już przywyknąć podczas tej podróży.

– Tylko tyle, że się człowiek zmoczy – śmiał się Villemann i podniósł obie nogi do góry. Na nic się to jednak nie zdało, bo koń rzucił się wpław przez wodę i Villemann o mało przy tym nie spadł. W ostatniej chwili przy wtórze śmiechów i plusków zdołał się utrzymać w siodle.

We wzgórzach o barwie wszystkich odcieni ziemi pojawiało się coraz więcej minerałów i metali. Dla Villemanna było to prawdziwe eldorado, ale nie mieli czasu, by zatrzymywać się tu na dłużej.

Móri westchnął.

– Niczego nie wiemy – poskarżył się. – Możemy minąć drogę prowadzącą do wodospadu. Jeśli w ogóle taka droga istnieje, osobiście bardzo w to wątpię.

– Odnajdziemy wodospad – rzekł Dolg spokojnie.

– Skąd masz taką pewność?

– Ponieważ…

Dolg ugryzł się w język. Nie chciał zdradzać, co przeżył. Nieco wcześniej poczuł jakiś ruch u swego boku. Ktoś szedł przy nim. Potem zauważył lekkie, nie wiadomo skąd się biorące drgnienie cugli, a kiedy przesunął wzdłuż nich ręką, natknął się na jakąś dłoń, która przytrzymywała wodze.

– Ponieważ nami pokierują – odparł krótko.

Cugle drgnęły leciutko, jakby na znak podziękowania, że się nie zdradził.

Dłoń, której dotknął, była drobna i chłodna, o miękkiej skórze.

Kobieca dłoń.

Dolg domyślał się, kto prowadzi jego konia.

Pozwolił, by inni go wyprzedzili, a kiedy został sam, szepnął cichutko:

– Niedobrze, że idziesz piechotą, pani. Nie zechcesz usiąść w siodle razem ze mną?

Koń się zatrzymał. Dolg poczuł na ręku dotyk miękkiej dłoni i po chwili zorientował się, że nie siedzi już sam. Przed nim usadowiła się drobniutka istota, której nie widział, lecz wyczuwał jej obecność.

Myślami wrócił do wszystkich opowieści islandzkich o ludziach, którzy wpadli w sidła zastawione przez królową elfów, zwabieni na zatracenie, i nigdy nie powrócili do świata ludzi.

Tym razem jednak było inaczej. Okoliczności zdecydowanie się różniły.

– Na pewno odnajdziemy twego męża, pani, i uwolnimy go – szepnął Dolg.

I znów dotyk delikatnej rączki, przypominający tchnienie wiatru.

Nastało już popołudnie, wciąż jechali wzdłuż Fjallabaki, kiedy spostrzegli, że Móriego nagle ogarnęło drżenie. Wstrzymał konia i zapatrzył się na północ. W pobladłej twarzy płonęły tylko czarne oczy.

Powiedli wzrokiem za jego spojrzeniem, lecz spostrzegli jedynie niskie ośnieżone szczyty, nad którymi z prawej strony górował Vatnajökull. Ale Móri nie patrzył wcale na lodowiec.

– Co się stało, Móri? – spytała Tiril. – Kolejne bolesne wspomnienia? Ale przecież nigdy chyba nie podróżowałeś przez te dzikie góry?

Móri wypuścił powietrze z płuc, ale nie mógł dojść do siebie.

– Nie, to nie wspomnienie – rzekł udręczony. – Przeciwnie, zupełnie przeciwnie.

Dolg, którego myśli krążyły zwykle podobnym torem jak myśli ojca, zapytał:

– Chcesz powiedzieć, że… zobaczyłeś coś, co jeszcze się nie zdarzyło?

– Tak, chyba tak. Coś tak okropnego nie mogło się stać, inaczej wszyscy by o tym wiedzieli.

– A co takiego? – dopytywał się Villemann. Zatrzymali konie i spoglądali ku białym szczytom. Nero zdziwiony obserwował ludzi.

– Ujrzałem, jak tamta góra rozrywa się, powstaje w niej potworna, długa szczelina. Wzdłuż całego otworu ukazał się ogień, wylała się lawa, poleciały kamienie i popiół, i z tego, co zdążyłem zobaczyć przez minutę, wybuch musiał dokonać ogromnych spustoszeń.

– Przecież tu dookoła wszędzie są tylko pustkowia – zauważyła Tiril.

Móri spojrzał na nią udręczony. Wszyscy, nawet młodziutki Bjarni, zorientowali się, że wizja bardzo go wzburzyła.

Popędzili koniki i ruszyli naprzód w milczeniu. Nawet Villemann przestał żartować.

Wizja, jaka ukazała się Móriemu, zapowiadała wybuch wulkanu Laki w roku 1783. Potężniejszej erupcji wulkanu nigdy na świecie nie było. Ziemia pękła na długości dwudziestu pięciu kilometrów, a spod niej wyłoniło się sto dziesięć kraterów. Szczelina, wyglądająca obecnie jak długi szereg stożków wulkanicznych, zwie się Lakagigar. Wybuch, który Móri przewidział, miał tragiczne następstwa. Wyginęła wówczas większa część islandzkiej fauny, wliczając w to również zwierzęta domowe. Niemal całą wschodnią część wyspy pokryła lawa. Śmierć poniosło tysiące ludzi, przy czym wielu zmarło z głodu. Ruszyła fala emigracji. Sądzono, że Islandia po takiej klęsce nigdy już się nie podniesie. Wielkie obłoki popiołów z Lakagigar dotarły aż do Kanady.

Kiedy jednak grupa ludzi prowadzona przez elfy spoglądała na Laki, widziała tylko spokojne, pokryte śniegiem wyżyny.

Niedługo później Dolg poczuł wyraźne, znacznie mocniejsze szarpnięcie za cugle. Królowa elfów przejęła od niego kierowanie koniem.

– Wjeżdżamy w tę dolinę! – zawołał Dolg.

Prosto ku szczytowi Laki, pomyślał przygnębiony Móri. Przerażająca wizja jednak już minęła, czuł także, iż nie była wcale ostrzeżeniem dla nich. Tragiczne wydarzenia miały nastąpić dopiero w przyszłości.

Skąd Dolg wie, że mamy jechać właśnie tędy? zastanawiał się, kiedy skręcili w szeroki wąwóz, którego środkiem płynęła spokojna rzeka. Czy podpowiada mu to tylko intuicja, czy też może coś więcej?

Móri, leciutko urażony, zrozumiał, że jego pierworodny ma o wiele bliższe powiązania z elfami niż on sam.

Trochę mu się zrobiło przykro, lecz prędko o tym zapomniał. Przecież taki był dumny z syna!

– Jedziemy właściwą drogą? – spytał Dolga, kiedy zagłębili się w dolinę.

– Tak – odparł Dolg i uśmiechnął się nieśmiało. Od tego uśmiechu zawsze cieplej się ludziom robiło na sercu. – Już niedaleko.

Wkrótce na lewym zboczu doliny ujrzeli wodospad. Sami podążali prawą stroną.

Jadący przodem Villemann wstrzymał konia.

– Nie wierzę własnym oczom – oświadczył zdumiony.

Pozostali także się zatrzymali. Zorientowali się, że dalej konno nie pojadą, będą zmuszeni zostawić zwierzęta tutaj na popas.

Kolejno podjeżdżali do Villemanna i zatrzymywali się oniemiali.