Выбрать главу

– Ófaerufoss – mruknął Móri.

– Czy ja naprawdę widzę to, co widzę? – zastanawiał się Villemann.

– Chyba tak – odpowiedziała Tiril. – Bo wszyscy widzimy to samo.

Z krawędzi wzgórza wodospad spadał niemal pionowo w dół na rodzaj skalnej półki, a stamtąd dalej ku dnu doliny. Był to więc podwójny wodospad.

A z półki, wsparty na niej, wznosił się nad wodospadem piękny, łukowato wygięty most.

Pierwsze pytanie, jakie zadał Villemann, postawić mogło właściwie każde z nich:

– Czy po tym moście da się przejść?

– Pewnie tak – odparł Móri.

– Chcę to zrobić! Natychmiast!

Dolg rzekł spokojnie:

– Będziesz miał na to czas. Bo właśnie z mostu będziemy szukać króla elfów.

– Z mostu? Chcesz powiedzieć… w wodospadzie?

– Pod nim. W jaki więc inny sposób moglibyśmy się tam dostać?

Villemann powiódł wzrokiem po dolnej części wodospadu. Rzeczywiście, starszy brat jak zwykle miał rację. Ale jak na miłość boską…?

Bjarni wyraźnie pobladł.

– Dolg… – szepnął. – To przecież niemożliwe!

– Owszem, Bjarni. Zobacz, co dostałem od Starca. Ten sznur jest niezwykle mocny.

– Ale pod wodą? W takim silnym prądzie? Nie!

– Damy sobie radę, Bjarni. Towarzyszyć ci będę nie tylko ja, lecz także duchy mego ojca, może nawet sam Cień. Bo tak jak mówił Starzec: nic nie zostało powiedziane o tym, że człowiek, który uratuje króla elfów, musi być sam. Okrutny czarnoksiężnik sprzed wieków nie miał pojęcia, że możesz mieć tak potężnych współtowarzyszy. I nie myślę wcale o sobie ani o moim ojcu.

– Chodzi ci o niewidzialnych.

– Tak. Ale elfy nie mogą nic uczynić. Inaczej zrobiłyby to już dawno.

Bjarni zapatrzył się na wodospad i most po drugiej stronie. Sytuacja wydała mu się beznadziejna.

– Cóż za diabelska przebiegłość u tego Gottskalka! Zwyczajny człowiek nigdy sobie z tym nie poradzi. A elfy są bezsilne, nie wolno im działać.

– Oczywiście już wcześniej podejmowały próby oswobodzenia króla, lecz przekleństwo czarnoksiężnika zamknęło im drogę. Mój ojciec bardzo chętnie by ci towarzyszył, bo zna wiele magicznych run, lecz Starzec życzył sobie, abym to był ja. Ojciec i Villemann muszą stać na moście, żeby nas spuścić na dół.

– Rozumiem – powiedział Bjarni, nie skrywając strachu.

Nero podszedł do chłopca, obwąchał jego rękę i zamerdał ogonem.

– Tęsknię za Teiturem – westchnął Bjarni. – Twój pies jest naprawdę wspaniały.

– Nero właściwie jest stróżem mojej matki, jeszcze od czasów jej dzieciństwa. Ale ostatnio trzyma się mnie. Doskonale się porozumiewamy.

Dopiero kiedy Bjarni wbił weń zdumione spojrzenie, Dolg zdał sobie sprawę z sensu swoich słów.

– Przepraszam, Bjarni! To duchy przedłużyły Nerowi życie w podzięce za życzliwość, jaką okazała im moja matka. Nero i ja umrzemy jednocześnie.

– Stroisz sobie ze mnie żarty?

– Wcale nie! Spytaj innych, potwierdzą moje słowa.

Bjarni z trudem przyjmował nowinę.

– Ale przecież on wygląda tak młodo! Nie ma wcale siwych włosów ani zesztywniałych stawów… – zamyślił się na chwilę. – Dolgu – spytał wreszcie przejęty. – Czy mógłbyś poprosić duchy, aby przedłużyły życie także Teiturowi?

Dolg zawahał się.

– Zobaczymy – uśmiechnął się niezobowiązująco.

Pozostali już zaczęli przeprawiać się przez rzekę, Pospieszyli więc za nimi.

– Przekonamy się, czy Villemann znów nie wpadnie do wody – mruknął Dolg.

Przejście na drugą stronę okazało się jednak bardzo łatwe. W najwęższym miejscu rzeki leżały dwa wielkie kamienie, na które dało się stanąć, a potem wystarczył ostatni nieduży skok wprost na przeciwległy brzeg.

Na ten sam, na który spadał wodospad.

Wolno wędrowali przez płaski teren ze wzrokiem utkwionym w oba wodospady i most, niesamowity, majestatyczny most, którego nie wybudowały ludzkie ręce.

Móri uważnie przyjrzał się okolicy.

– Stąd nie przedostaniemy się do dolnego wodospadu – mruknął. – Zły czarnoksiężnik dobrze wiedział, co robi. Musimy wejść na most.

– To prawda – przyznał Dolg.

Bjarni nie czuł się do końca przekonany. Elfy, elfy i duchy, myślał z przekąsem. Nie ma żadnego króla elfów pod wodospadem, w ogóle nie ma żadnych elfów!

Ale babka i dziadek nie pozwalali, by sprzeciwiał się dorosłym.

Nogi nie bardzo chciały go słuchać. Został z tylu, jakby za wszelką cenę chciał odsunąć straszny moment, który miał nastąpić. Za nim szła tylko Tiril, mężczyźni pospieszyli naprzód.

“Lanjelin!”

Dolg zatrzymał się gwałtownie.

Rozejrzał się po niezwykłej dolinie o stromych zboczach i szerokim, płaskim, równinnym dnie. Rzeka była płytka, wiła się między usypiskami kamieni i zielonymi wysepkami trawy. I tutaj rosły żółte kwiatki, typowe dla wyżynnego krajobrazu Islandii. Dolg w przypływie rozczulenia wspomniał przepiękne łąki Gjäin.

“Lanjelin!”

Imię zabrzmiało niczym wołanie z oddali, lecz właściwie był to szept z bardzo bliska.

Zdawał sobie sprawę, że oto usłyszał głos królowej elfów.

Lanjelin? Niemal zapomniał o tym imieniu. Na życzenie babci Theresy nosił także imię Matthias, lecz nie powinien go używać, mając do czynienia z niewidzialnymi istotami.

Ale Lanjelin? Nikt nigdy tak go nie nazywał. W dodatku zostało wymówione poprawnie, z akcentem na pierwszą sylabę. Babcia chciała, by je nosił, było to imię jednego z pierwszych legendarnych królów z rodu Habsburgów. Czyż to nie Lanjelin wzniósł twierdzę Habichtsburg, Gród Jastrzębi?

Dlaczego ktoś teraz wzywał go tym imieniem?

Odpowiedź napłynęła niczym szept rozlegający się tylko w jego głowie: “Lanjelin to imię elfów, nie wiedziałeś o tym? Twój przodek otrzymał je od elfów w swej ojczyźnie za to, że kiedyś im pomógł. Dla nas jesteś Lanjelinem”.

Starzec nazywał go Dolgiem. Ale on nie był elfem.

Bez trudu dało się przyjąć, że łagodnie brzmiące imię Lanjelin wywodzi się z królestwa elfów.

“Wzywacie mnie?”, spytał w myślach.

“Tak. Dobrze ci życzymy. Strzeż się, Lanjelinie! Miej oczy i uszy otwarte! Kiedy sam nie będziesz mógł sobie poradzić, zwróć się o pomoc do ojca!”

Poczuł, że rozmowa dobiegła końca.

Kiedy nie będę mógł sobie sam poradzić, powtórzył w myślach. Ale przecież ojciec nie zejdzie ze mną w głąb wodospadu?

“Dzięki, królowo elfów! Zapamiętam twoje słowa!” dodał, nie bardzo wiedząc, co to może znaczyć.

Drobna, chłodna rączka na moment zacisnęła się na jego dłoni.

Bjarni przeżywał swoje własne rozterki.

Zaczekał na miłą matkę Dolga, Tiril.

– Co się stało, Bjarni? Tak ciężko wzdychasz? – życzliwie zainteresowała się Tiril.

– Pewnie jestem głupi – powiedział szczerze, czuł bowiem, że musi się komuś zwierzyć. – Szedłem, modląc się do Boga…

– To chyba nie jest niemądre?

– Nie, ale pomyślałem sobie, że… Modliłem się: “Boże, bądź teraz przy mnie, bo chyba sobie z tym nie poradzę. Zemdleję na moście albo utopię się w wodospadzie i rzeka poniesie mnie dalej”. Ale czy naprawdę mogę Boga o to prosić? A jeśli się ode mnie odwróci, ponieważ chcę uratować elfa? Elfy obiecały pomagać w przyszłości mnie i mojej matce, ale jak Bóg to przyjmie? – Znowu westchnął. – To niebezpieczne, bardzo niebezpieczne! Z wielu powodów.

Zamyślona Tiril popatrzyła na chłopca.

– Rozumiem, o co ci chodzi.

Noc zajęła już nieboskłon, księżyc wygrał ze słońcem. Zawisł na niebie, wciąż blady, bo słońce w tę jasną letnią noc wciąż nie chciało opuścić swego królestwa, ale został po nim zaledwie poblask między niebem i ziemią, wspomnienie minionego dnia i zapowiedź tego, który nadejdzie.