Pod nimi huczał dolny wodospad, nad nimi szumiał górny. Całość stanowiła prawdziwie urzekające arcydzieło przyrody.
Obraz zakłócał ten, który stał na moście.
Teraz Móri także zobaczył postać utkaną z mgły, lecz o wyraźnych konturach, ubraną w biskupie, haftowane złotem szaty, w mitrze, z pastorałem. Spod pachy wystawała złemu biskupowi “Rödskinna”.
Móri rozgniewał się.
– Nie jesteś godzien, by nosić ten strój, Gottskalku, nędzna kreaturo! – zawołał, chcąc przekrzyczeć huk wody.
Widzieli, jak twarz Gottskalka tężeje. Wyciągnął w ich stronę zakręconą część pastorału, jakby chciał rzucić przekleństwo, lecz jego gest nie odniósł żadnego skutku.
– Sam się przekonałeś – rzekł Móri. – Jedynie biskup uznany przez niebiosa może uciekać się do takich sposobów.
Móri wypowiedział te słowa trochę zbyt pochopnie, gdyż Gottskalk dysponował także innymi środkami. Był wszak czarnoksiężnikiem z Czarnej Szkoły, a poza tym rycerzem Zakonu Świętego Słońca.
– Żaden człowiek nie oprze się mej sile – ryknął zły biskup sprzed stuleci. – Myślisz, że cię nie poznaję, Móri z rodu Jonssonów? Stałeś się przyczyną wielu kłopotów dla mnie i moich współbraci z Zakonu Świętego Słońca!
Dolg zafascynowany przysłuchiwał się starodawnej mowie, chociaż starzec budził w nim odrazę.
Móri nie zrażony ciągnął:
– Zawsze chciałeś sobie przywłaszczyć to, co należy do innych, ty, który splamiłeś historię Kościoła na Islandii. Wiemy, jak okradałeś pospólstwo, ludzi karałeś surowo za drobne wykroczenia, a sam dopuszczałeś się znacznie poważniejszych przestępstw. Nie sądzę, abyś miał teraz nade mną jakąkolwiek władzę.
– Byłeś w kościele w Hólar, kiedy Mag – Loftur podjął żałosną próbę odebrania mi “Rodskinny”, wyczułem twoją obecność. Starczy jeden mój oddech, by zdmuchnąć cię do wodospadu…
Dolg miał już dość:
– Może i tak, bo okropnie cuchniesz.
Gottskalk natychmiast zwrócił przenikliwe spojrzenie na syna Móriego. Najwyraźniej wobec Dolga czuł się mniej pewnie.
– Cóż za potworka spłodziłeś, Móri z rodu cudaków? Zadałeś się z jakąś piekielną istotą? I tobie się wydaje, że twą duszę czeka zbawienie?
Za plecami ojca i syna rozległ się grzmot. Zły czarnoksiężnik cofnął się wystraszony. Ujrzał Cienia, przytłaczającego teraz swym ogromem i całkiem wyraźnego, dostrzec się dało nawet szczegóły jego stroju.
– Nikczemniku – rzekł cicho, acz dobitnie Cień do upiornej postaci. – Jak śmiesz tak mówić o najszlachetniejszym przedstawicielu ludzkiej rasy? Dolg nie przybywa z piekielnej otchłani, stoją za nim moce potężniejsze niż wasz mizerny Szatan. Nasze moce bowiem są dobre. Ale ty, podobnie jak twój nędzny Zakon, sądzisz, że aby czegoś dokonać, należy koniecznie odwoływać się do zła?
Gottskalk kilkakrotnie otworzył i zamknął usta, nie znajdując żadnej kąśliwej repliki. Machnął za to pastorałem w kierunku Cienia, jakby chciał na niego rzucić urok.
Cień skrzywił się tylko pogardliwie i jednym skinieniem posłał biskupią laskę do wodospadu. Zły biskup o mały włos także nie wpadł do wody, tak mocno trzymał oznakę swej godności. Dawna Jego Eminencja wychylił się niebezpiecznie poza krawędź mostu, zanim zdołał wreszcie wypuścić pastorał z rąk i odzyskać równowagę.
Dolg nie potrafił zachować powagi, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Gottskalka. Uciekł się do czarnej magii, wymówił straszliwe zaklęcie, które powinno zesłać chłopaka w najgłębszą czeluść piekieł.
Cień nagle miał towarzystwo. Po jego bokach stanęli Hraundrangi – Móri i Nauczyciel.
– Chcesz walki? – zawołał Nauczyciel. – Chcesz się z nami zmierzyć na zaklęcia?
– Nie możemy tracić czasu – zauważył Hraundrangi – Móri. – Czekają na nas ważniejsze sprawy.
– Właśnie, co tu robicie? Dobrze wiecie, że żaden z was nie jest w mocy uwolnić bezbożnego króla elfów, mego więźnia! – wrzasnął Gottskalk.
– Owszem, my nie – odparł Dolg. – Ale jest z nami ktoś, kto może tego dokonać.
Takie oświadczenie wywołało wybuch niepohamowanej złości złego czarnoksiężnika.
– Zabiję go! – uniósł się. – Ja…
– Dość już tego! – nakazał Cień, obawiając się o losy młodego Bjarniego. – Przyjaciele, co zrobimy z tym łajdakiem?
– Wyślijmy go do miejsca, z którego przybył – zaproponował Nauczyciel. – Niech dołączy do chóru złych czarnoksiężników.
– Złych! – stęknął Gottskalk, ze złości ledwie mogąc dobyć głosu. – A jeśli wezwę mych braci z chóru? Są tutaj, gotowi w każdej chwili się włączyć.
– Doprawdy, nie mam już sił wysłuchiwać tych bredni – oznajmił Cień, sprawiający wrażenie śmiertelnie znudzonego. – Nauczycielu, Hraundrangi – Móri, zniszczmy go już na zawsze, tak aby nie mógł nigdy powrócić nawet do chóru w grocie wielkiego oczekiwanią. Nie, Dolgu, ty nie. Przed tobą stoi inne zadanie.
Gottskalk zaczął odmawiać potężne zaklęcie, pewien swych umiejętności w dziedzinie czarnej magii.
Ale jego mocy nie dało się porównać z mocą czterech niezwykle silnych czarnoksiężników. Wprawdzie Cienia nie można było nazwać czarnoksiężnikiem, lecz on posiadał przecież ogromną wiedzę dawnego ludu. W końcu Gottskalk krzykiem błagał o litość, oni jednak nie mieli zamiaru jej okazać komuś, kto za życia bezwzględnie dręczył bliźnich, mieszkańców parafii, spisał złą księgę, “Rödskinnę”, był także członkiem Zakonu Świętego Słońca. Ponadto oszukał elfy i uwięził ich króla na wieki; taki przynajmniej miał zamiar. Okazało się jednak, że przybyłe tu istoty chcą zniweczyć jego dzieło, zniszczyć je.
Gottskalk posługując się magicznymi runami postanowił wyminąć czarnoksiężników i dotrzeć do młodego Bjarniego, który stanowił w tej sytuacji największe, bezpośrednie zagrożenie. Tiril i Villemann także jednak dostrzegli niebezpieczeństwo i wzięli Bjarniego między siebie, wyczuli również, że nie są sami.
Przed Bjarnim stał Nero z zębami wyszczerzonymi, we wściekłym warczeniu, skierowanym do istoty na moście. Towarzyszyło mu jeszcze jedno zwierzę. Spostrzegł je nawet Bjarni i zrozumiał, że to owo osławione Zwierzę, o którym wcześniej słyszał. Przed nim pojawiły się także inne istoty, niesamowite, rozpływające się upiorne postacie, na szczęście ich obecność jedynie wyczuwał.
Duchy Móriego, a więc jednak istniały! I chroniły jego, Bjarniego, całkiem zwyczajnego chłopca z odludnych islandzkich dolin.
Ale najgroźniejszy atak na złego biskupa przypuściła Pustka.
Bjarni nie mógł zobaczyć tego ducha, zresztą nikt inny nigdy go nie widział. Pustka jednak przybyła, a zesłane przez nią poczucie nicości ogarnęło Gottskalka, w jednej chwili pozbawiając sensu wszelkie jego poczynania. Pustce pomógł w tym Duch Zgasłych Nadziei, straszliwa postać odbierająca człowiekowi wszelką nadzieję, tęsknotę za przyszłością.
Gottskalk nagle nie mógł zrozumieć, co robi na moście. Utracił chęć do walki, zabrakło mu celu.
To okazało się dla niego naprawdę fatalne w skutkach. Nie potrafił się bronić przed atakiem czarnoksiężników i Cienia.
Na koniec pomyślał jeszcze: Mogę ich pokonać! Z moją znajomością czarnej magii i starych magicznych run, tajemnych ksiąg zakonu rycerskiego i “Rödskinny”… Mam wszak wszystko!
Ale oni wygrywają. Czuję, że moje siły gasną, nie chciałbym na zawsze zniknąć ze świata, ale prawdę mówiąc akurat w tej chwili jest mi to obojętne! Jakim że sposobem…?
Ludzie i duchy patrzyli, jak kontury jego sylwetki z wolna się zamazują, głos cichnie, magiczne runy padają na ziemię i znikają.