I rzeczywiście Bjarni wpadł w panikę, kiedy tylko porwały ich potworne masy wody. Wcześniej uprzedzano chłopca, by starał się przez cały czas mieć zamknięte usta, lecz kto zdoła o tym pamiętać, kiedy wodospad chwyta go w objęcia, a dookoła jest tylko dławiąca woda, ściągająca w dół, w głąb.
Rozbijemy się o skały, zdążył jeszcze pomyśleć Bjarni i zaraz lodowata woda zalała mu usta, kaszlał i krzyczał na przemian. Wkrótce jednak zrozumiał, jak ważne jest zamknięcie ust, ale z kolei zaciskając je zapominał o oddychaniu w tych momentach, kiedy było to możliwe. Krótko mówiąc robił wszystko inaczej niż powinien.
Poczuł wreszcie, że są już na dole. Wielki wir pod wodospadem ściągał ich w głąb, okręcał, to znów wynosił do góry.
Teraz umrę, pomyślał Bjarni.
W następnej chwili poczuł, jak jakaś siła wynosi go ponad spienioną powierzchnię. Odsunęli się trochę od spadających kaskad i huczące masy wody nie leciały im już na głowę. Ale nie taki był ich cel. Mieli zejść w głąb toni i przedostać się do skały pod wodą.
Jakie to dziwne! Bjarni unosił się na wodzie i prąd wcale go nie porywał, chociaż on nie czynił nic, by mu się przeciwstawić. Dolg go puścił, kołysał się na fali tuż obok i prawdę powiedziawszy, nawet się uśmiechał! Wprawdzie wyglądało to raczej jak ociekający wodą grymas, lecz w zamierzeniu zdecydowanie miało być dodającym otuchy uśmiechem!
Dolg wyraźnie czekał, aż Bjarni dojdzie do siebie po pierwszym wstrząsie.
Bjarni czuł, że prąd szarpie go, chce porwać w dół rzeki, ale to było bez znaczenia, wodospad nie miał nad nim żadnej władzy.
Wtedy właśnie zrozumiał, że znajduje się pod opieką pani wody.
Bjarni niepewnie odwzajemnił uśmiech.
Dolg wskazał ręką kierunek: w dół i w głąb. Czy Bjarni jest gotowy?
Chłopiec skinął głową. Czuł się o wiele spokojniejszy.
Zerknął jeszcze na górę i ujrzał trzy zalęknione twarze wychylające się poza krawędź mostu, a także otwierający się i zamykający pysk Nera, ale żaden dźwięk nie docierał do chłopca, huczące masy wody zagłuszały przerażone szczekanie psa.
Zanurkowali. Jednocześnie skierowali się w obszar za wodospadem.
Dolg, co było naturalne, prowadził, lecz Bjarni już się nie bał. Zaczerpnął powietrza w płuca i postanowił zaufać pani wody.
Płynął za przyjacielem, wpatrzony w jego nogi. Kierował się wprost ku skale pod wodą. Co my tu będziemy robić, zastanawiał się, przecież tutaj jest tylko lita ściana.
Okazało się jednak, że jest inaczej. Dolg zniknął, jakby wtopił się w górę, ale kiedy Bjarni podpłynął dalej, spostrzegł wielki otwór w skale. Znów ogarnął go lęk, na jak długo wystarczy mu powietrza w płucach?
Pokonał jeszcze pewien odcinek, mając nad sobą ciężki kamienny masyw, gdy spostrzegł, że Dolg kieruje się w górę. Poszedł w jego ślady i nagle znów mógł nabrać powietrza. Znaleźli się w wydrążonej w skale grocie za wodospadem.
Poruszył kilkakrotnie rękami, wyrównując oddech usiłował zorientować się w nowym miejscu.
W grocie panował mrok. Dookoła pluskała woda, a ryk wodospadu docierał tylko w postaci podziemnego szumu. Ściany jaskini ledwie mógł dostrzec. Jej rozmiary usiłował poznać za pomocą słuchu. Okazała się niezbyt duża; echo odbijające się od ścian miało jakby bardzo mało miejsca.
– Dolg? – zawołał ściszonym głosem.
– Jestem tutaj – tuż obok rozległa się odpowiedź.
– Widzisz coś?
– Nie. Poprosimy o światło.
– Kogo poprosimy?
Dolg zaśmiał się, nieco speszony.
– Rzeczywiście, nie wiem. Żaden z duchów nie mógł nam towarzyszyć aż tutaj. Musimy sobie radzić sami.
– Dolg… mam pod stopami stały grunt.
– Doskonale. Podchodzę do ciebie.
Razem wspięli się na wystającą z wody dość płaską półkę. Usiedli na niej, żeby choć chwilę odpocząć. Ociekali wodą, Bjarni drżał z zimna.
– Pamiętaj, Bjarni: więcej nie mogę ci pomóc. Jesteś człowiekiem i ty, tylko ty możesz ocalić króla elfów. Pomogłem ci się tu dostać, pomogę ci się też wydostać, ale teraz… Zachowuj się. jakby mnie nie było. Myśl sam i działaj sam.
– Rozumiem. W każdym razie dziękuję za dotychczasową pomoc. Bez ciebie nie dałbym rady.
– Beze mnie i bez pani wody.
– To prawda. Dziękuję ci, Wodo, jeśli mnie słyszysz. Teraz muszę się zastanowić.
– Dobrze.
Umilkli. Bjarniego ogarnęło poczucie nierzeczywistości. Głuchy grzmot wodospadu, poza tym cisza.
Bjarni przesuwał dłońmi po ociekających wilgocią występach, dotykał chropowatej skały. Przypadkiem natknął się na rękę Dolga, przyjaciel uścisnął go, dodając otuchy. Wreszcie Bjarni zrezygnował z szukania.
Nabrał powietrza, a potem z największym spokojem, na jaki było go stać, powiedział grzecznie:
– Królu elfów Islandii! Przybyliśmy, by uwolnić cię od przekleństwa, nic jednak nie widzimy. Czy możesz dać nam trochę światła? Albo przynajmniej powiedzieć, gdzie jesteś, byśmy cię przypadkiem nie skrzywdzili? Nazywam się Bjarni, jestem z ludzkiego rodu.
Ponieważ Dolg się nie odzywał, Bjarni doszedł do wniosku, że podobała mu się jego przemowa.
Ale żaden promień światła nie rozjaśnił groty.
Cisza i ciemność jak w grobie.
– Czyżby go tu nie było? Może zabłądziliśmy? A może przybyliśmy za późno? – denerwował się Bjarni.
Dolg nie odpowiedział, ale jego lęk stał się w ciemnościach wyczuwalny niczym ściana.
Nagle coś usłyszeli. Słabe wołanie, dochodzące z wnętrza góry.
– Cicho – szepnął Dolg. – Słuchaj!
Bjarni nie śmiał odetchnąć. Wołanie się powtórzyło, tym razem mogli rozróżnić słowa, wypowiadane bardzo słabym głosem, jakby w ostatnim stadium wycieńczenia:
– Bjarni z ludzkiego rodu! Tutaj! Chodź!
– Tak daleko – szepnął Bjarni.
Dolg już obmacywał skalną ścianę.
– Tutaj – stwierdził wreszcie. – Tutaj jest wejście. Przedtem go nie zauważyliśmy, bo znajduje się dosyć wysoko. Musisz się wspiąć, ja nie mogę iść z tobą. Zaczekam na ciebie. Odwiążę sznur. Teraz dobrze, jesteś swobodny.
Bjarni, nękany wątpliwościami, był jak jeden wielki kłębek nerwów.
– A jeśli mi się nie powiedzie?
– Ja nic nie będę mógł zrobić. Jestem tylko w połowie człowiekiem. To ty możesz go uratować, pamiętaj o tym!
– Boże – szepnął Bjarni.
Nie bał się już wymawiania imienia Bożego w obecności elfów. Opowieść Tiril o Tannhäuserze pomogła mu pozbyć się lęku, że popełnia bluźnierstwo. Uważał, że Bóg go zrozumie.
Ta myśl była mu wielką pociechą.
Przez ciasny otwór wsunął się do wąskiej groty, wiodącej dalej w głąb. Otwór w skale wydrążyły zapewne przed wiekami prądy wodne.
Teraz został sam.
To przerażało, paraliżowało zmysły.
Ale świadomość, że ktoś na niego czeka, i to już od stuleci, najpierw z nadzieją, potem w rozpaczy i rezygnacji, dodała mu spokoju, którego tak bardzo potrzebował.
Idę, królu elfów, spieszę, by cię uwolnić!
Kiedy już wydawało mu się, że czołga się przez dobrych kilka mil, zatrzymał się i jeszcze raz zawołał, cicho, nieśmiało, jakby nie wierzył, że usłyszy odpowiedź:
– Hop! Hop! Królu elfów? Jesteś tam?
– Jestem – słowa napłynęły z przerażającej bliskości, wypowiedziane w dziwacznym języku islandzkim, jakby król pierwszy raz się nim posługiwał. Bjarni nie miał pojęcia, jak elfy porozumiewają się między sobą. Ale jedno wiedział na pewno: istota była śmiertelnie zmęczona.