Nie, to zbyt skomplikowane.
Ruszył ku średnim drzwiom.
Ponieważ maleńki elf nie dawał mu żadnego znaku, przypuszczał, że się nie myli.
– Powiedz mi, co mam zrobić – szepnął. – Nie, przepraszam, to by było zbyt proste. Ale zasygnalizuj mi przynajmniej, czy nie idę prosto na zgubę.
Delikatne stukanie w okolicę żeber powiedziało mu, że elf pojmuje jego słowa i że się z nim zgadza.
– Dziękuję, przyjacielu – mruknął Dolg. – I tobie, królowo elfów!
Rozumiał władczynię. Po wielu stuleciach odzyskała męża. Pragnęła się teraz odwdzięczyć.
Miał szczęście, że tak się stało, inaczej mógłby źle skończyć w tej pustej grocie we wnętrzu góry, w której za tajemniczymi drzwiami czaiła się Śmierć.
Nabrał powietrza w płuca i otworzył średnie drzwi. Nic się nie stało. Mógł swobodnie przejść do znacznie większej sali.
Mrok. Cisza.
Stanął przy drzwiach, które się za nim zamknęły.
Pomimo swoich dwudziestu jeden lat czuł się jak małe dziecko. W jednej chwili zrozumiał, jak bardzo jest samotny i bezradny, młody i niedoświadczony. Tylko dlatego, że był najstarszy z rodzeństwa, zawsze uważano go za dużego, takiego, na którym można polegać.
Bardzo chciał, by ktoś mógł teraz mu towarzyszyć. Najchętniej ojciec, on przecież wszystko potrafi.
Ale ojciec też musiał kiedyś być młodym chłopcem, wystraszonym i niepewnym; wtedy gdy mieszkał w lodowatej Surtshellir, grocie wyjętych spod prawa.
Ciężki wiatr powiał przez salę, zawył wzdłuż niewidocznych ścian.
Powoli gdzieś w dole zajaśniało migotliwe światełko, z wolna pełzło ku górze, niewyraźne, zaczarowane, upiorne.
Dolg wiedział teraz więcej.
Stał w rogu czworokątnej groty. W każdym z pozostałych rogów ukazały się olbrzymie stwory. Nabrały kształtów, objawiły swą budzącą grozę postać.
Rozległo się sapanie, pochrząkiwanie, warczenie.
Bestia, znajdująca się naprzeciwko Dolga, stała na dwóch łapach. Olbrzymi łeb, nie przypominający głowy żadnego spotykanego na ziemi zwierzęcia, powoli z jękiem kołysał się z boku na bok. Płonące oczy uparcie wpatrywały się w Dolga, jakby zwierzę szykowało się do ataku.
Po obu stronach stały czworonożne zwierzęta, jedno ciężkie i niezgrabne, o małych, smutnych oczkach, drugie miało w sobie coś wężowego, ale obie bestie nie przypominały żadnego ze znanych stworzeń. Podobnych im na Ziemi nie było.
– Ach, mój ty świecie – mruknął Dolg, przede wszystkim do elfa, lecz także do siebie. – Czy naprawdę mam z nimi walczyć? Z jednym z nich? Przecież ja nigdy nie walczę ze zwierzętami, nie chcę tego. Mam któreś pokonać. Dlaczego? Przecież one nic mi nie zrobiły.
Nagle zorientował się, że bestie go słuchają. One rozumieją moje słowa, pomyślał zdziwiony.
Przenosił wzrok z jednego potwora na drugiego. Każdy z nich mógł go zabić jednym ciosem łapy czy też kłapnięciem paszczy. Jak miał pokonać je człowiek, nie sięgający im nawet do łba?
– Nie mam broni! – zawołał. – Jedynie mały nóż, do czego mam go użyć? Nie chcę go użyć przeciwko wam, pragnę jedynie waszego dobra! Powiedzcie mi, co mogę dla was zrobić?
Nie odpowiedziały. Może nie mogły. Elf milczał.
– Macie takie smutne oczy – ciągnął Dolg. – Jeśli tylko mogę ukoić wasz ból, pozwólcie mi na to! Czego chcecie ode mnie?
Wciąż nie odpowiadały, słychać było jedynie ohydne parskanie i sapanie.
– Czy naprawdę muszę wybrać jednego z was? Tak, wiem, że tak się musi stać, jeśli chcę iść dalej, ale to sprzeczne z moimi przekonaniami. Ja nie zabijam zwierząt, to by było straszne!
Dolg poczuł, że ogarnia go rozpacz.
Ale muszę wybrać jednego potwora, nie mam innego wyjścia.
Przyglądał się im po kolei. Wszystkie sprawiały wrażenie równie niebezpiecznych. Wysoka bestia stojąca naprzeciwko niego miała ostre, twarde szpony, które w jednej chwili mogłyby rozerwać go na kawałeczki. Wężowy potwór wysuwał jęzor, wypuszczając z paszczy cuchnące chmury, ociężały stwór jednym kłapnięciem zębów zgniótłby Dolga na miazgę.
Chłopak zatrzymał wzrok na ostatnim, okropnie brzydkim stworze o smutnych oczach.
Nie, nie mogę, nie mogę, powtarzał w duchu.
– Pomóż mi, ja nie jestem w stanie tego zrobić – szeptem poprosił elfa.
Tym razem elf odezwał się i Dolg zorientował się, że ma do czynienia z panienką.
– Królowa elfów powiedziała mi: “Przy zwierzętach nic nie rób. Musi sam zdecydować”.
Dolg zacisnął szczęki. Przecież właśnie tutaj naprawdę potrzebował pomocy.
Dopóki będę stał spokojnie, nic się nie wydarzy, ale gdy tylko skieruję się ku któremuś z nich, rozerwą mnie na strzępy.
Powiódł wzrokiem po wyczekujących potworach. Światło w grocie pojaśniało, a może raczej jego oczy przywykły do ciemności.
Głęboko nabrał powietrza w płuca.
Zauważył coś…
Jeszcze raz popatrzył na wielką, ciężką bestię o strasznej paszczęce. Jeszcze raz spojrzał jej w oczy.
Ślepia pozostałych były podobne, ale tutaj ujrzał to najwyraźniej.
– Dobry Boże – szepnął. – Powinienem był to wiedzieć już wcześniej. Zrozumieć. Przecież to całkiem jasne!
Bez wahania ruszył ku stworowi, który ledwie zdolny był dźwignąć własny ciężar z kamiennej posadzki.
– Wybacz mi – rzekł, nisko się kłaniając. – Okazałem się taki krótkowzroczny.
Wyjął z sakiewki szafir i podniósł go na wysokość głowy bestii, która wcale nie usiłowała go zaatakować.
– Szlachetny kamieniu – szepnął. – Uwolnij strażnika od długiego oczekiwania!
Oczy. Nareszcie to zauważył. Całkiem czarne jak u większości zwierząt. Ale także skośne.
Jak u dawnego ludu. Ludu Dolga.
Z oczu zwierzęcia popłynęły wielkie łzy. Całkiem osunęło się na ziemię, opadła zewnętrzna powłoka i przed Dolgiem stanęła kobieta, niezwykle podobna do Strażniczki, którą jakiś czas temu zauważył w sali. Do Strażniczki z bagien.
– Dziękuję – szepnęła, uśmiechając się promiennie. Dziękuję, że nie chciałeś zabijać! Że zrozumiałeś. I że jesteś tym właściwym, tym, który ma niebieskie cudo.
Dolg nie wiedział, co odpowiedzieć.
Nagle zorientował się, że za jego plecami stanął drugi potwór, bo buchnął kłąb cuchnącego dymu i ciężkie, ostre szpony opadły mu na ramiona.
Odwrócił się.
Już się nie bał. Owe straszne istoty prosiły o pomoc. One także.
Dolg podniósł kulę najpierw w stronę jednego potwora, potem drugiego. Uległy takiej samej dramatycznej przemianie i z wolna ukazali się dwaj piękni młodzi mężczyźni z dawnego ludu.
– Bądź pozdrowiony, Dolgu – rzekł jeden z uśmiechem. – Czy potrafisz zrozumieć naszą nadzieję i strach, kiedy cię tu ujrzeliśmy? Jesteś pierwszym od zarania dziejów człowiekiem, który tutaj wkroczył. Gdybyś zechciał pokonać któreś z nas, wszystko byłoby stracone. Ale ty masz dobre serce, a tego było trzeba.
– A więc nakazywanie mi walki z tym z was, które uznam za właściwe, było pułapką?
– Tak, to była pułapka. Z żadnym z nas nie mogłeś walczyć. Ale dobrze sobie poradziłeś z tą zagadką.
– Przyjaciele! – Dolg poczuł, że ze wzruszenia łzy kręcą mu się w oczach. – Tak bardzo się cieszę, że was spotkałem. Ach, gdybym już znalazł się u celu! Gdybyż moje ostateczne zadanie polegało na uwolnieniu was, byłbym bardzo szczęśliwy. Ale jest chyba inaczej?
– Niestety – odparła kobieta. – I w żaden sposób nie możemy ci pomóc. Powiemy ci tylko, że masz przejść dalej przez tę bramę w skalnej ścianie, tam, w odległym krańcu groty.