– Coś w tym może być – przyznał Móri. – Tak mało wiemy o wymiarach, po jakich się poruszasz.
Dawny lud, przepadłe królestwa, zapomniane światy…
Skąd wziął się jego zaginiony lud? Co się z nim stało?
Tiril zaraz przygotowała skórzany woreczek dla granatu. Dolg jednak uznał, że trudno mu będzie nosić przy sobie obydwa kamienie, miał wrażenie, że nie byłoby to właściwe, zwłaszcza teraz, kiedy nic im nie zagrażało.
Pytająco spojrzał na ojca, ale Móri ledwie dostrzegalnie pokręcił głową.
Dolg zrozumiał.
– Villemannie – rzekł spokojnie. – Czy zaopiekowałbyś się szafirem do czasu, kiedy znów będę go potrzebował? Nie mogę ci powierzyć czerwonego kamienia, bo on jest zbyt niebezpieczny.
Villemann z radości pokraśniał na twarzy.
– Chcesz powiedzieć, że…?
– Ojciec i ja nie widzimy nikogo, kto by się lepiej do tego nadawał.
Młodszy brat raz po raz przełykał ślinę, potem odwrócił się, żeby ukryć błyszczące od łez oczy.
– Będę na niego bardzo uważał, Dolgu.
– Wiem. Zdajesz sobie sprawę z tego, że być może szafir wydłuży ci życie? I uczyni bardziej jasnowidzącym?
– Czy to miałaby być wada? – Villemann uśmiechnął się szeroko.
– Nie, ja też tak nie uważam.
Gdy dosiadali koni, by powrócić do cywilizacji, Dolg się roześmiał:
– A źli rycerze gonili nas, by nam odebrać szafir! Możemy chyba stwierdzić, że im się nie udało, bo przecież zamiast stracić kamień, zyskaliśmy jeszcze jeden! Teraz więc mamy dwa.
– Szkoda, że o tym nie wiedzą – uśmiechnęła się Tiril.
– Dziwne, że więcej ich nie spotkaliśmy – powiedział Dolg, teraz już poważniejszy.
– Musieli zgubić ślad – stwierdził Villemann.
– My do niczego nie jesteśmy im potrzebni – rzekł Móri. – Przecież nie o nas im chodziło, tylko o niebieski kamień. A on…
Urwał. Popatrzyli po sobie, potem przenieśli spojrzenia na Bjarniego.
Dolg pobielał na twarzy.
– O czym my w ogóle myśleliśmy?
– Całkiem zapomniałam – przyznała Tiril. – Dobry Boże, Dolgu!
– Widzieli przecież, że spadłem z urwiska w dolinę – szepnął przerażony. – Musieli tam pojechać!
Nareszcie Bjarni zrozumiał, o co im chodzi.
– Matka? Moja matka?
– Jest sama! A ponieważ mnie tam nie znajdą, zrozumieją, że to ona się mną zajęła. A więc Starzec i wszyscy inni mieli na myśli właśnie to, mówiąc o niebezpieczeństwie.
– Ale dlaczego nas nie uprzedzili? – poskarżyła się Tiril.
– Chcieli, żeby najpierw załatwić ich sprawy – powiedział Dolg drżącym głosem. – I przez cały czas powtarzali, że mamy czas. Ale teraz trzeba się spieszyć!
– Tak! – poparł go Bjarni. – Czy możemy jechać szybciej?
– Nie wiem – rzekł Dolg z powagą. – Zastanawiam się, czy…
Namyślał się.
– Nad czym tak dumasz? – cicho spytała Tiril.
– Czy możemy poprosić o pomoc. Przebyć tę odległość w czasie elfów, jak ostatnio.
– O, tak! – zapalił się Bjarni, a Móri i Tiril mu zawtórowali.
– Nero – polecił Villemann. – Wskakuj na konia przede mnie!
Nero siedział razem z nim również podczas szalonej jazdy z Ófaerufoss do Gjäin. Pies natychmiast usłuchał, ale nie obyło się bez popiskiwania i drapania, i śmiechu Villemanna, parskania i wierzgania konia. Wreszcie jednak się udało i wszyscy trzej się uspokoili.
Dolg zwinął dłonie w trąbkę.
– Karły i elfy Islandii! – zawołał w stronę gór. – Mamy mało czasu. Czy możecie umożliwić nam taką jazdę, jak ostatnio?
Na moment zapadła cisza, ale wkrótce rozległa się odpowiedź:
– Uczynimy wszystko dla ciebie i twoich towarzyszy, Dolgu z dawnego ludu!
– To karły – szepnął Dolg.
Potem odpowiedziały elfy:
– Lanjelinie, winni ci jesteśmy ogromną wdzięczność. Wiemy, że musicie się spieszyć. Ruszajcie, jakby czas się zatrzymał!
– Dziękuję! – odkrzyknął Dolg.
Popędzili konie. I znów rozpoczęła się szaleńcza gonitwa, jakby czas przestał istnieć. Konie nie odczuwały zmęczenia, chociaż przed oczami jeźdźców krajobrazy zmieniały się tak prędko, że zlewały się w jedno.
Jechali przez pustkowia. Unikali zamieszkanych okolic, bo nie wiedzieli, jak zareagują na nich ludzie. Nie mieli pewności, czy dla nich jadą normalnie, czy też przedstawiają się im jako ulotne wizje, a może w ogóle nie są widoczni?
Wielki Gejzer pozdrowił ich gwałtownym wybuchem. Z dala widzieli połyskujący wszystkimi kolorami tęczy Gullfoss, minęli go i wjechali do położonej na odludziu doliny Halli.
Dolg nie mógł zapanować nad napięciem. Śmiertelnie się bał o tę życzliwą, samotną kobietę, tak cierpiącą z powodu rozstania z synem, którą na dodatek on sam wpędził w kłopoty.
Rozdział 17
Sześciu braci zakonnych za wszelką cenę starało się przedostać do doliny. Ruszyli piechotą przez Kjölur z nadzieją na znalezienie chłopskiej zagrody lub po prostu pasących się koni, ale nie mogli pozbyć się wrażenia, że wszystkie konie Islandii pochowały się przed nimi.
Im dłużej maszerowali, tym bardziej ordynarne i prymitywne stawały się ich przekleństwa. Narzekali na poobcierane nogi i głód, cały prowiant wszak załadowany był na wierzchowce. Płynąca strumieniami woda o smaku lawy nie na długo mogła napełnić brzuchy.
Kiedy nareszcie znaleźli drogę prowadzącą w dół, mieli za sobą trzy doby marszu.
Miejsce, gdzie zaczęli się spuszczać, trudno zresztą nazwać drogą, a nawet ścieżką, bo nie chodziły tamtędy chyba nawet zwierzęta. Był to po prostu wąziutki, opadający dość stromo występ skalny.
Trudy podróży nie wpłynęły dobrze ani na stosunki w grupie, ani też na nastroje. Falco z trudem utrzymywał dowództwo, każdy z braci miał inne zdanie na temat dalszych poczynań.
Dolgowi i jego rodzinie życzyli wszystkiego co najgorsze, piekielnych czeluści, jeśli w ogóle takie miejsce jak piekło istnieje. Nibbio, po Falconie najwyższy rangą, wykazywał chęci objęcia dowodzenia oddziałem. Tiburón, Rekin, zarzekał się przy wszystkich, kto tylko chciał go słuchać, że własnoręcznie pokroi Dolga na kawałki, kiedy tylko go znajdzie. Pozostałych także, w odwecie za wszelkie poniżenia, jakich doznać musieli dzielni rycerze.
Przebiegłe twarze Lupo, Serpente i Sciacalla zdradzały żądzę mordu na każdym, kto by się nawinął pod rękę. Chętnie na własnych towarzyszach, gdyby stanęli na przeszkodzie.
Siódmego rycerza, Ghiottone, już z nimi nie było. Śmierć dopadła go na nagiej ziemi Kjölur.
Wszyscy bracia zakonni, opuszczając Południe i udając się w pościg za czarnoksiężnikiem Mórim i jego rodziną, byli niezwykle dumni i wyniośli. Dla każdego, kto stanął im na drodze, stanowili potworne zagrożenie, nie znali słowa “klęska”. Z przeciwnikami rozprawiali się szybko i bezwzględnie.
Dumni byli ze swych barwnych strojów. Świadczyły one o ich dostojeństwie, o godności członków Zakonu Świętego Słońca. Znak Słońca był ich chlubą, noszony na szyi zapewniał bezpieczeństwo.
Zdawali sobie jednak sprawę, że czarnoksiężnik, a także jego najstarszy syn są ogromnie niebezpieczni dla Zakonu. Wiedzieli, że wielu rycerzy padło w walce Z tą rodziną.
Oni jednak nigdy nie tracili wiary w zwycięstwo, nie przychodziło im do głowy, że mogliby się wycofać, ani tym bardziej polec w walce. Byli wszak niezwyciężeni.
A teraz Rosomak nie żył. Niesłychane, niepojęte! Pozostali zaś doznali upokorzeń, przekraczających wszelkie granice. Bez koni, bez jedzenia, w obcym, niecywilizowanym kraju, do którego nigdy nie zgodziliby się przyjechać, gdyby nie ściągnęła ich chęć zawładnięcia szafirem.