Przynajmniej udało im się zabić syna czarnoksiężnika o paskudnym imieniu Dolg. Cóż to zresztą za imię, kto jeszcze się tak nazywa, to nie imię, to tylko przypadkowe połączenie liter. W każdym razie Dolg nie żył, spadł z urwiska w przepaść. Mogli teraz spokojnie po prostu zabrać kamień.
Istniało jedynie ryzyko, że kula uszkodziła się podczas upadku, może pękła na dwie albo i więcej części?
Trudno jednak im było w to uwierzyć. Przecież to magiczny kamień. Starzy rycerze Zakonu twierdzili, że zapewni im niesłychanie długie życie, da wiedzę o świecie, przyniesie bogactwo, miłość i szczęście.
Wszystko, czego tylko zapragną.
A potem okazało się, że zejście w dolinę jest prawie niemożliwe.
Spuszczanie się w dół wymagało niesłychanego wysiłku. Wiele razy mało brakowało, a któryś runąłby w przepaść. Uratowali się cudem.
Ale ich duma doznała poważnego uszczerbku.
Planowali za to srogi odwet. Śmierć czekała nie tylko rodzinę czarnoksiężnika, lecz także wszystkich napotkanych mieszkańców tego nędznego kraju, a szczególnie wszystkie nieprzydatne im konie. Postanowili zarzynać owce i po najedzeniu się do syta zabijać je dalej dla samej przyjemności zabijania, bo dla myśliwych i twardych mężczyzn patrzenie na śmierć żywych istot to sama radość.
Wszystko i wszyscy, którzy tylko staną im na drodze, mieli zginąć w odwecie za poniżenia, których doznali na tej paskudnej, pozbawionej roślinności wyspie.
Żaden z sześciu mężczyzn nie potrafił dostrzec uroku jałowych, pustych przestrzeni. Uznawali tylko to, co stworzyli ludzie. Przyroda? Co to takiego? Ona po prostu jest, nie można się od niej oderwać, jeśli się nie zamieszka w mieście. A bracia byli typowymi ludźmi miasta.
Czwartego dnia do pokonania została im ostatnia część stromizny. Musieli nocować na skalnej półce, wcisnąwszy się za kilka wystających kamieni i dwie mizerne brzózki.
Wcześniej zauważyli w dolinie samotną zagrodę, ale w tamtym miejscu żadnym sposobem nie byli w stanie zejść na dół. Teraz się od niej oddalali, ale wszyscy jednogłośnie zdecydowali, że muszą się dostać do gospodarstwa. Zabrać konie, zarżnąć owce i wymordować mieszkańców.
Nie mogli się już tego doczekać.
Nazajutrz po nie przespanej nocy ruszyli dalej. Mogli posuwać się tylko jedną drogą wzdłuż urwiska, lekko schodzącą w dół, lecz coraz węższą.
Droga? To zbyt wielkie słowo wobec marnych możliwości posuwania się wzdłuż skały. Tędy nikt dotąd nie szedł.
Ale musieli przecież dostać się na sam dół!
Ominęli niewielki występ.
I tu nastąpił kres ich wędrówki.
– Zawracamy! – zawołał Falco, który dotarł najdalej wzdłuż półki, tak wąskiej, że prawie jej nie było. Palcami usiłował wymacać szczelinę, której mógłby się przytrzymać. Przed nim rozpościerała się jedynie gładka skalna ściana.
– Zawracać? – wrzasnął Tiburón, idący na końcu. – Nie ma mowy o powrocie. Zejdzie nam na tym cały dzień albo jeszcze więcej!
– Z całą pewnością nie ma mowy o posuwaniu się naprzód!
Spojrzeli w dół i zadrżeli. Pod nimi widniała przepaść.
Dwaj rycerze, znajdujący się pośrodku, zaczęli się niecierpliwić. Głód jeszcze wzmógł rozdrażnienie. Nie chcieli zawracać, całodzienna wędrówka skrajem przepaści była taka wyczerpująca. Popchnęli Nibbia, Jastrzębia, aby ruszał dalej, a ten wpadł na Falcona, który nie miał się czego złapać. Z gniewem zaprotestował głośno, ale stracił równowagę i runął w dół. W ostatniej chwili przytrzymał się palcami krawędzi półki, na której stał.
Zawisł w powietrzu, koniuszkami palców uczepiwszy się wąziutkiego występu skalnego.
– Pomóżcie mi, do czarta! – sykiem wydał rozkaz.
Podniósł wzrok i napotkał w górze zimne spojrzenie Nibbia. Tamci stali jak przyklejeni do skały, a on wisiał u ich stóp, przez co perspektywa była naprawdę groteskowa. Dobrze widział jednak twarz Nibbia jak wykutą w kamieniu, jej wyraz, a raczej brak wyrazu. Zrozumiał, że to wyrok.
– Zawracamy – oznajmił Nibbio pozostałym.
Pomrukując gniewnie rycerze z samego końca zaczęli się cofać. Rozzłoszczeni dlatego, że muszą zawracać, a nie dlatego, że pozostawili Falcona na pastwę losu.
Mroczna twarz Falcona jeszcze pociemniała.
– Nibbio! – wrzasnął.
Jedyna odpowiedź, jakiej się doczekał, brzmiała:
– Jastrząb jest znacznie większy niż nędzny sokół!
– Czeka cię za to śmierć!
– Raczej ciebie – odparł Nibbio lodowatym tonem i ostrożnie zaczął piąć się w górę.
Po chwili cała piątka zniknęła za występem skalnym.
Falco nie miał zamiaru się poddawać. Od dawna wiedział, że Nibbio tylko czyha, by przejąć dowodzenie.
Złość wywołana zdradą dodała mu niezbędnych sił. Nadludzkim wysiłkiem zdołał przesunąć się na tę część półki, która była odrobinę szersza; dzięki temu dłonie miały się czego schwycić. Znalazł także maleńką szparę, w którą mógł wsunąć czubek buta. Wycieńczonemu po dniach bez jedzenia podciągnięcie się w górę zajęło bardzo wiele czasu; często i długo musiał odpoczywać. Chwilami ogarniała go chęć, by zrezygnować, lecz za każdym razem zaciskał zęby i zaczynał od nowa.
Nibbiowi nie ujdzie to na sucho!
Najtrudniejsze okazało się przyjęcie pozycji stojącej na tej straszliwie wąskiej półce. Zdołał jednak przesunąć się odrobinę tam, gdzie półka nieco się rozszerzała. Z nadzwyczajną ostrożnością podciągał się w górę skalnej ściany, czuł, jak strach przed upadkiem paraliżuje ciało, kiedy tracił równowagę.
Nareszcie stanął, przez dobrą chwilę musiał czekać przyciśnięty do skały, by wyrównać oddech, uspokoić napięte nerwy.
W końcu rozpoczął powrotną drogę, czując we krwi palącą żądzę mordu.
Tym razem pragnął zabić nie tylko Dolga i rodzinę czarnoksiężnika, zemścić się chciał także na swych towarzyszach, przede wszystkim na Nibbiu.
Żaden z nich nie podjął najmniejszej nawet próby, by mu pomóc, żaden.
Ale w tej chwili wszyscy byli daleko.
Zejście w dolinę zabrało pięciu rycerzom rozbójnikom bardzo dużo czasu. IŁ
Wreszcie góra była za nimi, ale wciąż znajdowali się daleko od miejsca, gdzie, jak widzieli, runął syn czarnoksiężnika wraz z drogocennym kamieniem.
Dotarcie do urwiska trwało także długo.
Na oko obliczyli, gdzie mógł spaść.
– Musimy wspiąć się dokładnie w tamto miejsce – stwierdził Nibbio. – Ruszajcie!
– Nie możemy najpierw zajrzeć do tej zagrody? – zaprotestował Sciacallo. – Wszyscy jesteśmy wygłodzeni.
– Ja też od dawna nie jadłem – osadził go Nibbio. – A mogę jeszcze się wstrzymać i najpierw odnaleźć szafir!
W grupie o mały włos nie wybuchł bunt. Nibbio w wielu oczach ujrzał nienawiść, ale postanowił być twardy. Na wszelki wypadek chwycił za miecz, tamci burknęli coś pod nosem, lecz po takim ostrzeżeniu usłuchali.
Długo szukali, dzień przerodził się w wieczór. Wreszcie musieli przyznać, że znienawidzony Dolg jeszcze raz wyprowadził ich w pole.
Znaleźli jednak ślady, jakby coś ciągnięto. Łatwo było iść tym tropem.
Prowadził na skraj lasu do miejsca, wyraźnie wydeptanego przez konia.
– Zagroda – powiedział Lupo.
Pokiwali głowami. Zagroda oznaczała jedzenie i dach nad głową. I niebieski szafir.
Marny los ludzi, którzy tam mieszkają!
Dzięki jeździe na sposób elfów Dolg i jego przyjaciele przybyli do zagrody Halli przed rycerzami.
Niewiele mieli czasu na ceremonię powitania i łzy radości. Halla już wcześniej na leśnej drodze prowadzącej ku urwisku dostrzegła kilku mężczyzn w kolorowych szatach.
– Dzięki Bogu, że przybyliśmy w czas – mruknął Móri.
Wiedział, że gdyby przyjechali choćby kilka minut później niż bracia zakonni, rycerze bez skrupułów podcięliby Halli gardło, zabili wszystkie zwierzęta poza koniem i splądrowali zagrodę. W duchu dziękował elfom za pomoc.