Halla stała na podwórzu, gdy ujrzała nadjeżdżający orszak Móriego. Z początku nie wierzyła własnym oczom. Tylu ludzi, tutaj?
Potem dostrzegła Dolga i poczuła, jak fala radości zalewa całe ciało. Przy nim jechał młody chłopiec, który z zapałem do niej machał.
Bjarni?
Nie, to nie mógł być on, postanowiła nie robić sobie płonnych nadziei. Ale taki podobny do Bjarniego, tyle że znacznie wyższy.
To był Bjarni!
Ruszyła biegiem wraz z Teiturem, szczekającym na widok tak wielu przybyszów. Halla całkiem zapomniała o kolorowo ubranych podróżnych, których dopiero co widziała w lesie, oczu nie mogła oderwać od Bjarniego.
Chłopiec zeskoczył z konia, zanim wjechał na podwórze, i popędził jej na spotkanie.
Nie jest wrogo nastawiony, pomyślała, czując, jak płacz ściska ją w piersiach. Nie usłuchał złych języków, nie uwierzył, że nie chcę go więcej widzieć! W każdym razie teraz już tak nie myśli. Może Dolg mu to wytłumaczył.
Kochany, dobry Dolg.
Potem jej myśli zajmował już tylko Bjarni.
Móc trzymać go w objęciach, czuć jego policzek przy swoim, jak on wyrósł, jaki jest śliczny! Teitur skakał na chłopca, Bjarni musiał wysunąć się z ramion matki i przywitać z psem. Potem Teitur zajął się Nerem, obaj stanęli na sztywnych łapach, zastrzygli uszami, ostrożnie się przybliżali. Villemann bacznie obserwował zwierzęta. Przyprowadzanie obcego psa na teren innego to poważna sprawa!
To dobra kobieta, doszła do wniosku Tiril, przyglądając się jedynemu prawdziwemu przyjacielowi, jakiego kiedykolwiek miał Dolg. Sądzę jednak, że nie istnieje żadne niebezpieczeństwo. Ona go lubi, owszem, ale stara się ukryć, jak bardzo. On wydaje się całkiem niewinny, cieszy się, że ją widzi, natychmiast znów nawiązują kontakt, ale taki, jaki powstaje między dwiema pokrewnymi duszami.
Ja także zaprzyjaźniłabym się z Hallą, gdybym spotkała ją wcześniej. To naprawdę dobra dusza, warto się o nią troszczyć.
Jestem niemądra, wyrzucała sobie Tiril. Dolg może się interesować, kim tylko chce. Po prostu przeraziłam się, że mógłby się związać z kobietą tyle od niego starszą. Ale czy cokolwiek w jego zachowaniu, kiedy mówił o Halli, świadczyło, że się w niej zakochał? Nigdy! Teraz także nie, okazuje jej wyłącznie przyjaźń. Łączy ich piękna przyjaźń, taka jaką się rzadko spotyka, niezwykle cenna, nie chcę jej zniszczyć niemądrymi słowami. Zresztą nie miałam zamiaru nic mówić.
Przyglądała się, jak Halla i Dolg podają sobie ręce i promiennie się do siebie uśmiechają. Dolg nigdy nikogo nie obejmował, a jeśli ktoś jego pochwycił w ramiona, odnosiło się zawsze wrażenie, że źle się czuje w takiej sytuacji.
– Mówiłem przecież, że zwrócę ci konia – oświadczył wesoło Halli.
– Przybywasz nie tylko z koniem – odpowiedziała.
Villemann zajęty był przyglądaniem się krótkiemu starciu psów o prestiż. Teitur musiał udowodnić, że to jego rewir, ale Nero był starym, mądrym psem i nie tracąc nic ze swojej godności dał Teiturowi do zrozumienia, że to akceptuje.
Pokój został zawarty, pozycje obu psów ustalone. Teitur zapewne miał świadomość, że niewiele miałby do powiedzenia przy olbrzymim Nerze, gdyby znaleźli się poza jego włościami.
– Masz wspaniałego brata, Dolgu – z uśmiechem rzekła Halla. – Opowiadałeś mi o nim, ale nie przypuszczałam, że jeszcze ktoś naprawdę może być równie sympatyczny jak ty.
Słowa te płynęły prosto z serca, nie były kurtuazyjnymi komplementami, i Halla w jednej chwili podbiła również serce Villemanna. Sympatię Móriego zyskała już dawno. Bardzo się cieszył, że zdążyli przybyć na czas.
Gdy tylko weszli do domu, zaraz wyłożył swój plan. Musieli pokonać wysłanników Zakonu Świętego Słońca, teraz albo nigdy. Mężczyzn widać już było z daleka. Wędrowali przez dolinę, utrudzeni.
– Jest ich tylko pięciu – stwierdził Villemann. – Gdzie szósty?
– Może pokonał go głód i zmęczenie? – podsunęła Tiril. – Musieli bardzo cierpieć, mam niemal wyrzuty sumienia.
– Nie wolno ci żałować zakonnych braci – ostro sprzeciwił się Móri. – Nie dostaną nic ponad to, na co sobie zasłużyli.
– Ale przecież to żywe istoty!
– Już nie. Zakon Świętego Słońca wywarł na nich wpływ, nauczono ich zabijać wszystkich, którzy ośmielą się stanąć im na drodze. Na Kjölur widziałaś ich twarze. Czy dostrzegłaś na nich choćby cień miłosierdzia?
– Nie, ale… Masz rację, ich serca całkiem skamieniały.
Móri zwrócił się do Halli:
– Słyszałaś, że towarzyszą nam duchy, prawda?
– Tak, Dolg o tym wspominał. Dokonał też niesamowitych rzeczy, posługując się swoim niebieskim kamieniem, który tak bardzo pragną zdobyć ci ludzie.
– To prawda. Hallo, musimy wezwać moich przyjaciół, sami sobie z tym nie poradzimy. Tych mężczyzn chronią potężne moce. Może ci być trudno znieść widok duchów, nie przeraź się. One chcą tylko naszego dobra. Bjarni… to dotyczy także ciebie.
Chłopiec, nieco wystraszony, uroczyście kiwnął głową.
Móri zaczerpnął powietrza i odchylił głowę w tył. Usłyszeli, jak wzywa duchy, mówił między innymi:
– Prosiliście, abyśmy pozwolili wam wziąć udział w interesującej przygodzie. Czy podejmiecie walkę ze złymi rycerzami?
– Z największą radością, Móri z rodu islandzkich czarnoksiężników. Służenie ci pomocą bywa prawdziwą przyjemnością. Czasami jesteś po prostu nudny i zmuszasz nas do bezczynności przez nieskończenie długi czas. Jaki jest twój plan?
W czasie przemowy Nauczyciela ukazały się wszystkie duchy, całkiem spora kuchnia Halli nagle wydawała się za ciasna. Bjarni starał się trzymać dzielnie, ale dwóch przybyszów miało wygląd tak straszny, że poczuł się słabo.
Móri rozdzielał zadania:
– Zwierzę, zabierzesz Nera i Teitura, będziecie chronić wszystkie zwierzęta, i te na zewnątrz, i w stajni, i w oborze. Opiekuj się także Teiturem, jest bardziej dzielny niż rozważny. Nero da sobie radę, on i Teitur będą ci pomagać. Teitur… Pamiętaj, nie szczekaj!
Straszne Zwierzę zaraz opuściło dom, a oba psy bez wahania ruszyły za nim. Halla przypatrywała się temu oniemiała. Przecież Teiturowi nikt nic nie mówił! Skąd on i Nero wiedzieli, czego się od nich oczekuje?
Móri uśmiechnął się, ale z jego oczu biła powaga.
– Możesz mi wierzyć, intruz, który spróbuje sobie przyrządzić kotlet jagnięcy, gorzko pożałuje!
Halla odpowiedziała drżącym uśmiechem. Trochę było tego dla niej za wiele.
Duchy zniknęły.
Tiril popatrzyła na kuchenny stół.
– Tak pięknie tu pachnie świeżym chlebem, widzę bochny. Kiedy ci zbóje przyjdą, na pewno przede wszystkim będą chcieli czegoś do jedzenia. Zaproponuj im chleb, to sprawi, że zachowasz życie do czasu, kiedy my będziemy gotowi się nimi zająć. Nie powinni nas od razu zauważyć, coś wtedy może pójść nie tak.
Halla przerażona kiwnęła głową. Móri powiedział:
– Dobrze, bo są już na dziedzińcu, nie zdążę wydać następnych rozkazów. Będziemy w sąsiedniej izbie, Hallo. Ale nie bój się, w kuchni zostaną z tobą duchy, chociaż nikt ich nie zobaczy. Żaden ze złych rycerzy nie zdąży wyrządzić ci krzywdy, przyrzekamy!
– Dziękuję, tak się cieszę, że przybyliście przed nimi – szepnęła Halla.
– Ja także. – Móri uśmiechem chciał dodać jej otuchy.
Villemann wyjrzał przez okno.
– Ojcze! Spójrz! Nadchodzi szósty!
Wyjrzeli wszyscy, którzy tylko zmieścili się przy oknie. Szósty rycerz szedł z zagajnika nad zagrodą, ubranie miał poszarpane i brudne.