Выбрать главу

– Skąd on idzie? – zastanawiał się Móri. – Tamci wydają się zaskoczeni jego widokiem.

– Czy to nie ich przywódca? – spytał Dolg. – Miałem wrażenie, że ten ciemnowłosy nimi rządził.

– Tak, to on. Uważajcie, żeby was nie dostrzegł. Sprawiają wrażenie bardzo wrogo do siebie nastawionych!

– Pozwolicie mi zgadywać? – zapytał Dolg. – Przypuszczam, że porzucili go na pustkowiu na pewną śmierć, a oto on się pojawia. To wywołuje nienawiść.

– Chyba masz rację – przyznał Móri. – Bo kłóci się z tym drugim wysokim, ubranym w granatowo – srebrną szatę, przypominającym upiora z tą łysą czaszką i czarnymi oczami.

– Jest paskudny – ocenił Bjarni.

– Wszyscy są okropni – powiedziała Tiril. – Mój Boże, ci dwaj wyciągają miecze!

– Świetnie – ucieszył się Villemann. – Niech się nawzajem pozabijają, będziemy mieć ich z głowy.

– Najwidoczniej znów walka o władzę – mruknął Móri, nie dając po sobie poznać, że dotarła do niego beztroska wypowiedź syna. – Możemy być jedynie widzami.

Patrzyli, jak Falco i Nibbio podskakują jeden obok drugiego, ostrożnie, na próbę. Delikatny cios, szybkie parowanie.

– To do niczego nie doprowadzi – zniecierpliwił się Villemann.

– Racja – przyznał Móri. – Obaj dla ochrony noszą znak Słońca i obaj potrafią się doskonale fechtować.

Grupa rycerzy zakonnych czekała w milczeniu, podczas gdy dwaj przywódcy usiłowali rozstrzygnąć walkę. Najwidoczniej obojętne im było, kto wygra.

I nagle… Falco uczynił jakiś ruch.

– Co on robi? – zdziwiła się Tiril.

Zobaczyli, jak Falco w błyskawicznym ataku przystawia czubek ostrza miecza do szyi Nibbia, tuż pod uchem. Ale nie wbił go, lecz podniósł!

– Łańcuch – szepnął Villemann.

I tak też było. Gwałtownym ruchem, który niemal złamał Nibbiowi kark, Falco zerwał mu z szyi łańcuch ze znakiem Słońca.

W następnej chwili wbił mu miecz w serce.

Kobiety w oknie odwróciły się wstrząśnięte.

– To okropne – szepnęła Tiril.

– Nie chcę, by leżał w mojej ziemi.

– Zajmiemy się nim później – obiecał wielkodusznie Villemann. – Teraz nadchodzą.

– Prędko! Ukryjcie się! – nakazał Móri. – Duchy! Zajmijcie pozycje.

– Możesz być całkiem spokojny – rozległ się głęboki głos w pobliżu.

Rozdział 18

Falco zemścił się na Nibbiu, ale pozostawało jeszcze rozprawienie się z innymi.

– Żaden z was nie przyszedł mi z pomocą – oświadczył ponuro. – Nie zapomnę o tym. Zdobędziemy tutaj to, czego nam potrzeba, i pojedziemy dalej. Później przyjdzie kolej na was.

Pogróżki mogły okazać się ryzykowne, lecz Falco był pewien swej nieśmiertelności. Nikt nie zdoła go pokonać bez względu na to, jak jest przebiegły i żądny krwi.

Ruszyli ku spokojnemu, cichemu domostwu.

– Lupo! Sciacallo! – wydał rozkaz Falco. – Lupo, ty sprawdzisz w stajni, czy mają tu jakieś konie. A ty, Sciacallo, zobacz, czy w zagrodzie dla owiec są jakieś zwierzęta. Na początek zarżnij ze dwa jagnięta, posilimy się.

Obaj ruszyli we wskazanym kierunku. Pozostali trzej rycerze skierowali się do budynku mieszkalnego.

Natychmiast wyczuli zapach świeżego chleba. Rzucili się na bochny, nie zważając na przerażoną kobietę w progu sąsiedniej izby. Halla wiedziała, że duchy stoją przed nią i będą ją osłaniać, ale mimo wszystko przeraziło ją zachowanie mężczyzn. Szarpali chleby jak dzikie zwierzęta, zachłannie pili mleko prosto ze stojącego obok skopka, pochłaniali pożywienie.

W końcu odwrócili się do Halli. Z oczu wyzierała im dzikość.

– Masz jakieś konie, babo? – groźnym tonem spytał Tiburón.

– Tylko jednego. Nie, dwa – poprawiła się. Przecież Dolg przyprowadził drugiego konia.

– Dwa? Na drodze są ślady wielu wierzchowców…

A więc zauważyli odciski kopyt koni Móriego i jego towarzyszy. Villemann zaprowadził zwierzęta do stajni, aby odpoczęły po szaleńczej gonitwie, elfiej jeździe.

– To nie moje konie – broniła się Halla.

– Nie obchodzi nas, czyją są własnością – pogardliwie parsknął Tiburón. – Lupo się nimi zajmie.

Ale Lupo i Sciacallo napotkali przeszkody.

Sciacallo zbliżył się do zagrody dla owiec, wyjął z pochwy długi nóż i naostrzył go o cholewkę. Potem upatrzył sobie najbardziej odpowiednie jagnię.

Owce spojrzały na niego zdziwionymi, przerażonymi oczyma i nagle, jak na komendę, zaczęły uciekać, lecz Sciacallo był szybki. Błyskawicznie rzucił się na wybrane jagnię.

Nie zdołał go jednak pochwycić, chociaż wszystko wskazywało na to, że mu się uda. Nagle bowiem pojawił się przed nim wielki czarny pies i z wściekłością ruszył do ataku.

Pies czarnoksiężnika! To znaczy, że tu są, musi ostrzec innych!

Atakiem psa się nie przejął, trzymał wszak w ręku długi nóż.

Okazało się jednak, że nie może podnieść ręki. Pies przewrócił go na ziemię i nachylił się nad nim z obnażonymi zębami, warcząc groźnie. A ktoś stanął mu na ręku, na nadgarstku!

Poczuł, jak żołądek skręca mu się ze strachu i obrzydzenia. Najohydniejsza postać, jaką można sobie wyobrazić, wyłoniła się z nicości. Był to Duch Zgasłych Nadziei, najstraszniejszy chyba ze wszystkich duchów Móriego.

Istota zaśmiała się drwiąco.

– Nie możemy cię zabić, nikczemniku. Ale nic nie powstrzyma nas od rozerwania cię na kawałki, podczas gdy twoje serce wciąż będzie bić – głuchym głosem oświadczyła zjawa. – Wstawaj teraz i dołącz do innych. Dla własnego dobra, bo jeśli ośmielisz się tknąć te niewinne zwierzęta, zrobimy z tobą, co zechcemy. Zrozumiano?

Sciacallo gorliwie pokiwał głową. Puścili go, podniósł się prędko i co sił w nogach pognał do domu.

W tym czasie Lupo wszedł do stajni. Zadowolony upewnił się, że koni starczy dla wszystkich braci.

Zaraz jednak zrzedła mu mina.

Z głośnym szczekaniem podbiegł do niego nieduży piesek. Lupo wymierzył mu kopniaka, ale w pół ruchu coś schwyciło go za nogę i runął jak długi do tyłu.

W następnej chwili pochylił się nad nim potwór. Czy to ten psiak się przeobraził?

Nie, stanął obok i zainteresowaniem przyglądał się jego twarzy. Rycerza natomiast przygniatała do ziemi ohydna bestia, budzący grozę stwór. Lupo o mało nie udławił się własnym językiem.

Nieco dalej ujrzał tego, który złapał go za nogę.

Była to niesamowita istota. Na poły przezroczysta, jakby rozmyta, o długich kłach, odsłoniętych w jadowitym uśmiechu, kozich oczach, dłoniach i palcach tak długich, że zdawały się rozciągać w nieskończoność.

Nidhogg.

Ale o tym Lupo nie wiedział. Zdawał sobie jedynie sprawę, że to jeden z duchów czarnoksiężnika, co oznaczało, że i Móri jest tutaj.

– Nic… nic mi nie możecie zrobić – wydyszał, choć nie miał pewności, czy jakakolwiek rozmowa z ohydnymi stworami jest możliwa. – Jestem nietykalny.

– Wiemy o tym – rozległ się schrypnięty gruby głos. – Dołącz więc do innych, zanim zjedzą cały chleb!

Lupo poderwał się z ziemi i wybiegł ze stajni. Niech Falco się tym zajmie, on z czarami nie chciał mieć nic wspólnego.

Do domu dotarł jednocześnie ze Sciacallem. Przerażeni i podnieceni wpadli do środka.

– Czary! – wydusili z siebie w kuchni. – Czarnoksiężnik jest tutaj.

Falco, Serpente i Tiburon już wcześniej zorientowali się, że coś jest nie tak. Tiburon, morderca, usiłował złapać Halle, lecz nie mógł się do niej zbliżyć, jakby odgradzał ją od niego mur pustki.

I tak też właśnie było: Pustka spowiła Halle ochronną mgłą, która odebrała im odwagę.