“Umieramy”, rozległ się krzyk w głowie brata Lorenzo. “Wrzucają nas do krateru wulkanu, wymieniają nazwę Viti, Piekło. Spadamy, spadamy, nie mamy już znaków Słońca…”
Wołanie zamarło, rozpłynęło się w otchłani, położonej daleko od lochów w Burgos i słonecznych ulic Genui.
Rozdział 19
– Nie chcieliśmy tego – oświadczył Móri zbielałymi wargami, kiedy wyszli na podwórze i zobaczyli, że ciało Nibbia zniknęło.
– Nikt z nas tego nie chciał – powtórzyli Dolg i Villemann.
Czy aby na pewno? zastanawiała się Tiril. Wszyscy tak pięknie się przekonujemy, że nie pragniemy niczyjej śmierci, ale czy mówimy naprawdę szczerze, zwłaszcza gdy chodzi o zakonnych braci? Jakież więc mamy wobec nich życzenia? Aby się stali grzecznymi i porządnymi obywatelami, nie krzywdzącymi innych? Przecież w głębi ducha wiemy, że to nigdy nie nastąpi.
Owszem, zdarzył się jeden wyjątek: Heinrich Reuss von Gera. On sporządniał, chociaż nie wiadomo, gdzie się podziewa, od tamtej pory nie doszły nas już o nim żadne wieści. Ale on został przecież skazany na śmierć przez Zakon, nie miał więc wyboru.
Mimo to polubiłam go. Podczas strasznego czasu niewoli w twierdzy w Pirenejach był moim przyjacielem. Później także.
Rzeczywiście, można chyba powiedzieć, że nigdy nie pragnęliśmy niczyjej śmierci. I wolno nam chyba odczuwać ulgę, kiedy ci, którzy chcą tylko zabijać, nas, innych ludzi czy zwierzęta, odchodzą? To przecież bardzo ludzkie odczucia. Ale czy kiedy duchy nas w tym wyręczają, nie uciekamy trochę od odpowiedzialności? Powtarzamy sobie: nie mogliśmy nic poradzić na to, że ci straszni ludzie już nie żyją?
Z bolesnego rachunku sumienia wyrwał ją głos Móriego. Obiecywał Halli, że zostaną jeszcze przez jeden dzień i pomogą jej i Bjarniemu doprowadzić gospodarstwo do porządku.
Potem muszą wracać do Bergen i zająć się córką, samowolną Taran, wyjaśniał Móri.
Ponieważ dziadkowie Bjarniego prosili, by Halla przyjechała do nich z chłopcem porozmawiać o przyszłości, ustalono, że następnego dnia oboje udadzą się z całą grupą do bardziej zamieszkanych okolic. Dziadkowie wszak obiecali, że nie będą już stawiać przeszkód, by matka mogła być z synem.
– Tak mówili wtedy – sceptycznie zauważył Villemann. – Mogli wszak zmienić zdanie.
– Nie – uspokoił go Móri. – To zaklęcie ma trwale działanie. Oni po prostu zdali sobie sprawę ze swego samolubstwa, i już. Pamiętajcie także, że to para nieszczęśliwych starych ludzi, którzy utracili jedynego syna, dziedzica. Być może żywili przekonanie, że robią wszystko dla dobra Bjarniego, ale myśleli zbyt egoistycznie, zbyt materialistycznie. Sądzę, że teraz wszystko się ułoży, zaproponowali nawet przecież, by Halla zamieszkała z nimi. Co ty na to, Hallo?
Kobieta nie wyglądała na szczególnie rozradowaną.
– Rzeczywiście, życie tutaj jest samotne i trudne, w pewnym sensie wiąże mnie także obietnica złożona Runarowi, mojemu mężowi. Nie wiem też, czy potrafię w pełni, z całego serca, wybaczyć starym. Zobaczymy. W każdym razie uczynię to, co najlepsze dla Bjarniego.
Tiril objęła Halle ramieniem:
– Obietnica złożona Runarowi już cię nie zobowiązuje, gdyż wymusił ją na tobie, powodowany uporem, chęcią przeciwstawienia się rodzicom. I przecież, jeśli uznasz, że w domu teściów nie masz czym oddychać, zawsze możecie spędzić lato w tej pięknej dolinie.
Móri wziął Halle na bok.
– Twoi teściowe nie pożyją długo – powiedział cicho. – Wyczułem to, kiedy się z nimi witałem. Teściowa jest poważnie chora, choć jeszcze o tym nie wie. Postaraj się rozjaśnić jej ostatnie miesiące! Teść doczeka świąt w tym roku, ale następnych niestety nie.
Halli nie dziwiło już nic, co miało związek z Mórim i jego rodziną. Wzięła sobie do serca jego słowa.
– Pojedziemy z wami, spróbujemy porozmawiać – postanowiła.
– Doskonale!
Wieczorem Tiril zauważyła, że Dolg z Hallą poszli nad rzekę, zatopieni w rozmowie. Obserwowała ich przez cały czas, nigdy się nie dotykali, a mimo to wyczuwała, że wyjątkowo dobrze się ze sobą czują.
Żałuję, że to nie ja jestem powierniczką Dolga, westchnęła w duchu.
Halla także wzdychała, krocząc u boku Dolga w powrotnej drodze do domu.
On nic nie mówi, myślała. Przez cały czas rozmawia ze mną o tak wielu stronach swego życia, ale nie mówi ani słowa o tym, co myśli o mnie.
Halli, kobiecie, bardzo zależało, by cię tego dowiedzieć.
Czego właściwie oczekuję? zastanawiała się dalej. Przecież mówił mi, że nigdy nie rozmawiał z nikim o swych troskach i niepokojach, o samotności na świecie. Dlaczego to mi nie wystarcza?
Dlaczego? Wiekiem jestem wszak bliższa jego matce niż jemu!
Jeszcze tylko jutro i już więcej się nie spotkamy. Muszę się z tym pogodzić, odpędzić niemądre myśli. On mnie traktuje jak najlepszego przyjaciela, czy to nie dość?
Ten przelotny, jakby kierowany do wnętrza uśmiech! Już to tak wiele o nim mówi, pokazuje, że jest odszczepieńcem, samotnym wśród zwyczajnych ludzi. Właśnie wyznał mi, że tęskni za swym ludem, lecz nic o nim nie wie. Nigdy nie zdążył zapytać.
Nie wyjeżdżaj, Dolgu! Zostań na Islandii, tutaj jest twoje miejsce. Kiedy opuścisz ten kraj, jakaś cząstka mnie umrze.
Jest dla mnie taki życzliwy. Nikt nigdy nie rozmawiał ze mną tak bezpośrednio, naturalnie i szczerze. To chyba właśnie jest przyjaźń, nie wierzyłam w jej istnienie. Prosił, bym opowiedziała mu o sobie, i przyszło mi to bez najmniejszego trudu. Słuchał z zainteresowaniem, on mnie naprawdę rozumie.
Jedź, Dolgu, jedź stąd, bo ta przyjaźń jest taka piękna, niech taka pozostanie, a gdybyś nie wyjechał, być może przestałoby mi to wystarczać. Nie zniosłabym takiego bólu.
Tiril tego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Leżała u boku Móriego pod miękkimi skórami owczymi na ławie w przestronnej izbie Halli.
Po wielu szaleńczych przygodach rozkoszowała się wygodą łóżka. Czuła się niewypowiedzianie zmęczona i dlatego nie zdołała zasnąć. Za oknem lekko szumiała rzeka, od czasu do czasu rozlegał się krzyk jakiegoś nocnego ptaka, poza tym panowała niemal przerażająca cisza. W takiej samotności Halla żyła przez całe lata. Jak sobie radziła? Lojalnie dotrzymywała obietnicy danej umierającemu człowiekowi, który na to nie zasłużył.
Halli dobrze zrobi powrót do ludzi. Przyjmą ją, nie potraktują jak wyklętą tylko dlatego, że pragnęła zobaczyć swego syna.
Tiril bardzo chciała wracać już do domu. Poznać tego niezwykłego młodzieńca, który okazał się dla Taran aniołem stróżem (nie zdawała sobie sprawy z tego, ile ma racji, tak właśnie go nazywając). Ona uważała, że dość już przygód, ale nad ukochaną rodziną wciąż wisiało niebezpieczeństwo!
Nie bardzo się zastanawiała nad tym, że i jej coś zagraża. Spokoju nie dawała jej troska o najbliższych.
Zdobyli już czerwony granat. Czy nie mogą na tym poprzestać?
Niestety, muszą powstrzymać zapędy złego zakonu. Ponadto Dolg w połowie należał do Cienia, a Cieniowi nie wolno się przeciwstawiać.
To nie my polowaliśmy na te kamienie z innego świata, nie my ich pragnęliśmy, ale wciąż wciągani jesteśmy w tę grę. Owszem, jesteśmy nią podekscytowani, ja także nie potrafię się temu oprzeć. Przecież sama chciałam przyjechać na Islandię i wcale nie żałuję tej decyzji. Ale już wystarczy. Pragnę, aby moja rodzina mogła nareszcie żyć spokojnie i bezpiecznie.
Chyba tak…
Wszystko zaczęło się ode mnie, pomyślała w poczuciu winy. To ja jestem przyczyną nie kończących się ataków na moich bliskich. Moja matka, w najlepszej wierze, dała mi naszyjnik z szafirów i część jakiegoś klucza.