To była uwertura, niewinny początek historii, która wydaje się nie mieć końca.
W momencie kiedy otrzymałam podarki od matki, rozpoczęła się na mnie nagonka Zakonu Świętego Słońca.
Tiril wróciła myślą do lat, które upłynęły od momentu, gdy na ulicach Bergen znalazła szczeniaka, do wszystkich coraz bardziej niesamowitych wydarzeń, w jakich dane jej było uczestniczyć.
Ale Móri nie za jej przyczyną wyruszył w podróż w nieznane światy, pod tym względem więc była bez winy. Oboje zatem w połowie ponosili odpowiedzialność za to, co ich spotyka. Ta świadomość nieco podnosiła na duchu.
Najbardziej zdumiewał jednak owoc ich związku: Dolg.
Na myśl o synu czuły uśmiech przemknął po twarzy Tiril.
Odruchowo spuściła rękę na podłogę i poczuła szczeciniastą sierść Nera. Pies podniósł łeb i przytulił się do jej dłoni.
Kochany stary Nero! Przez tyle lat dzieliliśmy wszystkie troski i radości, wspólnie przeżywaliśmy przygody, strach, cieszyliśmy się sobą nawzajem.
Połączyła nas też miłość do naszego dziwaka, Dolga. Ty i ja lepiej niż pozostała część rodziny rozumiemy jego samotność i obcość wśród ludzi.
Czy zadanie wyznaczone mu przez Cienia i dawny lud zostało już wypełnione?
Chyba nie.
Tiril zorientowała się, że drogę ku ostatecznemu celowi podzielono na etapy. Dolg dwa z nich miał już za sobą. Aby odnaleźć czerwony kamień, musiał mieć niebieski. Obu potrzebował do odnalezienia ostatniego.
Będzie wtedy miał dwa klucze.
Do czego? Do Wrót?
Do tych wrót, o których tak tajemniczo wspominali przedstawiciele dawnego ludu?
Od tej perspektywy zakręciło jej się w głowie, postanowiła więc skierować myśli na bardziej przyziemne sprawy.
Villemann wiele zyskał podczas tej podróży. Dobrze, że z nimi pojechał. I dla nich też dobrze, ogromnie się im przysłużył. Zyskał też więcej wiary w siebie. Wiedział, że w ich oczach ma teraz taką samą wartość jak Dolg. Wprawdzie tak było zawsze, lecz on nie mógł w to uwierzyć.
Villemann ostatnio bardzo wydoroślał, byle nie za bardzo, byle nie stracił swej otwartości, dziecięcej wesołości, zdolności spontanicznego okazywania radości, dumy i żalu w wypadku niepowodzenia. To doprawdy rzadka zdolność, za wszelką cenę powinni ją podtrzymywać. Dlatego zresztą zawsze starali się nie pętać Villemanna zakazami, pozwalali mu swobodnie się rozwijać.
Może właśnie to Villemann rozumiał opacznie? Dolga oceniali surowiej, więcej wymagali od starszego syna. Może Villemann odbierał to jako brak zainteresowania?
Tiril postanowiła ostrożnie porozmawiać z nim o tym nazajutrz.
Obaj synowie wyrośli na wspaniałych młodych ludzi. Teraz muszą wracać do Bergen i zająć się uporządkowaniem spraw, w które wplątała się ich nadmiernie samodzielna córka.
Człowiek – jaszczur?
To jakiś nonsens! Jakby nie dość było duchów, cieni, elfów i innych istot przyrody, to jeszcze muszą się zadawać z jakąś skamieliną z pradawnych czasów?
I opiekunem z ognistym mieczem?
Cóż z nich właściwie za rodzina? Dlaczego Móri, ona i ich dzieci przyciągają istoty, których istnienie trudno sobie nawet wyobrazić?
A raczej wręcz takie, które nie istnieją?
Znała odpowiedź: działo się tak, ponieważ otarli się o coś wielkiego, podobnie jak Zakon Świętego Słońca.
Ostatni raz pogłaskała Nera po wielkim łbie i odwróciła się do ściany. Objęła Móriego i mocno się do niego przytuliła,
Teraz było jej tak dobrze!
Dzięki za wszystko, co mi dałeś, Móri. Żadna kobieta nie mogłaby marzyć o bogatszym życiu, chociaż czasami nasze losy dziwnie się plotą.
Nie chciałabym jednak, aby było inaczej. Pragnę brać udział w niesamowitych wydarzeniach, tak jest o wiele lepiej, niż stać z boku i zamartwiać się o was.
Mam nadzieję, że teraz możemy liczyć na trochę spokoju. Przemierzyliśmy już całą Europę. Gdzieśmy nie byli! Na razie wystarczy.
Przemierzać Europę?
Dobrze, że Tiril nie potrafiła przewidywać przyszłości.
Rozdział 20
W Burgos, w wielkich salach pod starą twierdzą, brat Lorenzo wstał ze swego krzesła. Twarz pociemniała mu z bezsilnego gniewu.
– Dziewięciu ludzi! – wrzasnął. – Dziewięciu dzielnych rycerzy straciliśmy w ciągu jednego tylko miesiąca! Dwóch w Norwegii, siedmiu na Islandii.
Twarze pozostałych jedenastu wyrażały podobne przygnębienie, wściekłość i niemożność zrozumienia. Jak to możliwe, by rodzina czarnoksiężnika potrafiła zadać Zakonowi takie straty? A przecież nie liczyli braci zakonnych, którzy już wcześniej ponieśli śmierć z ich rąk!
Brat Lorenzo syczał przez zęby;
– Falco, Nibbio, Lupo, Ghiottone, Sciacallo, Serpente i Tiburón na Islandii, a w Norwegii brat Rasmus i brat Robert… Nie mogę w to uwierzyć! Ale tak się stało naprawdę!
Pozostali milczeli, przybici stratą. Dziewięciu rycerzy z dwudziestu jeden. Niewielu ich zostało. Tylko ci, którzy przybyli na nadzwyczajne zgromadzenie.
Brat Gaston podniósł głos:
– Jeśli któryś z was pragnie zrezygnować z poszukiwań Świętego Słońca, niech to zgłosi natychmiast.
Odpowiedziały mu urażone protesty. Nikt nie miał zamiaru wycofać się z gry.
– Doskonale – oznajmił brat Gaston. – Wobec tego mam dwie propozycje, jeśli wielki mistrz mi pozwoli?
– Posłuchajmy – kiwnął głową Lorenzo i usadowił się wygodniej.
– Po pierwsze, proponuję kontynuować pościg za czarnoksiężnikiem…
Jeden z braci natychmiast się poderwał:
– O, tak, pozwólcie mi, mogę…
Brat Gaston uciszył go ruchem ręki. Głos w sali zabrzmiał donośnie.
– Dajcie mi powiedzieć wszystko do końca! Będziemy ich dalej ścigać, lecz teraz przy użyciu ich własnych środków. Magią!
Zapadła cisza.
– Jak masz zamiar do tego doprowadzić? – cierpko spytał Lorenzo. – Kardynał von Graben był doskonałym czarownikiem, lecz i on nie potrafił się z nimi zmierzyć.
Brat Gaston uśmiechnął się tajemniczo.
– Powiadają, że w moim kraju, we Francji, w małym miasteczku, mieszka potężna czarownica. Brat Willum, który okazywał przed chwilą taki zapał, mógłby się do niej udać.
– Nie możemy wtajemniczać osób postronnych w nasze poczynania! – wtrącił inny rycerz.
– Ona nie musi wiedzieć, o co chodzi. Jej zadaniem będzie unieszkodliwienie czarnoksiężnika i jego syna. Wiedźma z pewnością potraktuje to jako wyzwanie.
Przez chwilę próbowali przetrawić jego słowa.
– A druga propozycja, bracie Gastonie? – spytał Lorenzo. Czarne niegdyś włosy bardzo mu posiwiały, również na twarzy wiek odcisnął już swoje piętno.
Brat Gaston, także nie najmłodszy, dobrze się czuł stojąc przy stole i skupiając na sobie uwagę zebranych.
– Oto co jeszcze proponuję: zapomnijmy o dwóch pobocznych kamieniach, a zajmijmy się poszukiwaniem najważniejszego, Świętego Słońca.
Te słowa wywołały ożywioną dyskusję.
Wreszcie brat Lorenzo ciężką pałką uderzył w stół.
– Twoje propozycje, bracie Gastonie, są absolutnie warte zastanowienia, wysoko je cenimy, ponieważ wnoszą coś nowego, a nie tylko skargi i narzekania. Przemyślimy je i omówimy jak najdokładniej. Czy wszyscy się ze mną zgadzają?
Owszem, wszyscy byli zgodni, każdy miał jakiś argument.
Jeden z rycerzy, w podobnie tajemniczo mrocznej opończy jak pozostali, zauważył;
– Jeśli mamy przyjąć pierwszą propozycję, należy działać jak najprędzej. Rozumiemy bowiem, że rodzina opuściła już Islandię i za mniej więcej tydzień przybędzie do Norwegii. Później z pewnością wyruszą na południe, do Austrii.
Brat Lorenzo burknął:
– Rzeczywiście, jeśli chodzi o podróżowanie, to ich ruchliwość przekracza wszelkie granice! Miejmy nadzieję, że teraz, kiedy skradli nasze kamienie, zachowają więcej spokoju.