– Tak myślę. Zabezpieczymy tylko klapę, żeby uniknąć nowych niespodzianek.
– A nie moglibyśmy wziąć łazika? - spytał Cybernetyk.
– No… raczej nie. Potrzebowałbym co najmniej pięciu godzin, żeby go uruchomić - powiedział Inżynier. - Chyba żeby odłożyć wyprawę na jutro?
Nikt nie miał jednak ochoty odkładania wypadu - tak więc wyruszyli około jedenastej, bo trochę czasu zajęły im jeszcze przygotowania ekwipunku. Jakby zmówiwszy się, choć nikt tego nie proponował, szli dwójkami, w niewielkich odstępach, a jedyny człowiek bez broni, którym był Doktor, znajdował się w środkowej dwójce. Czy naprawdę grunt przedstawiał korzystniejsze warunki dla pieszej wędrówki, czy też szło im się raźniej, dość że przed upływem godziny stracili z oczu rakietę. Krajobraz zmieniał się pomału. Coraz więcej było smukłych szarych „kielichów”, które omijali, w odległości zaś ukazały się wzgórza, od północy połogie, kopulaste, spadające ku równinie dość stromymi grzędami i urwiskami, na wprost linii marszu zaś pokryte ciemniejszymi od gleby plamami roślinności.
Pod krokami szeleściły sucho porosty, szare, jakby przysypane popiołem, ale to była ich naturalna barwa; ich młode pędy były białawo żyłkowanymi rurkami, z których wyrastały malutkie, perełkowate bąbelki.
– Wiecie, czego tu najbardziej brak? - powiedział w pewnej chwili Fizyk. - Trawy. Zwykłej trawy. Nigdy nie przypuszczałem, że jest tak… - szukał przez chwilę słowa - potrzebna…
Słońce przypiekało. Gdy zbliżyli się do wzgórz, dobiegł ich miarowy, daleki szum.
– Dziwne, wiatru nie ma, a tam szumi - zauważył idący w pierwszej dwójce Chemik.
– To stamtąd - wskazał ręką kroczący za nim Koordynator. - Widocznie tam, wyżej, jest wiatr. Spójrzcie, ależ to zupełnie ziemskie drzewa!
– Mają inną barwę i błyszczą tak…
– Nie - one są dwubarwne - wtrącił Doktor, który miał dobry wzrok.
– Są dwubarwne na przemian - raz bardziej fioletowe, a raz niebieskie z żółtym odcieniem.
Równina zostawała za nimi. Na chybił trafił weszli w szeroko rozpostartą gardziel wąwozu o gliniastych, osypujących się ścianach, pokrytych w cieniu delikatną mgiełką, która okazała się z bliska rodzajem porostu czy też pajęczyny - zdania były podzielone, twory te przypominały nieco luźne kłęby nitek szklanej waty, przytwierdzone słabo do stoków. Podnieśli głowy, bo mijali właśnie pierwszą kępę drzew, rosnących na krawędzi urwiska, kilkanaście metrów wyżej.
– Ależ to wcale nie są drzewa! - zawołał z rozczarowaniem Cybernetyk, który zamykał pochód.
Tak zwane „drzewa” miały grube, mocno błyszczące, jakby tłuszczem natarte pnie i wielowarstwowe korony, które pulsowały miarowo, raz ciemniejąc, i wtedy wypełniały się, a raz blednąc, przepuszczały wówczas słoneczne światło tysiącem prześwitów. Zmianom tym towarzyszył powtarzający się ospale pogłos, jak gdyby ktoś, z ustami przyciśniętymi do elastycznego materiału, powtarzał szeptem „fssss - hhaaa - ffs… - hhaaa”. Kiedy dobrze przyjrzeli się najbliższemu drzewu, dostrzegli wyrastające z jego pokrętnych gałązek długie jak banany pęcherze, nabiegłe gronowatymi wypukłościami, które to nadymały się, i wtedy ciemniały, to zapadały, jaśniejąc i blaknąc.
– To drzewo oddycha - mruknął zdumiony Inżynier. Wsłuchiwał się w nieustający odgłos, który, spływając z wysokości, wypełniał cały parów.
– Ale zauważcie, że każde w innym rytmie - zawołał jakby uszczęśliwiony Doktor. - Im które mniejsze, tym szybciej oddycha! To są, to są „płucodrzewa”!
– Dalej! Idziemy dalej! - nawoływał Koordynator, który oddalił się od stojącej grupki na kilkanaście kroków.
Ruszyli za nim. Parów, zrazu dość szeroki, zwężał się, jego dno niezbyt stromo wiodło w górę, aż wyprowadziło ich na kopulaste wzgórze między dwiema spoczywającymi niżej kępami drzew.
– Jak zamkniesz oczy, będzie ci się zdawało, że stoisz na brzegu morza, spróbuj! - powiedział Fizyk do Inżyniera.
– Już wolę nie zamykać oczu - odmruknął Inżynier.
Dochodzili do najwyższego punktu wzniesienia, zbaczając nieco z linii marszu. Przed nimi leżała pofałdowana, różnobarwna okolica, z rozczłonkowanymi zagajnikami oddychających drzew, które migotały oliwkowo i rudo, z jasnymi jak miód stokami gliniastych pagórków i płatami ziemi pokrytej srebrzystym pod słońcem, a szarozielonawym w cieniach mchem. Cały ten obszar przecinały w różnych kierunkach cienkie, wąskie linie. Biegły dnem kotlin, omijały palczasto wysunięte zbocza wzgórz, jedne rude, inne prawie białe, niczym posypane piaskiem ścieżki, jeszcze inne niemal czarne, jak gdyby smugi węglowego miału.
– Drogi! - krzyknął Inżynier, ale sam poprawił się zaraz - nie, to za wąskie na drogi… co to może być?
– Za tym pajęczastym laskiem odkryliśmy coś podobnego - ten trawniczek - powiedział Chemik. Podniósł do oczu lornetkę.
– Nie, tamte były inne - zaczął Cybernetyk.
– Patrzcie! patrzcie! - drgnęli wszyscy na okrzyk Doktora.
Nad żółtą kreską, która schodziła z rozległego siodła między dwoma pagórkami, w odległości kilkuset metrów sunęło coś przejrzystego. Ów twór odświecał blado w słońcu niczym na wpół przezroczyste, szybko obracające się szprychowe koło. Kiedy znalazł się przez mgnienie na tle nieba, przestał prawie być widoczny i dopiero niżej, u stóp ziemnej skarpy, wybłysnął jaśniej, jako wirujący kłąb, z wielką chyżością spłynął po prostej, minął kępę oddychających drzew, zalśnił przez kontrast z ich ciemną grupą i znikł w ujściu dalekiego wąwozu.
Doktor zwrócił ku towarzyszom pobladłą lekko twarz z pałającymi oczami.
– Ciekawe, co? - powiedział. Pokazał zęby, jakby się uśmiechał, ale w jego oczach nie było wesołości.
– Do diabła, zapomniałem lornetkę - pokaż twoją - zwrócił się Inżynier do Cybernetyka. - Operowe szkła - mruknął pogardliwie i oddał mu lornetkę.
Cybernetyk ujął w garść szklistą kolbę elektrożektora i jakby zważył jego ciężar.
– Myślę, że jesteśmy raczej - kiepsko uzbrojeni - bąknął z wahaniem.
– Dlaczego myślisz zaraz o walce?! - napadł na niego Chemik.
Przez chwilę milczeli, wypatrując okolicę.
– Idziemy dalej, co? - z ociąganiem odezwał się Cybernetyk.
– Oczywiście - odparł Koordynator. - O, drugi! Patrzcie!
Drugi rozwiany błysk, mknący daleko szybciej od tamtego, ciągnął esowatą linią wśród wzgórz, kilka razy zdawał się szybować całkiem nisko nad ziemią, a kiedy przez chwilę pędził prosto w ich kierunku, stracili go całkiem z oczu, dopiero gdy skręcił, znowu pojawiła się rozmazana, mgławo odświecająca tarcza błyskawicznego wirowania.
– Jakiś pojazd czy co… - mruknął Fizyk. Nie odwracając oczu od błysku, który, coraz mniejszy, gubił się już pośród falujących zagajników, dotknął ramienia Inżyniera.
– Skończyłem politechnikę na Ziemi - odparł Inżynier, jakby nie wiedzieć czemu nagle rozdrażniony. - W każdym razie… - dodał z wahaniem - tam jest w środku coś - wypukłego jak czop śmigła.
– Tak, w samym środku błyszczy coś bardzo mocno - przytaknął Koordynator. - Jak wielkie to może być, co o tym sądzisz?
– Jeżeli te drzewa na dole są tej samej wysokości, co tamte, w wąwozie… to co najmniej dziesięć metrów.
– Średnicy? Ja też tak myślę. Co najmniej dziesięć.
– Oba zniknęły tam - wskazał Doktor ostatnią, przesłaniającą dalszy widok, najwyższą linię wzgórz. - A więc i my tam pójdziemy - prawda?
Zaczął schodzić po stoku, wymachując pustymi rękami. Podążyli za nim.