Wracając, jeszcze raz wypadł z przetorowanej bruzdy i znowu pełzł leniwie, jakby z wysiłkiem, otoczony u podstawy chmurką wyrzucanej w powietrze, mielonej ziemi.
Zabrzęczało, z świetlistego wichru wyłonił się cienki ażur konstrukcji, gondola otwarła się i Koordynator, wychylony, zawołał:
– Chodźcie na górę!
– Co! - zdumiał się Chemik, ale Doktor pojął już.
– Pojedziemy tym.
– Zmieścimy się wszyscy? - pytał Cybernetyk. Trzymał się metalowego wspornika. Doktor piął się już w górę.
– Jakoś się pomieścimy, chodźcie!
Kilka kręgów przemknęło pod zagajnikiem, ale żaden nie zdawał się zwracać na nich uwagi. W gondoli było bardzo ciasno, czterej jeszcze by się jakoś usadowili, ale dla sześciu nie było miejsca - dwaj musieli położyć się płasko na zaklęsłym dnie. Znany, gorzkawy zapach nieprzyjemnie załechtał nozdrza, uświadomili sobie naraz wszystko, co zaszło, ich ożywienie prysło. Doktor i Chemik położyli się - nie widzieli teraz nic. Mieli pod sobą łódkowato sczepione, podłużne płyty, nad ich głowami rozległo się przenikliwe brzęczenie i poczuli, że pojazd rusza. Niemal natychmiast płyty, na których leżeli, stały się prawie całkiem przezroczyste i zobaczyli z wysokości dwu pięter równinę, jakby płynęli nad nią balonem. Dokoła jazgotało, Koordynator porozumiewał się gorączkowo z Inżynierem, obaj musieli przyjąć nienaturalne, bardzo męczące pozycje przy płetwiastym wyniesieniu w przedzie gondoli, aby zawiadywać jej ruchami. Co kilka minut jeden zastępował drugiego, odbywało się to w największym tłoku, Fizyk i Cybernetyk musieli wtedy prawie kłaść się na leżących u samego spodu.
– Jak to działa? - spytał Chemik Inżyniera, który, wprowadziwszy obie ręce w głębokie otwory płetwiastego wypuklenia, utrzymywał pojazd na prostej. Poruszali się szybko, sunąc bruzdą, wyoraną wśród pól, Z gondoli nie było w ogóle widać wirowania - można było sądzić, że płynie powietrzem.
– Pojęcia nie mam - stęknął Inżynier. - Bierze mnie kurcz, teraz ty! - usunął się i jak mógł, zrobił miejsce Koordynatorowi.
Olbrzymi, huczący wokół nich krąg zachwiał się, wyskoczył z bruzdy, gwałtownie przyhamował i zaczął ostro zakręcać. Koordynator przemocą wtłaczał ręce w otwory sterującego urządzenia, po chwili wyprowadził gigantycznego bąka z zakrętu i udało mu się wskoczyć w bruzdę. Pomknęli szybciej.
– Dlaczego to jedzie tak wolno poza bruzdą? - spytał znowu Chemik. Żeby utrzymać równowagę, opierał się o plecy Inżyniera; między jego rozstawionymi nogami leżał Doktor.
– Mówię ci, że nie mam zielonego pojęcia - wyrzucił Inżynier. Masował sobie przedramiona, na których czerwieniały krwawe odciśnięcia w miejscach, gdzie wtłoczył siłą przeguby w głąb maszyny. - Równowagę utrzymuje na zasadzie żyroskopu, a co do reszty, nic nie wiem.
Byli już poza drugim łańcuchem wzgórz. Teren, widziany z wysoka, zdawał się przejrzysty - zresztą poznali go już częściowo w czasie pieszej wędrówki. Wokół kabiny świszczał ledwo dostrzegalny krąg, bruzda zmieniała nagle kierunek, musieli ją opuścić, jeśli mieli wracać do rakiety. Szybkość spadła natychmiast, nie robili nawet dwudziestu kilometrów na godzinę.
– One są właściwie bezradne poza bruzdą, o tym trzeba pamiętać! - zawołał Inżynier, przekrzykując świst i brzęczenie.
– Zmiana! Zmiana! - wołał Koordynator.
Manewr poszedł tym razem dość gładko. Wznosili się na stromy stok, bardzo powoli, niewiele szybciej niż dobry piechur. Inżynier odszukał w dali wykrot, który prowadził ku równinie. Wjeżdżali właśnie pod nawisłe gliniastą zerwą drzewa, kiedy chwycił go kurcz.
– Chwytaj! - krzyknął przenikliwie.
Wyrwał ręce z otworów. Koordynator rzucił się niemal na oślep, aby go zastąpić, ogromny krąg przechylił się i zbliżył niebezpiecznie do rudego urwiska. Naraz coś zgrzytnęło i trzasnęło przeraźliwie, świszczący młyniec dosięgną! obrzeżem korony drzewa, w powietrzu zawirowały potrzaskane gałęzie, gondola podskoczyła gwałtownie i z piekielnym hurgotem zwaliła się w bok. Wyrwane z korzeniami drzewo zamiotło koroną po niebie, ostatnie poruszające się ramię ściągnęło je w dół, tysiące pęcherzykowatych liści eksplodowały z sykiem, nad połamaną konstrukcją, zarytą kikutami w obryw, wzniosła się chmura białawych, purchawkowatych nasion i wszystko ucichło. Gondola wgniecionym bokiem opierała się o urwisko.
– Załoga? - mechanicznie powiedział Koordynator, potrząsając głową, bo uszy miał jak nabite watą - był mocno ogłuszony. Zarazem patrzał ze zdziwieniem na kłęby białawych pyłków, które fruwały mu wokół twarzy.
– Pierwszy - stęknął Inżynier. Gramolił się z podłogi.
– Drugi - głos Fizyka dobiegał z dołu.
– Trzeci - Chemik ledwo mówił, trzymał się za usta, krew ciekła mu na brodę.
– Czwarty - powiedział Cybernetyk; rzuciło go w tył, ale nic mu się nie stało.
– Pią… ty… - wyjęczał Doktor; leżał pod wszystkimi, na samym spodzie gondoli.
I naraz wybuchnęli jakimś szaleńczym śmiechem.
Leżeli jeden na drugim, przysypani grubą warstwą łechcących, puszystych nasion, które dostały się do środka przez górne szczeliny gondoli. Inżynier potężnymi uderzeniami usiłował otworzyć jej płat. Wszyscy, a właściwie kto mógł, jeśli pozwalało mu na to miejsce, przyłożyli barki, ręce, grzbiety do zaklęsłej powierzchni. Powłoka zadrżała, rozległ się słaby trzask, ale gondola nie otwierała się.
– Znowu? - spokojnie spytał Doktor. Leżał na dnie i nie mógł się ruszyć. - Wiecie, to mi się już znudziło. Hej, kto to - zejdź ze mnie zaraz, słyszysz!
Chociaż położenie było niewesołe, działali w jakimś wisielczym uniesieniu - wyrwali wspólnym wysiłkiem grzebieniastą ramę z przodu i zaczęli tłuc nią miarowo, jak taranem, w górny płat. Giął się, pokrywał wyboinami, ale nie puszczał.
– Mam tego dość - warknął gniewnie Doktor, sprężył się, usiłując wstać, w tym momencie coś trzasło u spodu i wszyscy wysypali się dnem jak ulęgałki. Stoczyli się po pięciometrowej pochyłości na dno wąwozu.
– Nikomu nic się nie stało? - spytał Koordynator, utytłany w glinie. Pierwszy zerwał się na nogi.
– Nie, ale - ależ ty jesteś cały pokrwawiony, pokaż no się! - zawołał Doktor.
Koordynator miał w samej rzeczy głęboko rozciętą skórę na głowie, między włosami, rana sięgała połowy czoła. Doktor przewiązał mu ją, jak się dało, inni byli posiniaczeni, a Chemik spluwał krwią - przygryzł sobie wargę. Ruszyli w kierunku rakiety. Nawet się nie obejrzeli na pogruchotany pojazd.
V
Słońce dotykało horyzontu, kiedy znaleźli się u małego pagórka. Rakieta rzucała długi cień, gubiący się daleko wśród piasków równiny. Nim weszli do środka, przeszukali sumiennie otoczenie, ale nie znaleźli żadnych śladów, które by wskazywały, że ktokolwiek był pod ich nieobecność w pobliżu. Stos pracował bez zakłóceń. Półautomat zdołał oczyścić boczne korytarze i bibliotekę, zanim ugrzązł beznadziejnie w grubej warstwie plastykowych i szklanych skorup, zalegających laboratorium.
Po kolacji, którą pochłonęli błyskawicznie, Doktor musiał zeszyć ranę Koordynatorowi, bo nie przestawała krwawić, tymczasem Chemik zdążył przeprowadzić analizę wody pobranej w strumieniu i stwierdził, że nadaje się do picia, chociaż zawiera znaczną domieszkę soli żelazowych, psujących smak.