– Teraz musimy się wreszcie naradzić - oświadczył Koordynator. Zasiedli w bibliotece na nadmuchanych poduszkach, Koordynator w środku, z głową w białym czepcu bandaża.
– Co wiemy? - powiedział. - Wiemy, że planeta jest zamieszkała przez rozumne stworzenia, które Inżynier nazwał dubeltami. Nazwa ta nie odpowiada temu, co… ale mniejsza o to. Zetknęliśmy się z następującymi fragmentami cywilizacji „dubeltów”: z automatyczną fabryką, którą uznaliśmy za rozregulowaną i porzuconą - teraz wcale nie jestem już tego taki pewien - po wtóre, z lustrzanymi kopułkami na wzgórzach, niewiadomego przeznaczenia, po trzecie, z masztami, które emitują coś - prawdopodobnie jakiś rodzaj energii - ich przeznaczenie jest nam również nie znane - po czwarte, z ich wehikułami, przy czym jeden - zaatakowani - zdobyliśmy, opanowali i rozbili, po piąte - widzieliśmy z daleka ich miasto, o którym nic konkretnego niepodobna powiedzieć, po szóste - atak, o którym wspomniałem, przedstawiał się tak, że „dubelt” poszczuł na nas, żeby tak rzec, zwierzę, prawdopodobnie odpowiednio ułożone, które wypromieniowało coś w rodzaju małego piorunu kulistego i sterowało nim zdalnie, dopókiśmy go nie położyli trupem. Na koniec - po siódme - byliśmy świadkami zasypania rowu-grobu, pełnego martwych mieszkańców planety. To wszystko - o ile pamiętam. Poprawcie mnie lub uzupełnijcie to, co powiedziałem, jeśli się omyliłem albo coś opuściłem.
– W zasadzie to wszystko, prawie… - powiedział Doktor. - Z wyjątkiem tego, co zdarzyło się przedwczoraj na statku…
– Prawda. Okazało się, żeś miał słuszność - ten stwór był nagi. Być może usiłował po prostu schronić się gdziekolwiek - i w panicznej ucieczce wpełznął w pierwszy otwór, na jaki natrafił - a był to akurat tunel wiodący do wnętrza naszej rakiety.
– Jest to hipoteza równie kusząca, jak ryzykowna - odparł Doktor. - Jesteśmy ludźmi, kojarzymy i rozumujemy po ziemsku i wskutek tego możemy popełnić ciężkie błędy, przyjmując obce pozory za naszą prawdę, to znaczy układając pewne fakty w schematy przywiezione z Ziemi. Jestem zupełnie pewien, że myśleliśmy dziś rano wszyscy to samo - że natknęliśmy się na grób ofiar gwałtu, morderstwa, ale przecież naprawdę nie wiem, nie wiemy…
– Powtarzasz to, chociaż sam nie wierzysz - zaczął podniesionym głosem Inżynier.
– Nie chodzi o to, w co wierzę - przerwał mu Doktor. - Jeśli wiara jest gdzieś szczególnie nie na miejscu, to tym miejscem jest właśnie Eden. Hipoteza o „szczuciu” elektrycznego psa na przykład…
– Jak to?
– Nazywasz to hipotezą? Ależ to fakt - niemal równocześnie odezwali się Chemik i Inżynier.
– Mylicie się. Dlaczego nas zaatakował? Nic o tym nie wiemy. Być może przypominamy wyglądem jakieś tutejsze karaluchy albo zające… Wy zaś skojarzyliście - przepraszam, myśmy natomiast skojarzyli ten agresywny postępek z tym, cośmy widzieli przedtem, a co zrobiło na nas tak wstrząsające wrażenie, że straciliśmy zdolność spokojnego myślenia.
– A gdybyśmy ją zachowali i nie strzelali od razu, teraz nasz popiół rozwiewałby się tam pod laskiem, czy tak? - wyrzucił gniewnie Inżynier. Koordynator milczał, wodząc oczami od jednego do drugiego.
– Zrobiliśmy to, co musieliśmy zrobić, ale jest bardzo prawdopodobne, że zaszło nieporozumienie - z obu stron… Wydaje się wam, że wszystkie kamienie łamigłówki są już ułożone? A ta fabryka, rzekomo opuszczona przed kilkuset laty i rozregulowana? Co z nią? Gdzie pasuje ten kamień?
Chwilę trwało milczenie.
– Uważam, że Doktor ma sporo słuszności - powiedział Koordynator. - Zbyt mało jeszcze wiemy. Sytuacja jest o tyle pomyślna, że, o ile możemy sądzić, oni nie wiedzą o nas nic, jak myślę, głównie dlatego, ponieważ żadna z ich dróg, tych bruzd, nie przebiega w pobliżu tego miejsca. Trudno liczyć jednak na to, że taki stan potrwa długo. Chciałbym prosić, abyście rozważali nasze położenie od tej strony i wypowiedzieli swoje propozycje.
– Obecnie jesteśmy w tym wraku właściwie bezbronni. Wystarczyłoby zaszpuntować uczciwie tunel, żebyśmy się podusili jak myszy. Wskazany jest zatem największy pośpiech, właśnie z uwagi na to, że w każdej chwili możemy zostać odkryci, a jakkolwiek hipoteza o agresywności „dubeltów” jest tylko moją ziemską mrzonką - mówił z pasją Inżynier - to jednak, niezdolny rozumować inaczej, proponuję, a właściwie żądam, abyśmy niezwłocznie przystąpili do naprawy wszystkich urządzeń, uruchomienia agregatów.
– Na jak długi oceniasz niezbędny do tego czas? - przerwał mu Doktor. Inżynier zawahał się.
– A widzisz… - ze znużeniem powiedział Doktor. - Dlaczego mamy się łudzić? Odkryją nas, zanim skończymy, bo, powiem to, choć nie jestem fachowcem, muszą upłynąć długie tygodnie…
– Niestety, to prawda - podjął Koordynator. - Poza tym będziemy musieli uzupełnić zapas wody, nie mówiąc już o kłopocie, jaki będziemy mieli z tą skażoną, która zalała spodnią kondygnację, nie wiadomo także, czy potrafimy we własnym zakresie sporządzić wszystko, co okaże się potrzebne dla uzupełnienia szkód.
– Następna wyprawa będzie niewątpliwie wskazana - zgodził się Inżynier - a nawet więcej wypraw, ale można je przedsiębrać w nocy, poza tym część nas, powiedzmy połowa albo dwu ludzi, powinna stale być przy rakiecie - ale dlaczego tylko my mówimy!? - zwrócił się niespodziewanie do trzech milczących słuchaczy sporu.
– W zasadzie powinniśmy jak najintensywniej pracować w rakiecie - i zarazem badać tutejszą cywilizację - powiedział wolno Fizyk. - Te zadania w znacznej mierze kolidują ze sobą. Ilość niewiadomych jest tak wielka, że nawet rachunek strategiczny niewiele pomoże. Jedno nie ulega wątpliwości - ryzyka, graniczącego z katastrofą, nie unikniemy bez względu na wybrany tryb postępowania.
– Widzę, do czego zmierzacie - wciąż tym samym niskim, znużonym głosem powiedział Doktor. - Chcecie przekonać samych siebie, że musimy podjąć dalsze wyprawy, mając zdolność zadawania potężnych, to znaczy atomowych ciosów. Ma się rozumieć - we własnej obronie. Ponieważ skończy się to tym, że będziemy mieli przeciw sobie całą planetę - nie mam najmniejszej ochoty uczestniczyć w tak pirrusowym przedsięwzięciu, które pozostanie pirrusowe nawet, jeśli oni nie znają energii atomowej… a to wcale nie jest pewne. Jaki rodzaj silnika poruszał to koło?
– Nie wiem - odparł Inżynier - ale nie atomowy. Tego jestem prawie pewien.
– To „prawie” może nas kosztować wszystko - powiedział Doktor. Odchylił się do tyłu i oparł głowę z zamkniętymi oczami o brzeg wiszącej bokiem szafy bibliotecznej, jakby nie miał więcej zamiaru się odezwać.
– Kwadratura koła - mruknął Cybernetyk.
– A gdybyśmy spróbowali… porozumieć się? - zaczął z ociąganiem Chemik. Doktor usiadł prosto i patrząc na niego, powiedział:
– Dziękuję ci. Zaczynałem się już naprawdę obawiać, że tego nikt nie powie!
– Ależ próbować porozumienia - to znaczy wydać się w ich ręce! - krzyknął Cybernetyk zrywając się z miejsca.
– Dlaczego? - spytał chłodno Doktor. - Możemy się pierwej uzbroić, nawet w miotacze atomowe - ale nie będziemy się podkradać nocą do ich miast czy fabryk.
– Dobrze, dobrze… Więc jak sobie wyobrażasz taką próbę porozumienia?
– Tak, powiedz - dodał Koordynator.
– Przyznaję, że nie powinniśmy go próbować w tej chwili - odparł Doktor. - Im więcej zdołamy naprawić urządzeń na statku, tym, rzecz prosta, lepiej. Powinniśmy się też uzbroić - chociaż nie muszą to być miotacze atomowe… Potem - część z nas zostanie przy rakiecie., a część, dajmy na to trzech, pójdzie do miasta. Dwaj zostaną z tyłu, aby mogli dobrze obserwować trzeciego, który będzie starał się porozumieć z mieszkańcami…