Выбрать главу

Po piętnastej była przerwa, poruszyli się. Doktor powiedział:

– Tyleśmy jeszcze nie spotkali.

Znowu było coś słychać, inny, nieznany odgłos, daleko niższy, zbliżał się wolniej, Koordynator włączył nagle wsteczny bieg i wóz zaczął się cofać. Oddalali się pod górą, opony słabo zagrzechotały na wapiennym osypisku, kiedy łazik się zatrzymywał, w ciemności przed nimi przesunął się z basowym huczeniem, od którego aż dreszcz poszedł po karoserii, nie dający się pochwycić kształt, tylko światło gwiazd wysoko nad drzewami ściemniało i grunt zadrżał, jakby szła lawina. Hucząc, jak ciężki bąk, przeciągnęła następna zjawa i jeszcze jedna, gondoli nie było widać, tylko nieregularny, zaostrzony na gwiaździstych końcach obrys czegoś, co tliło się czerwonawo i obracało wolno w stronę przeciwną do kierunku ruchu.

Znowu zapadła cisza, tylko z oddali donosiło się to cichsze, to nieco głośniejsze, coraz bardziej odległe granie.

– Te były kolosalne - widzieliście?! - powiedział Chemik.

Koordynator czekał jeszcze dobrą chwilę, nareszcie zapalił reflektory, odhamował, łazik potoczył się najpierw samym ciężarem, potem, napędzany, coraz szybciej biegł w dół. Chociaż jechać bruzdami było wygodniej, bo omijały większe nierówności, wolał nie ryzykować - mógł na nich wpaść z tyłu któryś z przezroczystych potworów. Poruszając lekko kierownicą, usiłował przedłużyć domyślnie kierunek jazdy napotkanych wehikułów - nadeszły z północo-zachodu, oddaliły się zaś na wschód, ale to o niczym nie świadczyło - zakręcały i mogły takich zakrętów wykonać więcej. Nic nie mówił, ale był niespokojny.

Kilka minut po drugiej zabłysła w światłach lustrzana wstęga. Dubelt, który podczas spotkania w ciemności ani drgnął, od pewnego czasu rozglądał się po okolicy, wysunąwszy głowę. Gdy łazik dojechał prawie do zwierciadlanego pasa, wielki stwór zakaszlał nagle, sapnął i pojękując zaczął się prostować, gramolić, przeważył się cały w jedną stronę, jakby chciał wyskoczyć w biegu.

– Stój! Stój! - krzyknął Doktor. Koordynator zahamował, stanęli o metr przed wstęgą.

– Co się stało?

– On chce uciec!

– Dlaczego?

– Nie wiem, może przez to - zgaś reflektory!

Koordynator usłuchał. Ledwo zapadł mrok, dubelt osunął się ciężko na swoje miejsce. Ruszyli z wygaszonymi światłami, przez sekundę po obu stronach łazika lśniło odbicie gwiazd w czarnych taflach, już toczyli się znowu po ziemi. Reflektory uderzyły w noc. Byli na równinie. Łazik pędził coraz szybciej, cały jego korpus wibrował, drżał, wapienne skałki z obracającymi się po piasku jak wokół pionowej osi wielkimi cieniami leciały w tył, piasek smużył spod opon, zimne powietrze aż kąsało przy oddechu, biło w twarze, pęd huczał, szumiał, kamyki strzelały dźwiękliwie w podwozie. Chemik skulił się, usiłował skryć, jak mógł, głowę za przednią szybą, jechali po równym, szybkość więc rosła, w każdej chwili spodziewali się zobaczyć statek.

Było umówione, że pozostający zawieszą na rufie rakiety lampę błyskową, szukali więc migającego światełka, ale minuty płynęły, łazik zwolnił nieco, skręcił, dążyli teraz na północny wschód, a wokół rozpościerała się jednakowa ciemność. Od dawna jechali już z małymi światłami, teraz Koordynator wyłączył i te, nie zważając na ryzyko zderzenia z jakąś niewidzialną przeszkodą. Raz dostrzegli mrugające światełko i pomknęli ku niemu z najwyższą chyżością, ale już po kilku minutach przekonali się, że to po prostu niska gwiazda. Było dwadzieścia po drugiej.

– Może lampa im się popsuła - odezwał się Chemik. Nikt nie odpowiedział. Przejechali następne pięć kilometrów, znowu zakręcili, Doktor podniósł się z miejsca i wpijał oczy w ciemną okolicę. Zwolnili jeszcze bardziej, nagle wóz podskoczył mocno, zrazu przednimi, potem tylnymi kołami - przejechali przez rów, wyorany w piaszczystym gruncie.

– Jedź w lewo - powiedział naraz Doktor.

Łazik skręcił, w małych światłach ukazały się wygarbienia, przeskoczyli drugą, głęboką na pół metra bruzdę, wszyscy naraz zobaczyli niewyraźny brzask i wznoszący się na jego tle wydłużony, pochyły cień, którego szczyt przez sekundę otaczała aureola, gdy znikła, stracili go z oczu. Łazik ruszył gwałtownym zrywem, pędzili prosto, nowy błysk lampy, przesłoniętej rufą statku, ukazał trzy drobne sylwetki, Koordynator włączył reflektory, biegły z podniesionymi rękami.

Koordynator zwolnił i kiedy biegnący usunęli się z drogi, zatrzymał wóz kilka metrów za nimi. Rakieta wznosiła się niedaleko. Podjechali ku niej tak, że górna część rufy przesłoniła podwieszoną lampę.

– Jesteście?! Wszyscy?! - krzyknął Inżynier. Przyskoczył do łazika i targnął się wstecz na widok czwartej, bezgłowej postaci, która poruszyła się niespokojnie.

Koordynator objął jedną ręką Inżyniera, drugą Fizyka i stał tak przez sekundę, jakby się na nich opierał. Zgrupowali się w pięciu przy bocznym reflektorze - Doktor przemawiał cicho do dubelta.

– U nas wszystko w porządku - powiedział Chemik - a u was?

– Mniej więcej - odparł Cybernetyk. Patrzyli na siebie długą chwilę, nikt nic nie mówił.

– Będziemy relacjonować czy pójdziemy spać? - zapytał Chemik.

– Ty możesz spać? To piękne! - zawołał Fizyk. - Spać! Dobry Boże! Oni tu byli, wiecie?

– Tak myślałem - powiedział Koordynator. - Czy… doszło do starcia?

– Nie. A wy?…

– Także nie. Myślę… to, że odkryli rakietę, może okazać się ważniejsze od tego, co myśmy widzieli. Mówcie, Henryku, może ty?…

– Złapaliście go?… - spytał Inżynier.

– Właściwie… on nas złapał. To znaczy - dał się zabrać z dobrej woli. Ale to cała historia. Długa, skomplikowana, chociaż, niestety, nic z niej nie rozumiemy.

– Z nami akurat to samo! - wybuchnął Cybernetyk. - Przyjechali tu w jakąś godzinę potem, jakeście wyruszyli!! Myślałem, myślałem, że to koniec - wyznał nagle ciszej.

– Nie jesteście głodni? - spytał Inżynier.

– Zdaje się, że zapomniałem o tym na dobre. Doktorze! - zawołał Koordynator - chodź tu!

– Narada? - Doktor wysiadł i podszedł ku nim, ale nadal nie spuszczał oka z dubelta, który nieoczekiwanie skoczył na ziemię, ruchem dziwnie lekkim, i przyczłapał powoli do stojących - ledwo dotknął granicy oświetlonego kręgu, cofnął się i znieruchomiał. Patrzyli na niego milcząc - wielki stwór osunął się, przypadł do gruntu, przez moment widzieli jego głowę, potem mięśnie zeszły się, pozostawiając szparę, w rozproszonej poświacie reflektorów widzieli spoczywające na nich niebieskie oko.

– A więc byli tu? - spytał Doktor. W tej chwili on jeden nie patrzał na dubelta.

– Tak. Przyjechali - dwadzieścia pięć wirujących kręgów, takich samych jak ten, któryśmy zdobyli - i cztery machiny daleko większe, nie pionowe tarcze, ale jakby przezroczyste bąki.

– Spotkaliśmy je! - krzyknął Chemik.

– Kiedy? Gdzie?

– Może godzinę temu, wracając! Małośmy się z nimi nie zderzyli - i co zrobiły tu?

– Niewiele - podjął Inżynier. - Przybyły szeregiem, skąd, nie wiemy, bo kiedyśmy wyszli na powierzchnię - akurat tak się stało, że wszyscy byliśmy w rakiecie, dosłownie przez pięć minut - ciągnęły już jeden za drugim, krążąc wokół rakiety. Nie zbliżały się. Myśleliśmy, że to pierwszy zwiad, patrol, szpica rozpoznania taktycznego, no, ustawiliśmy pod rakietą miotacz i czekaliśmy - a one kręciły się dokoła, wciąż w tę samą stronę, ani się nie oddalały, ani nie zbliżały. To trwało chyba z półtorej godziny. Potem pojawiły się te większe, te bąki - coś trzydzieści metrów wysokie! Kolosy! Dużo powolniejsze, jechać mogą, zdaje się, tylko bruzdami, które orzą tamte. Wirujące tarcze zrobiły im miejsce w swoim kolisku, tak że na przemian szła jedna machina większa i jedna mniejsza, i znowu zaczęły kołować. Czasem zwalniały, a raz dwie omal nie zderzyły się, a właściwie zetknęły się samymi obrzeżami, z okropnym trzaskiem, ale nic im się nie stało - wirowały dalej.