– Mało co, bośmy siedzieli ze cztery godziny przy miotaczu! Jeden nadprzewodzący elektromózg typu „mikro” przejrzany, aparatura radiowa prawie uruchomiona - Cybernetyk powie ci dokładniej. Dużo kaszy, niestety.
– Brak mi szesnastu diod niobowo-tantalowych - powiedział Cybernetyk - kriotrony są całe, ale bez diod nic nie zrobię z mózgiem.
– Nie możesz wziąć z innych?
– Wziąłem, wiele było - ponad siedemset.
– Więcej nie ma?
– Może jeszcze w Obrońcy - nie mogłem się do niego dostać. Leży na samym spodzie.
– Słuchajcie, czy mamy stać tu tak całą noc - przed rakietą?
– Słusznie, idziemy. Zaraz, co z dubeltem?
– No i łazik?
– Powiem wam coś bardzo przykrego - od tej chwili musimy mieć stale zaciągniętą wartę - powiedział Koordynator. - Uczciwym szaleństwem było, żeśmy nie mieli jej dotąd. Pierwsze dwie godziny, do świtu, na ochotnika, kto się zgłosi, a potem…
– Ja mogę - odezwał się Doktor.
– Ty? Nigdy w świecie, tylko ktoś z nas - powiedział Inżynier. - Myśmy przynajmniej siedzieli na miejscu.
– A ja siedziałem w łaziku. Nie jestem bardziej zmęczony od ciebie.
– Dosyć tego. Najpierw Inżynier, potem Doktor - powiedział Koordynator. Przeciągnął się, potarł zziębnięte ręce, podszedł do łazika, wyłączył światła i potoczył go wolno, pchając, aż pod kadłub rakiety.
– Słuchajcie - Cybernetyk stał nad leżącym nieruchomo dubeltem - a co z nim?
– Zostanie tu. Pewno śpi. Nie ucieknie. Po co by z nimi przyjechał? - rzucił Fizyk.
– Ależ tak nie można - trzeba jakoś zabezpieczyć - zaczął Chemik i urwał. Tamci, jeden po drugim, wchodzili już do tunelu. Popatrzał dokoła, wzruszył gniewnie ramionami i poszedł za innymi. Inżynier rozścielił sobie przy miotaczu nadymane poduszki i usiadł, ale czując, że natychmiast zaczyna go morzyć sen, wstał i począł się miarowo przechadzać w jedną i drugą stronę.
Piasek cichutko poskrzypywał pod butami. Pierwsza szarość stała nad wschodem, gwiazdy powoli przestawały drżeć i bladły. Powietrze wypełniało mu płuca, zimne i czyste - spróbował wyczuć w nim ową obcą woń, którą pamiętał z pierwszego wyjścia na powierzchnię planety, ale nie mógł się już jej doszukać. Bok leżącego opodal stworu miarowo podnosił się i opadał. Inżynier zobaczył naraz długie, cienkie macki, które wypełzły z jego piersi i chwyciły go za nogę. Targnął się rozpaczliwie, potknął, omal nie upadł - i otworzył oczy. Zasnął, chodząc. Było już jaśniej. Pierzaste chmurki ułożyły się na wschodzie w skośną linię, zarysowaną jakby jednym olbrzymim pociągnięciem, koniec jej zaczynał się pomału żarzyć, w niezdecydowaną szarość nieba wpływał błękit. Ostatnia silna gwiazda znikła w nim - Inżynier stanął twarzą do horyzontu. Obłoki z burych stawały się brązowozłote, ogień buszował w ich skrajach, smuga różu, stopionego z niepokalaną bielą, przeszywała pół nieboskłonu - płaski, jakby wypalony brzeg planety zaklęsł nagle pod dotykiem ciężkiej, czerwonej tarczy. To mogła być Ziemia.
Odczuł przeszywającą, niewypowiedzianą rozpacz.
– Zmiana! - rozległ się silny głos za jego plecami. Inżynier drgnął. Doktor patrzył na niego i uśmiechał się, Inżynier chciał mu naraz podziękować za coś - powiedzieć, że - sam nie wiedział, co - to było niezmiernie ważne, ale nie miał słów - potrząsnął głową, uśmiechem odpowiedział na uśmiech i zanurzył się w ciemnym tunelu.
VIII
Około południa pięciu półnagich mężczyzn, o karkach i twarzach opalonych na brąz, leżało w cieniu rakiety pod jej białym brzuchem. Dokoła pełno było naczyń, części aparatów, na płachcie namiotowej spoczywały rozrzucone kombinezony, buty, ręczniki, z otwartego termosu unosił się zapach świeżo parzonej kawy, wielką równiną pełzały cienie obłoków, panował spokój i gdyby nie skulony, nagi stwór, który siedział bez ruchu kilka kroków dalej pod kadłubem, scena ta mogłaby przedstawiać jakiś ziemski biwak.
– Gdzie Inżynier? - spytał Fizyk. Uniósł się leniwie na łokciach i patrzał na wprost - mimo ciemnych okularów kłębiasty cumulus jarzył mu się we wzroku jak płomień.
– Pisze swoją książkę.
– Jaką znów - aha, zestawienie remontów?
– Tak, będzie z tego gruba książka i ciekawa, powiadam ci!
Fizyk popatrzył na mówiącego.
– Jesteś w dobrym humorze? To cenne. Rana już ci się prawie zagoiła, wiesz? Na Ziemi nie zamknęłaby się chyba tak szybko.
Koordynator dotknął bliznowaciejącego miejsca na czole i podniósł brwi.
– Może być. Statek był sterylny, a tutejsze bakterie są dla nas nieszkodliwe. Owadów, zdaje się, nie ma tu wcale. Nie widziałem żadnego, a wy?
– Białe motyle Doktora - mruknął Fizyk. Od upału nie chciało mu się mówić.
– No, to tylko hipoteza.
– A co nie jest tu hipotezą? - spytał Doktor.
– Nasza obecność - odparł Chemik. Odwrócił się na wznak. - Wiecie - wyznał - chciałbym już zmienić otoczenie…
– Ja też - zauważył Doktor.
– Widziałeś, jak mu się zaczerwieniła skóra, kiedy parę minut posiedział na słońcu? - rzucił Koordynator. Doktor skinął głową.
– Tak. To znaczy, że albo nie przebywał dotąd na słońcu, albo miał jakąś odzież, jakieś okrycie, albo…
– Albo?
– Albo jeszcze coś innego, czego nie wiem…
– Nie jest źle - powiedział Cybernetyk podnosząc głowę znad zapisanego papieru - Henryk obiecuje mi, że wydostanie diody z Obrońcy. Dajmy na to, że jutro skończę przegląd i że wszystko będzie grało. To znaczy wieczorem będziemy już mieli pierwszy automat w ruchu! Postawię go nad całą resztą, jeżeli skleci tylko trzy sztuki, i tak wszystko ruszy z miejsca. Zapuścimy ciężarówce, kopaczkę, potem jeszcze tydzień, rakietę się postawi i… - nie dokończył.
– Jak to - powiedział Chemik - to ty sobie wyobrażasz, że my tak, po prostu, wsiądziemy i odlecimy? Doktor zaczął się śmiać.
– Astronautyka to czysty, niepokalany płód ludzkiej ciekawości - powiedział. - Słyszycie? Chemik nie chce się już stąd ruszać!
– Nie, bez żartów, Doktorze, co z tym dubeltem? Siedziałeś z nim cały dzień!
– Siedziałem.
– I co? Przestań być tajemniczy! Dosyć mamy tego dokoła…
– Nie jestem wcale tajemniczy. Och, wierz mi, chciałbym być! On, no cóż, zachowuje się - jak dziecko. Jak niedorozwinięte umysłowo dziecko. Poznaje mnie. Kiedy go zawołam, idzie. Kiedy go popchnę, siada. Po swojemu.
– Zaciągnąłeś go do maszynowni. Jak sobie tam poczynał?
– Jak niemowlę. Nic go to nie obchodziło. Kiedy nachyliłem się za generatorem i przestał mnie widzieć, spocił się ze strachu. Jeżeli to jest pot - i jeżeli oznacza strach…
– Czy on coś mówi? Słyszałem, jak gulgotał coś do ciebie.
– Artykułowanych dźwięków nie wydaje. Robiłem zapisy na taśmie i analizowałem częstości. Głos słyszy, w każdym razie - reaguje na głos. Jest to coś - na co braknie mi wprost miejsca w głowie… On jest krowi i strachliwy, i nieśmiały, a przecież z podobnych osobników składa się cała ta społeczność, chyba że on jeden - ale taki przypadek…
– Może jest młody? Może od razu są takie wielkie.
– O nie, młody nie jest. To poznać, choćby po skórze, po zmarszczkach, po jej fałdach, to są bardzo ogólne biologiczne prawidłowości. Poza tym podeszwy, te zgrubienia, którymi stąpa, ma zupełnie twarde, zrogowaciałe. No, w każdym razie dzieckiem w naszym rozumieniu nie jest. Zresztą w nocy, kiedyśmy wracali, na pewne rzeczy zwracał uwagę wcześniej od nas i reagował swoiście, na przykład na to odbicie w powietrzu, o którym wam mówiłem. Bał się. Tej - tej swojej siedziby także się bał. Inaczej po cóż by stamtąd uciekał?