– Może da się go czegoś nauczyć - ostatecznie, oni zbudowali fabryki, wirujące tarcze, muszą być przecież inteligentni… - powiedział Fizyk.
– Ten nie jest.
– Czekaj. Wiesz, co mi przyszło do głowy? - podniósł się na rękach Chemik. Usiadł, ścierając ziarenka piasku, które przywarły mu do łokci.
– A może to… debil? Niedorozwinięty? Albo…
– A, sądzisz, że tam - że to jest ich azyl obłąkanych? - powiedział Doktor. Także usiadł.
– Kpisz ze mnie?
– Dlaczego miałbym kpić? To mógł być izolowany zakątek, w którym trzymają swoich chorych.
– I dokonują na nich eksperymentów - podpowiedział Chemik.
– To, co widziałeś, nazywasz eksperymentami? - włączył się do rozmowy milczący dotąd Koordynator.
– Nie oceniam tego moralnie. Jak mogę? Przecież nic nie wiemy - odparł Chemik. - Doktor znalazł tam, w jednym, rurkę podobną do tej, która tkwiła w ciele sekcjonowanego…
– Aha. Czyli że ten, który wlazł do rakiety, też pochodził stamtąd - uciekł i dobrnął tu w nocy?
– Dlaczego nie? Czy to niemożliwe?
– A te szkielety? - rzucił Fizyk, którego twarz wyjawiała, że bardzo sceptycznie przyjmuje wywody Chemika.
– No… nie wiem. Może to konserwacja jakaś albo może ich leczą, pokazując - mam na myśli rodzaj psychicznych szoków.
– Ma się rozumieć. I mają swego Freuda - powiedział Doktor. - Kochany, daj lepiej spokój. I nie mów, że te szkielety - to taka rozrywka albo „pałac duchów”. To jakieś ogromne urządzenie - cała masa chemii musi być potrzebna do wtapiania kośćców w te bloki szkliwa. Może jakaś produkcja? Ale czego?
– To, że nie możesz nic wykrzesać z tego dubelta, nie przesądza jeszcze sprawy - zauważył Fizyk. - Spróbowałbyś się dowiedzieć czegoś o ziemskiej cywilizacji od janitora w moim uniwersytecie.
– Niedorozwinięty janitor? - spytał Chemik i wszyscy się roześmieli. Naraz śmiech urwał się. Dubelt stał nad nimi. Poruszał w powietrzu węzełkowatymi paluszkami, a jego płaska twarzyczka, opuszczona na szyi, drgała.
– Co to jest?! - wyrzucił Chemik.
– On się śmieje - powiedział Koordynator.
Wszyscy zauważyli wtedy czkawkę małego torsu - jakby zanoszącego się od wesela. Niekształtne, wielkie stopy podreptywały na miejscu. Wobec pięciu par wlepionych w niego oczu stwór powoli znieruchomiał, wodził niebieskim spojrzeniem od jednego do drugiego, naraz wciągnął tors, rączki, głowę, jeszcze raz zerknął przez mięśniową szparę i pokuśtykał na swoje miejsce, gdzie opuścił się z cichym sapnięciem na ziemię.
– Jeżeli to jest śmiech - wyszeptał Fizyk.
– Też nie świadczyłby o niczym. Nawet małpy się śmieją.
– Czekaj - powiedział Koordynator. Oczy błyszczały mu w chudej, spalonej słońcem twarzy. - Dajmy na to, że u nich istnieje znacznie większy rozrzut biologiczny wrodzonych uzdolnień aniżeli u nas. Że, jednym słowem, istnieją warstwy - grupy - kasty pracujących twórczo, konstruujących i wielka ilość osobników, które nie są w ogóle zdolne do żadnej pracy - do niczego. I że, w związku z tym, tych nieużytecznych…
– Zabijają. Robią na nich doświadczenia. Zjadają ich. Nie lękaj się, możesz powiedzieć wszystko, co ci przychodzi do głowy - odparł Doktor. - Nikt cię nie wyśmieje, bo wszystko jest możliwe. Tylko, niestety, nie wszystko z tego, co jest możliwe, człowiek potrafi zrozumieć.
– Zaraz. Co sądzisz o tym, co powiedziałem?
– A szkielety? - rzucił z boku Chemik.
– Po obiedzie robią pomoce naukowe - wyjaśnił Cybernetyk ze złośliwym grymasem.
– Gdybym ci opowiedział wszystkie teorie, które przepuściłem od wczoraj przez głowę, myśląc o tym - powiedział Doktor - powstałaby książka pięć razy grubsza od tej, którą pisze Henryk, chociaż na pewno nie tak składna. Jako chłopak poznałem starego kosmonautę - widział więcej planet, niż miał włosów na głowie, a wcale jeszcze nie był łysy… Miał dobre chęci, chciał mi opowiedzieć, jak wygląda krajobraz, nie pamiętam już, na jakim księżycu. Tam są takie - mówił i rozkładał ręce - takie wielkie - i mają to takie, i tam jest tak, a niebo, inaczej niż u nas - inaczej, to tak - powtarzał wciąż w kółko, aż sam się zaczął śmiać i machnął ręką. Nie można komuś, kto nigdy nie był w przestrzeni, powiedzieć, jak to jest, kiedy wisisz w próżni i masz pod nogami gwiazdy - a to dotyczy tylko odmiennych warunków fizycznych! Tu mamy przed sobą cywilizację, która rozwijała się co najmniej przez pięćdziesiąt wieków. Co najmniej! I my chcemy ją zrozumieć po paru dniach!
– Musimy się bardzo starać, bo jeżeli nie zrozumiemy, cena, którą przyjdzie płacić, może być… za wysoka - powiedział Koordynator.
Przez chwilę milczał i dodał:
– Co więc, według ciebie, należy robić?
– To, co dotąd - odparł Doktor - ale szansę naszego sukcesu uważam za nikłe, jak - jak jeden do liczby lat, które liczy sobie cywilizacja Edenu…
Z tunelu wychylił się Inżynier, a widząc towarzyszy spoczywających w szerokiej strefie cienia jak na plaży, zrzucił kombinezon i podszedł do nich szukając miejsca. Chemik przyzwał go skinieniem.
– Jak ci poszło? - spytał Koordynator.
– Owszem, mam już prawie trzy czwarte… nie pracowałem nad tym zresztą przez cały czas, bo próbowałem zrewidować nasz poprzedni pogląd, że ta pierwsza fabryka - na północy - działa tak, jak działa, bo pozbawiono ją kontroli i rozregulowała się… o co chodzi? Co w tym śmiesznego? No, czemu się śmiejecie?!
– Powiem wam coś - rzekł Doktor. On jeden został poważny. - Kiedy statek będzie zdolny do startu, nastąpi bunt. Nikt nie będzie chciał lecieć, dopóki się nie dowie… No bo jeżeli już teraz, zamiast w pocie czoła wkręcać śrubki… - rozłożył ręce.
– Aha, wy też o tym samym? - domyślił się nareszcie Inżynier. - I czegoście doszli?
– Niczego, a ty?
– Właściwie też, ale - więc poszukiwałem pewnych najbardziej ogólnych i zarazem wspólnych rysów zjawiska, z którym zetknęliśmy się, i uderzyło mnie to, że ta fabryka, ta automatyczna, wiecie, nie tylko produkowała w kółko, ale robiła to jak gdyby niedbale - poszczególne „gotowe produkty” różniły się od siebie. Pamiętacie?
Rozległ się przytakujący pomruk.
– No, a wczoraj Doktor zwrócił uwagę na to, że poszczególne dubelty różniły się od siebie w dziwny sposób - jedne nie miały oka, inne nosa, liczba palców też była zmienna, tak samo kolor skóry - wszystko to wahało się w pewnych granicach - a był to jak gdyby skutek pewnej niedokładności procesu o technologii „organicznej” - tu i tam…
– Więc to jest naprawdę ciekawe! - zawołał słuchający z wielką uwagą Fizyk, a Doktor dodał:
– Tak, nareszcie coś istotnego - a dalej? dalej? - zwrócił się do Inżyniera, który potrząsnął ze zmieszaniem głową.
– Naprawdę, nie mam odwagi tego powiedzieć. Człowiek, kiedy tak siedzi sam, wymyśla różne…
– Ależ mów! - krzyknął Chemik prawie z oburzeniem.
– Jeżeli zacząłeś - zauważył Cybernetyk.
– Rozważałem tak: tam - mieliśmy przed sobą kołowy proces produkcji, destrukcji i znowu produkcji - a wy wczoraj odkryliście także coś, co wyglądało jak jakaś fabryka - jeżeli to była fabryka, to musi coś wytwarzać.
– Nie, tam nic nie było - powiedział Chemik. - Oprócz szkieletów. Nie szukaliśmy co prawda wszędzie… - dodał z wahaniem.
– A jeżeli ta fabryka wytwarza… dubelty? - cicho spytał Inżynier i w powszechnym milczeniu ciągnął: - system produkcji byłby analogiczny: seryjna, masowa, z odchyleniami, powodowanymi, powiedzmy, nie tyle brakiem kontroli, co samą swoistością procesów tak złożonych, że powstają w nich określone wahnięcia od normy zaplanowanej, które nie poddają się już sterowaniu. Szkielety też różniły się między sobą.