Tamci dwaj podnosili już statywy, biegli na skraj obrywu, dogonił ich z oboma końcami liny w ręku, ściągnął ją i zamocował po karabinku u pasa każdego.
– W zachłanności jeszcze byście zlecieli! - powiedział. Tarcza słoneczna opuszczała się w gorejące wody jeziora, kiedy ustawili kamerę, rozległ się pospieszny szmer mechanizmu i wielki obiektyw spojrzał w dół. Doktor ukląkł, podtrzymując przednie nogi statywu, którym groziło osunięcie się w przepaść. Chemik przyłożył oko do celownika, skrzywił się.
– Fatalnie oślepia! - krzyknął. - Daj blendy!!
Inżynier pognał pod górę, przyniósł po chwili największą osłonę przeciwsłoneczną i znowu zaczęli kręcić z największym pośpiechem. Tarcza do połowy tkwiła już za horyzontem. Inżynier, oburącz trzymając prowadnice, wodził miarowo kamerą w lewo i prawo, Chemik chwilami wstrzymywał ten ruch, nastawiał obiektyw na miejsca, w których w małym polu widzenia celownika dostrzegał zagęszczoną cyrkulację plamek i kształtów, poruszał transfokatorem, zmieniał ogniskową, Doktor wciąż klęczał, kamera cichutko mruczała, taśma leciała z bębnów, jedna skończyła się, zmienili szpule, jakby się paliło, szła już druga. Ledwo kawałek tarczy słonecznej stał nad ciemniejącą wodą, kiedy obiektyw całkowicie opuścił się w dół, na największe skupisko ruchu. Doktor, wychylony prawie do połowy ciała, wisiał na napiętej linie - inaczej nie dałoby się zrobić zdjęcia - widział pod sobą, gwałtownie lecące w dół, rudawe fałdy gliniastej ściany, oświetlone coraz to bledszą czerwienią. Przy ostatnich metrach drugiej szpuli czerwony dysk zgasł, niebo było jeszcze pełne blasku, ale równinę i jezioro okrył szaroniebieski cień - poza wybłyskami światełek nic już nie było tani widać.
Doktor wstał, chwytając się liny. Nieśli kamerę we trzech, ostrożnie, jak skarb.
– Myślisz, że się udały? - spytał Chemik Inżyniera.
– Przynajmniej część. Trochę taśmy mogło się prześwietlić. Przekonamy się na statku. Ostatecznie zawsze można tu wrócić.
Załadowali kamerę, szpule i statywy do środka i raz jeszcze wrócili na skraj urwiska. Teraz dopiero spostrzegli, że na wschodzie brzeg jeziora spiętrza się stromo, przechodząc w głębi krajobrazu w nieregularny, skalny mur, na szczytach oświetlony ostatnim różowym odblaskiem. Nad nim, daleko, biła w błękit z pierwszymi gwiazdami brunatna kolumna dymu - jej grzybiasto wypuszczony szczyt trwał chwilę nieruchomo i zapadł się poza górską barierę, znikając im z oczu.
– A, to tam jest ta dolina - zawołał Chemik do Doktora. Znowu spojrzeli w dół. Korowody białych i zielonkawych iskier pełzły powoli w różne strony wzdłuż brzegów jeziora, zakręcały, zlewały się w pełgające nierówno strumyczki, miejscami gasły, pojawiały się inne, większe, powoli robiło się tam coraz ciemniej i liczba świateł rosła. Nad nimi szumiał spokojnie wysoki gąszcz, całkiem czarny, odwrócili się niechętnie, tak piękny był widok, unieśli w oczach obraz jeziora z odbiciem silnych, mlecznych gwiazd.
Podchodząc po ilastym dnie przecinki, Doktor spytał Chemika:
– Co widziałeś?
Ten uśmiechnął się ze zmieszaniem.
– Nic. Nie myślałem w ogóle o tym, co widzę - starałem się tylko cały czas utrzymać ostrość, a Henryk tak szybko jechał w jedną i drugą stronę, że w ogóle w niczym nie mogłem się zorientować.
– To nie szkodzi - powiedział Inżynier i oparł się na wyziębłym pancerzu Obrońcy - robiliśmy dwieście zdjęć na sekundę, wszystko, co tam było, zobaczymy po wywołaniu - a teraz wracamy!
– Zupełnie sielska wyprawa - mruknął Doktor. Wspięli się na górę. Inżynier przesunął przezierniki teleekranu w tył i włączył wsteczny bieg. Jakiś czas jechali pod górę, cofając się, w szerszym miejscu nawrócili i pomknęli już prosto na północ.
– Nie będziemy wracać tą samą drogą - powiedział Inżynier - nałożylibyśmy niepotrzebnie ze sto kilometrów. Pociągnę przecinka, jak długo się da, i będziemy na miejscu za dwie godziny.
XI
Droga kręciła. Pochyłość była nieco mniejsza, ściany gąszczu zaciskały niekiedy Obrońcę, słyszeli uderzenia łodyg o szklistą obudowę wieżyczki, od czasu do czasu groniasty strąk spadał na kolana Chemika czy Doktora. Ten ostatni podniósł nie rozwiniętą kiść do nosa - i zdziwił się.
– To ma bardzo miły zapach - powiedział.
Byli w doskonałych humorach. Roziskrzone niebo nabierało plastyczności i głębi, wąż Drogi Mlecznej tlał bryłowato, powiewy wiatru przeczesywały gęstwinę ze słabym szelestem, Obrońca toczył się miękko, wydając ledwo słyszalne śpiewne mruczenie.
– Ciekawa rzecz, że na Edenie nie ma żadnych macek - zauważył Doktor. - We wszystkich książkach, jakie kiedykolwiek czytałem, na innych planetach jest zawsze pełno macek, które się wiją i duszą.
– A ich mieszkańcy mają po sześć palców - dodał Chemik. - Prawie zawsze sześć. Nie wiesz przypadkiem, czemu?
– Sześć - to liczba mistyczna - odparł Doktor. - Dwa razy trzy jest sześć, a do trzech razy sztuka.
– Przestań pleść, bo zgubię drogę - powiedział Inżynier, który siedział wyżej. Nie mógł się wciąż zdecydować, żeby włączyć światła, chociaż prawie nic już nie widział, ale noc była niezwykle piękna, a wiedział, że wrażenie to pryśnie, gdy zapali reflektory. Na radar także nie chciało mu się jechać - pierwej musiałby zamknąć wieżyczkę. Ledwo dostrzegał własne ręce na sterze, tylko wskaźniki i zegary na tablicach przed nim i niżej, w głębi pojazdu, tlały bladym seledynem i różem, a strzałki wskaźników atomowych drgały delikatnie pomarańczowymi gwiazdkami.
– Czy możesz połączyć się z rakietą? - spytał Doktor.
– Nie - powiedział Inżynier. - Tutaj nie ma strefy Heaviside'a - a właściwie jest, ale dziurawa jak rzeszoto. Mowy nie ma o łączności na krótkich falach, a na zainstalowanie innego nadajnika nie mieliśmy czasu. Wiesz przecież.
Niebawem gąsienice zagrzechotały, wóz zakołysał się, Inżynier włączył na chwilę światła i zobaczył, że jadą po głazach, białych, zaokrąglonych, a wysoko nad zaroślami zamajaczyły fantastyczne kształty wapiennych iglic. Jechali wyschłym dnem wąwozu.
To mu się trochę nie spodobało, bo nie wiedział, dokąd ich ta droga zaprowadzi, a tak stromych ścian nie sforsowałby nawet Obrońca. Jechali dalej, kamieni było coraz więcej, zarośla stały już pojedynczymi kępami, czarne, w światłach reflektorów, droga wiła się, szła najpierw pod górę, potem prawie po równym, skałki z jednej strony stały się niższe, wreszcie znikły całkiem i znaleźli się na łagodnie pochylonej łące, u góry obramionej wapiennymi progami; szły od nich niewielkie, piarżyste żlebiki. Między głazami wiły się przy ziemi długie, zielonosrebrne w świetle, kręte łodygi.
Już koło kwadransa jechali z nadmiernym północnowschodnim odchyleniem i czas było wracać na właściwy kierunek, ale nie pozwalała na to wapienna grzęda, wzdłuż której sunął Obrońca.
– Mieliśmy jednak szczęście - ni stąd, ni zowąd powiedział Chemik - mogliśmy spaść choćby do jeziora albo trafić na skały - wątpię, czybyśmy się wykaraskali.
– To racja - odparł Inżynier i dodał - czekajcie no…
Drogę zagradzało coś kosmatego, jak gdyby siatka z długimi, włosianymi frędzlami. Obrońca podjechał wolno do tej przegrody, utknął w niej przodem, Inżynier nacisnął łagodnie akcelerator i z cichym szarpnięciem dziwaczna sieć rozdarła się i znikła, wgnieciona w grunt gąsienicami. Światła wychwyciły z mroku wysokie, czarne kształty, cały ich las, jakby skamieniałego wojska w rozwiniętym szyku, pojawił się przed maszyną, omal nie najechali na spiczasty postument. Zapłonął wielki, środkowy reflektor, liznął czarną kolumnę, pojechał po niej w górę.