Выбрать главу

Był to nadludzkiej wielkości posąg, w którym, przy pewnym wysiłku, można było rozpoznać tors dubelta - tylko mały jego tors, powiększony do ogromnych rozmiarów. Miał skrzyżowane, w górę wzniesione ręce, płaską, prawie zaklęsła twarz z czterema regularnymi jamami, więc inną niż te, które znali, i kłonił się w bok, jak gdyby patrzał na nich z wysokości poczwórnymi oczodołami.

Wrażenie było tak wielkie, że długą chwilę nikt się nie odzywał, potem język reflektora opuścił posąg, śmignął poziomo w głąb ciemności, uderzając w inne postumenty, jedne wysokie i wąskie, inne niskie, wznosiły się na nich torsy czarne, plamiste, gdzieniegdzie stał mlecznobiały, jakby wyrzeźbiony z kości, wszystkie twarze miały czworo oczu, niektóre były dziwnie zdeformowane, jakby obrzękłe, z ogromnym wałem czoła, a jeszcze dalej, chyba o dwieście metrów od miejsca, w którym zatrzymał się Obrońca, biegł mur, wystawały zeń w górę rozłożone, splecione albo skrzyżowane ręce nadnaturalnej wielkości - wszystkie zdawały się wskazywać rozmaite strony gwiaździstego nieba.

– To… to jakby cmentarz - powiedział Chemik, zniżając głos do szeptu.

Doktor wyłaził już na tylny pancerz, Chemik pospieszył za nim. Inżynier zwrócił stożek reflektora w drugą stronę, tam gdzie przedtem sterczała wapienna bariera - zamiast niej ujrzał rzadki szpaler figur o urzeźbieniu zatartym, jakby spłukanym, były to zawiłe sploty kształtów, w których wzrok gubił się bezsilnie, już, już zdawał się dostrzegać coś znajomego i znowu całość wymykała się zrozumieniu.

Chemik i Doktor szli powoli między posągami, Inżynier przyświecał im z wieżyczki, od dłuższej chwili zdawało mu się, że słyszy daleki, płaczliwy jazgot, ale pochłonięty niezwykłym widokiem nie zwracał uwagi na owe odgłosy, tak słabe i niewyraźne, że nie mógł sobie uświadomić, skąd płyną.

Reflektor poszybował nad głowami idących, wyłuskując dalsze i dalsze figury - wtem, zupełnie blisko, rozległ się jadowity syk, spomiędzy szpaleru posągów popłynęły z wolna rozwiewające się szare kłęby, a przez nie, skacząc, z przeciągłym jękiem, kaszlem, kwileniem, gnała czereda dubeltów. Jakieś szmaty, strzępy powiewały nad nimi, kiedy pędziły na oślep, potrącając się i zderzając.

Inżynier rzucił się w siedzenie, chwycił dźwignie, chciał jechać ku swoim - to była jego pierwsza myśl, widział sto kroków dalej, u końca zarosłej alejki, blade w świetle twarze Doktora i Chemika, którzy patrzyli z osłupieniem na pędzące postacie - nie mógł jednak ruszyć, bo uciekinierzy nie zważali wcale na maszynę, przebiegali tuż przed nią, kilka wielkich ciał padło, przeraźliwe syczenie było tuż, zdawało się płynąć spod ziemi.

Spomiędzy najbliższych postumentów, rozjaśnionych reflektorami Obrońcy, wypełzł gibki, kilka centymetrów nad ziemią sunący wylot rury, z której tryskał strumień gotującej się w powietrzu piany. Ochlapując podłoże, zaczynała gwałtownie dymić i powlekała otoczenie mglistą szarością.

Kiedy pierwsza fala szarej mgły owionęła wieżyczkę, Inżynier poczuł, że jak gdyby tysiące kolców rozdziera mu płuca. Oślepiony, ze strumieniami łez cieknących po twarzy, wydał głuchy okrzyk i dusząc się, łkając od okrutnego bólu, nacisnął gwałtownie akcelerator. Obrońca skoczył naprzód jak wystrzelony, obalił czarny posąg, wdarł się nań w oka mgnieniu i przetoczył po nim, rycząc. Inżynier nie mógł oddychać, potworny ból łamał go we dwoje, ale nie zamykał wieżyczki, wiedział, że musi pierwej zabrać tamtych, jechał dalej, oślepionymi oczami ledwo widział walące się z łoskotem posągi, które tratował Obrońca, powietrze stało się czystsze, posłyszał raczej, niż dostrzegł, jak Chemik i Doktor wyskakują z gąszczu i wdzierają się na pancerz, chciał krzyknąć „właźcie”, ale tylko charkot dobył się z jego spalonej krtani. Tamci zanosząc się od kaszlu skoczyli do środka. Po omacku nacisnął dźwignię, metalowa kopuła zamknęła się nad nimi, ale rwąca gardło mgła wisiała jeszcze wewnątrz. Jęczał, ostatkiem sił mocował się z uchwytem stalowego przewodu, tlen aż huknął, wylatując nagle pod wysokim ciśnieniem z reduktora, poczuł na twarzy jego uderzenie, gaz był tak sprężony, że jak gdyby pięść raziła go między oczy.

Nie dbał o to, zatopiony w ożywczym strumieniu, tamci przewiesili mu się przez ramiona i dyszeli gwałtownie. Filtry pracowały, tlen wypierał trującą mgłę, przejrzeli, wciąż dysząc, czuli dotkliwy ból w piersiach, każdy łyk powietrza zdawał się spływać po obnażonych ranach tchawicy, ale uczucie to mijało, upłynęło zaledwie kilkanaście sekund od zamknięcia wieży, kiedy Inżynier przejrzał na dobre. Włączył ekran.

Między podstawami trójkątnych postumentów, w bocznej alejce, do której nie dojechał, drgało jeszcze kilka rozpłaszczonych ciał, większość nie poruszała się wcale, pomieszane rączki, małe torsy, głowy to znikały, to pojawiały się spoza płynących ospale szarych kłębów. Inżynier włączył zewnętrzny nasłuch - coraz słabsze i dalsze pokaszliwania, skowyty, coś zatupotało z tyłu, chór porozrywanych, zdartych głosów buchnął raz jeszcze w stronie splecionych białych figur, ale tam nic nie było widać oprócz jednolitego falowania szarej mgły. Inżynier upewnił się, że wieżyczka jest hermetyczna, i z zaciśniętymi szczękami poruszył kierownicze rękojeści. Obrońca powoli obracał się na miejscu, gąsienice jazgotały na kamiennych szczątkach, trzy snopy reflektorów usiłowały przedrzeć chmurę, ruszył obok rozbitych posągów, szukając owego syczącego wylotu - domyślał się go po tryskającej w górę i na boki pianie jakieś dziesięć metrów dalej, chwiejna fala dymu zatapiała już wzniesione ręce następnej figury.

– Nie! - krzyknął Doktor - nie strzelaj! Tam mogą być żywi!!

Było za późno. Ekran sczerniał na ułamek sekundy, Obrońca skoczył w górę, jakby podrzucony potworną pięścią, i opadł z okropnym zgrzytem, fale prowadzące i sterujące ledwo oderwały się z ostrza wytwornicy, ukrytej w ryju, a już trafiły, po przejściu kilkunastu metrów, w to, co wyrzucało syczącą pianę, i antyprotonowy ładunek połączył się z równoważną ilością materii.

Kiedy ekran zabłysnął, między rozrzuconymi daleko resztkami postumentów ział ognisty krater.

Inżynier ani na niego patrzał. Wytężał wzrok, usiłując dostrzec, co się stało z resztą owego przewodu i gdzie znikł. Raz jeszcze obrócił na miejscu Obrońcą o dziewięćdziesiąt stopni i popełzł wolno wzdłuż zwalonych podmuchem posągów. Szarej mgły było coraz mniej. Minęli trzy, cztery rozpłaszczone, szmatami pokryte ciała. Inżynier przyhamował lewą gąsienicę, żeby nie przejechać po najbliższym. Wielki nieruchomy kształt majaczył w gęstwinie nieco niżej.

Otwierała się tam wydłużona polanka, u jej końca błysnęły srebrem w światłach pierzchające w gąszcz postacie, zamiast małych torsów miały niesamowicie długie, wąskie pokrywy czy hełmy, z boków przypłaszczone, u góry kończące się rodzajem dzioba.

Coś wyrżnęło głucho w przód Obrońcy, ekran zaćmił się i znowu zajaśniał. Lewe światło zgasło.

Inżynier przesunął po ciemnym brzegu zagajnika drugim, centralnym światłem, wyłuskał spomiędzy gałęzi liczne srebrne błyski, za którymi coś zaczęło coraz szybciej i szybciej wirować - poleciały na wszystkie strony gałęzie, całe kawały pociętych krzaków, i wielka wirująca masa, mieląc powietrze w blasku reflektorów, ruszyła w bok. Inżynier nakierował ryj w środek największej krzątaniny i nacisnął pedał. Głuche, potężne UMPF!! wstrząsnęło wieżyczką. Ledwo ekran rozbłysnął, zwrócił wieżyczkę w bok.