Выбрать главу

Peter wdrapywał się na nie. Chwytał rękoma gałęzie, wspinając się coraz wyżej.

Pod nim Cathy również wchodziła w górę. Wiatr unosił jej spódnicę.

A w dole, daleko w dole jakaś… bestia. Być może lew. Wzniósł się na tylne łapy, opierając się przednimi o pień. Choć była noc, Peter dostrzegał barwę lwiej sierści. Nie była płowa, jak się tego spodziewał, lecz raczej blond.

Nagle drzewo zaczęło się kołysać. Szarpał nim lew.

Gałęzie zatrzęsły się szaleńczo. Peter wspiął się wyżej. Na dole Cathy sięgnęła po kolejny konar, lecz był zbyt daleko. Zdecydowanie zbyt daleko. Drzewo zatrzęsło się raz jeszcze i Cathy runęła w dół…

PRZEGLĄD WIADOMOŚCI SIECIOWYCH

W związku z falą zniknięć młodych kobiet w południowo-wschodniej Minnesocie dziennik „Minneapolis Star” ujawnił dziś, że otrzymał przez e-mail pochodzącą jakoby od mordercy wiadomość, że wszystkie ofiary pochowano żywcem w specjalnych, wyłożonych ołowiem trumnach, całkowicie nieprzezroczystych dla elektromagnetycznego promieniowania, celem uniemożliwienia falom duszy ucieczki.

Badacze z Hagi ogłosili dziś, że udało się im jako pierwszym prześledzić falę duszy wędrującą przez pokój po opuszczeniu ciała zmarłego. „Choć zjawisko jest bardzo trudne do uchwycenia, wygląda na to, że zachowuje spójność na odcinku co najmniej trzech metrów od ciała” — stwierdził Maarten Lely, profesor bioetyki na Uniwersytecie Wspólnoty Europejskiej.

Towarzystwo Puszki Pandory, mające siedzibę w Spokane, w stanie Waszyngton, wystąpiło dziś o uchwalenie ogólnoświatowego moratorium na badania nad falą duszy. „Po raz kolejny nauka wdziera się jak szalona na obszary, na które należy zapuszczać się ostrożnie albo wręcz wcale” — stwierdziła rzecznik towarzystwa, Leona Wright.

Noś duszę na sercu! Nowy ekscytujący wzór biżuterii: fioletowe druciki wyglądające jak fala duszy. Już w sprzedaży! 59.99 USD za jedną, 79.99 za dwie. Zamów jeszcze dziś!

Adwokat Katarina Koenig z Flushing w stanie Nowy Jork zgłosiła dziś pozew w imieniu wszystkich spadkobierców beznadziejnie chorych pacjentów, którzy zmarli w Szpitalu Bellevue na Manhattanie, twierdząc, że wobec odkrycia fali duszy używane przez szpital procedury określające, w której chwili zaprzestać heroicznej interwencji, okazały się nieadekwatne.

Koenig wygrała już podobny proces przeciwko Consolidated Edison w imieniu chorych na raka pacjentów mieszkających w pobliżu linii wysokiego napięcia.

ROZDZIAŁ 26

Teoretycznie praca w Doowap Advertising zaczynała się o dziewiątej. W praktyce oznaczało to, że w kilka minut po tej godzinie ludzie zaczynali zastanawiać się nad przystąpieniem do roboty.

Cathy Hobson jak zwykle przybyła około ósmej pięćdziesiąt. Zamiast standardowych dowcipów wymienianych przy kawie zastała posępny nastrój. Przechodząc przez pozbawione ścianek działowych biuro do swej kabiny, zauważyła na twarzy Shannon, kobiety, która pracowała obok niej, ślady łez.

— Co z tobą? — zapytała ją.

Shannon podniosła wzrok. Oczy miała zaczerwienione. Pociągnęła nosem.

— Słyszałaś o Hansie?

Cathy potrząsnęła głową.

— On nie żyje — oznajmiła Shannon i ponownie się rozpłakała.

Obok przechodził Jonas, ten, którego mąż Cathy nazywał pseudointelektualistą.

— Co się stało? — zapytała go Cathy.

Jonas przesunął dłonią po przetłuszczonych włosach.

— Hansa zamordowano.

— Zamordowano!

— Uhm. Wygląda na to, że ktoś wtargnął do jego domu.

Toby Bailey przysunął się bliżej, wyczuwając, że to skupisko pracowników jest interesujące — pojawił się ktoś, kto jeszcze nic nie słyszał.

— Zgadza się — powiedział. — Wiesz, że wczoraj nie zjawił się w pracy? Nancy Caulfield otrzymała wieczorem telefon od… chciałem powiedzieć „żony”, ale chyba teraz odpowiednim słowem będzie „wdowy”. Zresztą piszą też o nim w porannym „Sun”. Pogrzeb jest w czwartek. Wszyscy, którzy będą chcieli pójść, dostaną wolne.

— Czy to był rabunek? — zapytała Cathy.

Jonas potrząsnął głową.

— W gazecie napisali, że gliny wykluczyły motyw rabunkowy. Wygląda na to, że nic nie zabrano. I… — na twarzy Jonasa pojawiło się niespotykanie wielkie ożywienie — …według nieoficjalnych źródeł ciało było okaleczone.

— O Boże — powiedziała oszołomiona Cathy. — W jaki sposób?

— Policja odmawia komentarzy w tej sprawie. — Jonas przybrał pozę wtajemniczonego, która zawsze tak bardzo irytowała Petera. — Nawet gdyby gliny chciały o tym mówić, przypuszczam, że zachowałyby tajemnicę, żeby móc odrzucić fałszywe przyznania się do winy.

Cathy potrząsnęła głową.

— Okaleczone — powiedziała raz jeszcze. To słowo brzmiało dla niej obco.

Ambrotos, nieśmiertelna kopia, śnił.

Peter szedł przed siebie. W jego krokach było jednak coś niezwykłego. Były z jakiegoś powodu stłumione. Nie tak, jakby posuwał się po trawie albo błocie, lecz raczej po gumowanej nawierzchni kortu tenisowego. Tylko ślad ugięcia się materiału, w chwili gdy dotykał go stopami, delikatna sprężystość nakładająca się na jego kroki.

Spojrzał pod nogi. Powierzchnia miała barwę jasnoniebieską. Rozejrzał się wokół.

Substancja, po której kroczył, była lekko zakrzywiona. We wszystkich kierunkach opadała w dół. Nie było nieba. Jedynie próżnia, nicość, bezbarwna pustka, nieobecność czegokolwiek.

Nadal szedł naprzód po lekko elastycznej krzywiźnie.

Nagle ujrzał w oddali Cathy, która machała do niego ręką.

Miała na sobie starą, ciemnoniebieską kurtkę Uniwersytetu Toronto. Na jednym rękawie widniał napis 9T5, symbol roku ukończenia przez nią studiów, a na drugim CHEM.

Ujrzał teraz, że nie jest to obecna Cathy, lecz ta, którą przed laty poznał.

Wyglądała młodziej, na jej twarzy o kształcie serca nie widziało się zmarszczek, a czarne jak heban włosy sięgały do połowy pleców. Peter ponownie spojrzał w dół. Miał na sobie wytarte niebieskie dżinsy — strój, którego nie nosił od dwudziestu lat.

Zaczął iść ku niej, a ona ku niemu. Z kolejnym krokiem jej ubranie i fryzura zmieniały się. Po każdych mniej więcej dwunastu krokach można było wyraźnie zobaczyć, że odrobinę się postarzała. Peter poczuł, że na jego twarzy pojawiła się broda, która potem zniknęła — nieudany eksperyment, z którego zrezygnował. Idąc dalej, poczuł chłód na czubku głowy, kiedy zaczął tracić włosy. Po kilku następnych krokach zwrócił jednak uwagę na fakt, że wszelkie dalsze zmiany — przynajmniej w nim — ustały. Włosy mu nie rzedły, ciało się nie przygarbiało, a stawy pracowały swobodnie i gładko.

Szli i szli, lecz Peter wkrótce zdał sobie sprawę, że nie zbliżają się do siebie. W gruncie rzeczy, byli coraz dalej.

Dzielący ich od siebie obszar rozrastał się. Gumowany błękit był coraz większy.

Peter zaczął biec. Cathy również. W niczym to jednak nie pomogło. Znajdowali się na powierzchni wielkiego balonu, który się rozdymał. Jego powierzchnia z każdą chwilą rosła, podobnie jak dzielący ich dystans.

Rozszerzający się wszechświat. Wszechświat niezmiernie długiego czasu. Choć Cathy była teraz daleko, Peter wciąż dostrzegał szczegóły jej twarzy, zmarszczki otaczające oczy.

Wkrótce zrezygnowała z biegu, a nawet z chodzenia. Stała bez ruchu na wciąż powiększającej się powierzchni. Nie przestawała machać ręką, lecz zrozumiał, że oznacza to teraz pożegnanie. Nieśmiertelność nie była dla niej. Powierzchnia wciąż się rozszerzała i wkrótce jego żona zniknęła za horyzontem…