Выбрать главу

Gdy Cathy wróciła wieczorem do domu, opowiedziała o wszystkim Peterowi.

Obejrzeli wspólnie „Puls miasta” o szóstej, ale wiadomości dodały bardzo niewiele do tego, czego dowiedziała się w pracy. Peter poczuł jednak zaskoczenie, kiedy zobaczył, w jak małym domu mieszkał Hans. Było to przyjemne stwierdzenie faktu, że przynajmniej w kwestiach finansowych był od niego lepszy.

Wydawało się, że Cathy wciąż jest w szoku. Oszołomiona tą wiadomością. Peterem wstrząsnęło to, jak… jak wielkie było jego zadowolenie. Irytowała go jednak okazywana przez nią żałoba. Co prawda, pracowała z Hansem od lat. Niemniej coś ukrytego głęboko w jaźni Petera poczuło się urażone jej smutkiem.

Mimo że musiał wstać wcześnie, by pójść na spotkanie — jacyś japońscy dziennikarze mieli przylecieć, żeby przeprowadzić z nim wywiad na temat fali duszy — nawet nie próbował udawać, że stara się położyć o tej samej porze, co Cathy. Został w salonie i pooglądał przez chwilę białowłosego Jaya Leno, po czym oddalił się niespiesznie do gabinetu i zadzwonił do Mirror Image. Pojawiło się to samo menu, co poprzednio:

[F1] Duch (Życie po śmierci)

[F2] Ambrotos (Nieśmiertelność)

[F3] Kontrola (niezmodyfikowana)

Ponownie wybrał kopię kontrolną.

— Cześć — odezwał się. — To ja, Peter.

— Cześć — odparła kopia. — Jest już po północy. Czy nie powinieneś być w łóżku?

Peter skinął głową.

— Pewnie tak. Rzecz w tym, że… sam nie wiem. Chyba jestem zazdrosny, w jakimś dziwnym sensie.

— Zazdrosny?

— O Hansa. Zabito go wczoraj rano.

— Naprawdę? Mój Boże…

— Mówisz jak Cath. Całkiem cię, kurwa, zatkało.

— Cóż, to poniekąd niespodzianka.

— Tak sądzę — przyznał Peter. — Ale…

— Ale co?

— Ale niepokoi mnie, że tak się tym przejęła. Czasem… — przerwał na dłuższą chwilę. — Czasem zastanawiam się, czy ożeniłem się z właściwą kobietą.

— Nie miałeś wielkiego wyboru. — Głos kopii nic nie wyrażał.

— No, nie wiem — stwierdził Peter. — Była jeszcze Becky. Byłoby nam razem cudownie.

Z głośnika dobiegł bardzo dziwny dźwięk, być może elektroniczny odpowiednik pogardliwego prychnięcia.

— Ludzie sądzą, że to, kogo poślubią, to bardzo ważna decyzja i głęboko osobisty wyraz tego, kim są. W rzeczywistości tak nie jest.

— Oczywiście, że jest — sprzeciwił się Peter.

— Nie, nie jest. Posłuchaj, nie mam ostatnio nic do roboty poza czytaniem materiałów dostępnych w sieci. Jedną z kwestii, które mnie zainteresowały, są badania nad bliźniakami.

Chyba zaciekawiło mnie to dlatego, że jestem twoim bliźniakiem w krzemie.

— W arsenku galu — poprawił go Peter.

Znowu pogardliwe prychnięcie.

— Badania wykazują, że bliźnięta rozdzielone w chwili narodzin są do siebie straszliwie podobne pod wieloma względami. Lubią te same batony. Taką samą muzykę. Jeśli są mężczyznami, obaj zapuszczają brody bądź ich nie zapuszczają. Wykonują podobne zawody. I tak dalej. Jedno podobieństwo za drugim. Z wyjątkiem jednego — małżonków.

Jedna bliźniaczka może mieć męża atletę, druga delikatnego intelektualistę.

Jeden żonę blondynkę, drugi brunetkę. Jeden ekstrawertyczkę, drugi introwertyczkę.

— Naprawdę? — zapytał Peter.

— Absolutnie — odparła kopia. — Wyniki badań nad bliźniakami mogą wywrzeć miażdżący wpływ na nasze ego. Wszystkie te podobieństwa gustów dowodzą, że natura, a nie wychowanie, jest dominującym elementem osobowości. W gruncie rzeczy, dzisiaj czytałem obszerną monografię dotyczącą pary bliźniaków rozdzielonych po urodzeniu. Obaj byli flejtuchami. Jednego zaadoptowali rodzice, którzy mieli obsesję na punkcie porządku, a drugiego rodzina, w której domu panował bałagan. Jadacz zapytał ich, dlaczego są nieporządni, i obaj odpowiedzieli, że to reakcja na ich przybranych rodziców.

Pierwszy stwierdził: „Moja matka miała takiego świra na punkcie porządku, że nie potrafiłbym być czyściochem”. Drugi jednak powiedział: „No, kurde, moja matka była flejtuchem, więc pewnie nauczyłem się tego od niej”. W rzeczywistości żadna z tych odpowiedzi nie jest prawdziwa. Bałaganiarstwo tkwiło w ich genach. Niemal wszystko, czym jesteśmy, tkwi w genach.

Peter przetrawił tę informację.

— Ale czy fakt wyboru radykalnie odmiennych małżonków nie obala tego stwierdzenia? Czy nie dowodzi, że jesteśmy indywidualnymi osobnikami, ukształtowanymi przez indywidualne wychowanie?

— Na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać — rzekła kopia. — W rzeczywistości jednak dowodzi to czegoś wręcz przeciwnego. Pomyśl, jak to było, kiedy zaręczyliśmy się z Cathy. Skończyliśmy dwadzieścia osiem lat, zaraz mieliśmy zrobić doktorat.

Staliśmy się gotowi do rozpoczęcia samodzielnego życia, zawarcia małżeństwa. Co prawda, byliśmy już bardzo kochani w Cathy, ale nawet gdyby tak nie było, zapewne chcielibyśmy się wówczas ożenić. Gdyby nie było Cathy, rozejrżelibyśmy się w kręgu naszych znajomych w poszukiwaniu partnerki. Zastanów się jednak nad tym — naprawdę mieliśmy niewielki wybór.

Najpierw wyeliminuj wszystkie kandydatki, które były już zamężne albo zaręczone.

Na przykład Becky była w owym momencie zaręczona z kimś innym. Potem skreśl te, które nie były mniej więcej w naszym wieku. A potem, żebyśmy byli naprawdę ze sobą szczerzy, te z innej rasy albo wyznające zdecydowanie odmienną religię. Ile osób zostanie?

Jedna. Może dwie. Może, gdybyśmy mieli wielkie szczęście, trzy albo cztery. To jednak wszystko.

Fantazjujesz na temat tych wszystkich kobiet, z którymi mogliśmy się ożenić, ale jeśli się temu przyjrzeć — naprawdę przyjrzeć — nie mieliśmy prawie żadnego wyboru.

Peter potrząsnął głową.

— To, co przedstawiłeś brzmi strasznie chłodno i bezosobowo.

— Bo pod wieloma względami tak właśnie wygląda — stwierdziła kopia. — Ale to pozwoliło mi naprawdę docenić skojarzone przez rodziców małżeństwo Sarkara i Raheemy.

Zawsze uważałem, że to zła praktyka, ale jeśli się nad tym zastanowić, różnica jest niewielka, zarówno bowiem oni, jak i my nie mieliśmy wielkiego wyboru, kogo poślubimy.

— Pewnie tak — przyznał Peter.

— To prawda — zapewniła kopia. — Idź już spać. Wejdź na górę i połóż się obok żony — przerwała. — Chciałbym mieć tyle szczęścia.

ROZDZIAŁ 27

Inspektor Alexandria Philo żywiła do tej części swej pracy miłość połączoną z nienawiścią. Z jednej strony, przesłuchiwanie tych, którzy znali ofiarę, często dostarczało cennych wskazówek. Ale z drugiej, konieczność wyciągania informacji od zrozpaczonych ludzi była bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem.

Jeszcze gorszy był związany z tą czynnością cynizm. Nie wszyscy mówili prawdę, niektóre z łez były krokodylowe. Naturalne instynkty kazały Sandrze wyrazić współczucie tym, którzy cierpieli, ale policjant w niej mówił, że nigdy nie należy wierzyć pozorom.

Nie, pomyślała. To nie policjant tak mówił. To cywil. Gdy jej małżeństwo z Walterem się skończyło, wszyscy, którzy przedtem gratulowali jej zaręczyn i ślubu, zaczęli mówić takie rzeczy, jak: „Wiedziałem, że to nie może być trwałe”, „Kurde, on naprawdę nie był dla ciebie” albo „To był małpolud” — czy neandertalczyk albo głąb, zależnie od tego, jakim słowem mówiący lubił określać głupich osobników. Sandra zrozumiała wtedy, że wszyscy — nawet porządni ludzie, nawet przyjaciele — okłamują innych. Zawsze mówią im to, co ich zdaniem chcieliby usłyszeć.