Książka jest już w księgarniach, a ja się czuję winna odmowy, odmowy całemu światu brania w nim udziału.
Dyskusje, czy pochować w Polsce zmarłego w Stanach pułkownika Kuklińskiego. Pewnie przywiozą uroczyście trumnę, przecież Polacy są specjalistami w sprowadzaniu ważnych zwłok. Większość zasłużonych dla tego kraju ludzi umiera jak najdalej od niego.
13 II
Dziennik telewizyjny. Wojny, katastrofy i z okazji piątku trzynastego sondaż na temat przesądów. Wywiadowany oczywiście Muniek: „Nie witam się w drzwiach, bo zawsze ludzie mówili: Nie witaj się w drzwiach, Zygmunt, nie w drzwiach. Ale czarne koty – pełen luz – mogą sobie biegać…”
14 II
Piotr jedzie dziś nocą do Berlina na ślub córki. Zanim wyjedzie, musimy pojechać do Łodzi po „posiłki”, czyli moją siostrę do pomocy. Dwugodzinna trasa przez Rawę Mazowiecką – Rafę Mazowiecką – tutaj na zjeździe z trasy katowickiej rozbiło się już kilkadziesiąt wozów, zginęło iluś ludzi, o czym zawiadamia tablica „Czarny punkt”. Kto to stawia? Grabarze? Gdyby służby drogowe, chyba zamiast tego nekrologu ustawiliby światła, bo ludzie nadal giną.
Brzeziny – podłódzka wioska ciągnąca się kilometrami. Po drodze średniowieczne baszty, barokowe kościoły, pożydowskie domy i przedwojenne drewniaki. Jak wydostawali się z równinnej nostalgii ludzie mieszkający tu kilkaset, kilkadziesiąt lat temu? Wierząc w Boga, wszystkich świętych pochylających się nad ich dniem codziennym. Przydrożne i kościelne krzyże są pamiątkowymi znakami drogowymi tej podróży w górę. Później, gdy pojawiły się wątpliwości religijne i zwątpienie w nadprzyrodzony sens życia, ucieczką były chyba książki; romanse, dzieła naukowe sprowadzane dyliżansową pocztą dla miejscowych intelektualistów. Teraz zbawieniem jest telewizja. Żyjemy w epoce neooświecenia przez ekran telewizyjny.
Dostałam rosyjskie tłumaczenie Polki. Napisali na okładce „roman” – powieść. Wydawało się mi, że napisałam dziennik. Większy od tytułu podtytuł, reklama: „Strasznoje intimno”, i obrazek pastelą: laska w kapeluszu i białej sukni, w stylu lat siedemdziesiątych. Ładny papier, porządna okładka. Rosyjska Polka, dziwne wrażenie. Sylabizuję swoje imię i nazwisko zapisane cyrylicą: Manuela Gretkowskaja. Czemu Manuela? Czemu Gretkowskaja, skoro na tłumaczeniu Kabaretu napisali Gretkowska? Bez wodki nie rozbieriosz, zwłaszcza dla mnie, szkolnego jołopa z rosyjskiego.
15 II
Siostra chodzi po okolicy z Połą i straszy. Podchodzą do niej sąsiadki, zagadują. Ona się tłumaczy: Panie mnie mylą, nie jestem Manuela! Mam jej ubranie (okutana po wsiowemu), ale jestem jej siostrą.
Chwila niedowierzania. Wygląda jak ja, mówi jak ja i tak samo się rusza. Znajome-nieznajome odchodzą zafrasowane, czy się z nich nie żartuje. Sobowtór spacerujący po ugorach, w czapce, gumiakach i kurcie nasuwa niewesołe myśli o powtarzalności, klonowaniu i problemach etyczno-towarzyskich: traktować toto jako swoje czy obce?
Okładki czasopism przypominają okna wystawowe holenderskich burdeli. Pozują w nich kobiety przebrane za wampy, gospodynie domowe i uczennice. Zachęcają klienta, żeby zajrzał do środka i zostawił trochę kasy. Okładkowe twarze nie tylko przemawiają, kuszą (wystarczy sobie wyobrazić namiętne szepty i jęki wydawane przez te wszystkie usta na półkach w kioskach), one też mówią bardzo dużo o nas. Na przykład zwycięzcy w plebiscycie „Vivy” na najpiękniejszą parę są dowodem na to, że nie wygrała prezenterka – Torbicka – ani serialowy lekarz – Żmijewski, ale telewizor. Obydwoje są z niego. Nie z kina czy rockowej sceny. Nie z buntu i marzeń. Wygrała stabilizacja, wieczory przed telewizorem od jednego odcinka do następnego, od pierwszego do pierwszego, gdy skapuje wypłata. Widzowie, spłacając kredyty, oszczędzają na wyobraźni i namiętnościach.
Dlaczego tych dwoje uznano za najdoskonalszych, skoro konkurencja była młodsza i ładniejsza? Śliczna Torbicka w każdym swoim programie cierpliwie tłumaczy widzom, na czym polega kultura. Złośliwi mówią o niej „lalka Torbi” – zawsze wystrojona i sztywna. Dla mnie jest wymarzoną nauczycielką, panią od tego, co być powinno. Przystojny Żmijewski to wcielenie idealnego lekarza z nierealnego szpitala w Na dobre i na złe. Po upadku autorytetu armii została jeszcze wiara w doktora Judyma, zdolnego uratować chorego i chory kraj. Takie patriotyczno-hipochondryczne marzenie. Czytelnicy kolorowego pisma wybrali wychowawczynię i pana doktora. Kochają być pouczani i mieć dobrą lewatywę. Wymarzona, najpiękniejsza para: Torbicka – Żmijewski są zastępczymi rodzicami, a nie symbolami seksu czy ideałem urody. Mamusiuuu, ratunku! To głosowali dorośli ludzie!
Piotr w Berlinie, a ja dostaję zaproszenie do Niemiec na dwa dni. Nieodżałowana (po zniknięciu z polskiej kablówki) najambitniejsza w Europie stacja Arte chce mnie zwywiadować razem z francuskim i niemieckim historykiem. Pytam, dlaczego ja, w Polsce historyków zabrakło? Arte głosem niemiecko-angielskim uprzejmie odpowiada, że wybór padł na mnie po lekturze Polki przysłanej im przez berlińskie wydawnictwo. Co prawda książka będzie dopiero jesienią (pierwsza moja rzecz po niemiecku), ale spodobało się im inne spojrzenie na Europę, jej zjednoczenie. Nie wiem, od czyjego inne. Najgorsze, że to moje sprzed roku różni się od tego dzisiaj, a co będzie za miesiąc? Czy oni na pewno wiedzą, kogo zapraszają i kto pojedzie?
17 II
Postanawiam nie słuchać więcej wiadomości, omijać je w gazetach, przynajmniej na jakiś czas. Być może nasłuchałam się zbyt dużo radia w wozie. Koszmary kryminalne i polityczne przekroczyły prędkość dźwięku, przebijając mi błonę świadomości, basta. AIDS gwałciciela-pedofila prowadzącego dziecięcy chór w Poznaniu. Premier uważający, że do zadań jego partii należy walka z przestępczością wewnątrz tej partii. Tortury i morderstwa na zwykłych ludziach napadniętych w ich własnych domach. Odpadam na samo słowo „newsy” – są ropą sączącą się z ran. Pozbawiając się cogodzinnych, codziennych wiadomości, odetnę sobie informacyjną echolokację. Coś za coś. Chyba już wolę nie orientować się, gdzie żyję. Natychmiastowe skutki: jadę z Warszawy do domu. Przy tablicy z napisem „Sandomierz” powinnam wrzucić kierunkowskaz do mojej wioski. A ja zastanawiam się, ile jest kilometrów do Sandomierza, czy tam ładnie. W ogóle nie skojarzyłam znanego mi od pól roku napisu ze skrętem do domu.
Jeszcze przez chwilę Piotr jest stamtąd, w przeciągu między zagranicą i Polską. Na warszawskim dworcu, ale w twarzy, oczach ma nietutejsze światło – bardziej błyszczące, świąteczne. Opowiadając, jak tam było, o Berlinie, łapie coraz więcej brudnego, dworcowego powietrza i szarzeje. Kurczy się, pochyla, żeby zmieścić w mundurze: kto ty jesteś – Polak mały.
18 II
Nie wiem, czy brakuje mi jakiegoś minerału czy witaminy. Źle się czuję z braku kolorów, błękitnej zieleni oddychającej pianą morską. Jeśli człowiek ma wokół siebie barwną aurę, to mojej wyblakły wszystkie odcienie przezroczystej lekkości. Opatula mnie olejna farba, łuszczę się płatami szarości.