Выбрать главу

Zima boli, wychodzenie na ten skuty obłędem mróz, a z dzieckiem trzeba pospacerować, godzinę, dwie robić z siebie bałwana.

Sny też takie przez zaspy, męczące. Śniłam kartkę zapisaną drukiem i musiałam zrobić na niej miejsce. Pchałam, pchałam linijkę tekstu, jakbym przesuwała nie akapit, ale szafę gdańską.

Nadal bojkotuję wiadomości. Omijam Piotra oglądającego dziennik.

– Po co na to patrzysz? – bardziej się dziwię, niż oskarżam.

– Żeby wiedzieć o tym, czego się nie chce wiedzieć.

Doczytałam pamiętniki Leni Riefenstahl do 1939 roku. Wiedziała o Kryształowej Nocy, ale dopiero po wojnie dowiedziała się o obozach koncentracyjnych. Palenie synagog, wywożenie (gdzieś) Żydów przeszkadzało sprzedać do Ameryki jej nagradzany w Europie film o berlińskiej olimpiadzie, nowatorski dokument Olimpia zaczynający się przemowę Hitlera. Konkurujący na festiwalu w Wenecji z Królewną Śnieżką Disneya. Właściwie konkurowały dwie śpiące królewny, nie za bardzo orientujące się, na jakim świecie żyją. Królewna Leni była we wrześniu 39 w Polsce kręcić kronikę filmową. Widziała mordowanie polskich cywilów, ale Hitler obiecał jej, że znajdzie winnych, a Warszawy nie zbombarduje, póki nie ewakuują się z niej kobiety i dzieci. Opisując tournee Hitlera po Europie w latach 1939-1944, nie zastanawiała się, kto jest napastnikiem, kto ofiarą. Wojna się toczy, więc kibicujemy swoim. Po prostu niemiecka blondynka. Niemożliwe, żeby przy całej swej inteligencji (kadrowanie obrazu wydobywające podteksty nie jest bezinteresownym malowaniem abstrakcji) do końca życia nie zrozumiała, o co ma się do niej pretensje. Nie była ograniczoną babą, jej Kinder Kiiche Kirche mieściło się w studiu filmowym. Skoro nie wyszła z niego, nie wyjechała z Niemiec, firmowała sobą, swoją międzynarodową sławą faszystowskie, totalitarne państwo. Gdyby nie klęska, kręciłaby dalej filmy na tle Rzeszy. Adolf obiecał jej cudowną taśmę filmową z metalu (tak jak Niemcom cudowną broń) i współpracę przy scenariuszu dzieł o Kościele, Napoleonie. Czego jej Adolf nie naopowiadał w chwilach słabości: o wigiliach spędzanych samotnie w rozpędzonym wozie na autostradach. Kazał się wozić tak długo, aż się zmęczył i szedł spać. Patrzę na koniec jej dzienników, na zdjęcia z Andy Warholem ocierającym się o nią jak pies zwabiony zapachem. Zapachem sławy Riefenstahl i ludzi, których znała. W końcu Hitler postrzegany w kategoriach nie wojen światowych, ale światowych znajomości był celebrity. Nadawał się na kolejny portret powielany seryjnie przez Warhola. Hitler musiał mu imponować, o kilka dziesięcioleci wcześniej wpadł na pomysł swych popartowych autoportretów z wąsikiem wiszących nie tylko u kolekcjonerów i w muzeach, ale też w zwykłych domach. Był prekursorem nowej epoki w sztuce i w historii. Przegrał z aliantami, z Ruskimi, przegrał z Warholem. Jedyny jego długotrwały sukces to bycie celebrity, przynajmniej póki się to ceni bez względu na powód. Miało być tylko o Leni Riefenstahl, a skończyło się na bezguściu moralnym w ogóle.

19 II

Kilkaset metrów przed domem migają światła: policja, laweta i karetka. Zwalniam, samochód sam gaśnie, jakby chciał uczcić chwilą ciszy śmierć na poboczu. Spod białej płachty wystają adidasy, wełniana czapka. Tak samo ubrany był człowiek, którego kilka dni temu zwymyślałam za jeżdżenie rowerem bez świateł: – Ile chcesz jeszcze pożyć, co?! – krzyczałam.

– Odpierdol się – zabełkotał na tyle godnie, na ile pozwalała mu dykcja z powybijanymi zębami.

Po co się ich tylu teraz nazjeżdżało radiowozami, jaśniej niż w dzień. Wcześniej trzeba było oświetlić pobocze i jezdnię. Płynie po niej struga tak daleko od martwego ciała, że wygląda na wyciekającą z rozkrwawionego asfaltu. Rzeczywiście, ta droga jest podmokła krwią, wystarczy uderzenie, żeby z niej wypłynęła, tylu ludzi tu zginęło. Nie przez nieuwagę kierowców. Nie da się wyminąć ciemności, zlewających się z nią sylwetek.

Jestem kierowcą na polskich drogach, nie chcę (zabijać), ale muszę?

20 II

Z ksiąg patriarchatu i męczeństwa kobiecego: przychodzi ksiądz po kolędzie. Niespodziewanie, w środek rozgardiaszu, między telefoniczne narady rodzinne, co zrobić z narzeczonym siostry i gdzie jest ten cholerny papier z zameldowaniem?! Ksiądz stoi w progu, niewiele się różniąc od tła: biała komża na sutannie jest tym samym, co śnieg zasypujący czarne od zmierzchu domy. Nie mamy niepokalanie czystego obrusu. Mamy za to olbrzymią gipsową figurę Matki Boskiej z Lourdes, zwaną przez nas „Matką Boską od czystych naczyń”. Stoi nad zawsze pełnym brudów zlewem i wznosi błagalnie oczy: kto to wreszcie pozmywa… Przestawiamy świętą figurę na stoi, modlimy się. Pola odstawia religijny aerobik przyklęków, składania dłoni i buddyjskich pokłonów, waląc główką w podłogę. Na szczęście ksiądz nie zwraca uwagi na to, co pod stołem. Zerkając po ścianach i naszych twarzach wnikliwiej od rachmistrzów spisu powszechnego zapisuje nas w rejestrze parafialnych duszyczek.

– Czym się zajmujecie, dzieci?

– Jestem psychoterapeutą.

– Aha.

– Ja pisarką.

To go zastanowiło, może nawet zasmuciło…

– A co dobrego pani… mężowi gotuje? – zafrasował się ksiądz.

Tak mnie przytkało, że nie odpowiedziałam: „Proszę księdza, najczęściej on mi gotuje”.

21 II

Przyjechali ze Szwecji fratelii Antoś i Felek. Są cudownymi, kontaktowymi nastolatkami, ale coś kosztem czegoś. Mają problemy z tabliczką mnożenia. „Trzy razy cztery” jest dla nich zagadką matematyczną. Śpią do pierwszej, drugiej po południu i nie wygląda to na odsypianie, tylko rytm dobowy. Pytam, czy dają radę wstać na ósmą do szkoły. Absolutnie nie. Chodzą na lekcje zaczynające się o jedenastej, te o ósmej przepadają. Co tam, szkoła szwedzka jest tolerancyjna, a oni są dobrymi uczniami.

Niemal pewna, że nie wrócimy do Skandynawii, mogę już bez urazu słuchać szwedzkiego w rozmowach fratelii. Akcent kołysze słowa na języku.

Rozhuśtane wypadają z ust i ciągną za sobą następne, bez pośpiechu, bez wyróżniania intonacją sylab, po protestancku sprawiedliwie.

23 II

Przyjechałam za wcześnie do biblioteki Instytutu Francuskiego. Wpadam tu rzadko, nie znam godzin otwarcia. Siedzę w kawiarni, skąd widzę drzwi wejściowe i zasłaniającą je pluszową kotarę umaczaną w błocie. Za tą zaporą zaczyna się francuskość. Nie wiadomo, czy ludzie przy stolikach gadają do siebie, czy do nieznajomych. Z lewej mam dwumetrowego Murzyna, z prawej staruszka w typie Philipa Noireta. Flirtujemy, przerzucamy się przez stoliki bon motami. Gramy we francuski, wpasowujemy się w jego rajcujący charme.

Przyjemność czekania, spoglądania na obiecane łakocie godzin za witryną ściennych zegarów. Kładę na stoliku miniaturowy telefon. Jest moją różdżką magiczną, wyczarowującą głosy ludzi i namiary wszechświata: dowiaduję się z niego, który dzień, która godzina. Zegarków nie noszę, uważam je za biżuterię. Nie, biżuteria bywa misternie piękna. Zegarki na rękę są wulgarne. Jednorękie kajdanki, prywatny czas wyrżnięty na przegubie szkiełkiem.

24 II

Prawda. Pra, pra, prawda jest tak stara, że może być prababką kłamstwa.

Anioty dzieci działają na zasadzie puchowej poduszki powietrznej, po to mają pióra. Amortyzują upadki. Kiedy podopieczny rośnie, mleczny anioł przestaje być nadprzyrodzonym air bagiem. Wypada ze swej roli, nie nadąża. Wtedy wyrzyna się z nieba anioł na stałe, razem z drugimi zębami. To chyba musi być tak urządzone, logicznie.