Wiedziała, że nie został pochowany w Karinhall. Podczas jednej z wielu podróży pociągiem powiedział jej to z satysfakcją jakiś nieprzyjemny człowiek, któremu zdradziła, dokąd jedzie. Dla niej nie miało znaczenia, gdzie pochowano Hermanna. Czytała gazety, oglądała zdjęcia. Tu było jego miejsce na ziemi i tu na zawsze została jego dusza.
Była tu również Carin Göring. Wredna zdzira, nawet po śmierci nie wypuściła go z uścisku. Dagmar zacisnęła ręce w kieszeni palta, rozglądała się po posiadłości. Kiedyś było to jego królestwo. Wszystko zostało zniszczone. Łzy napłynęły jej do oczu. Jak to możliwe? Dwór był w ruinie, Ogród, który kiedyś musiał być piękny, teraz był spustoszony i zdziczały. Rosnący dookoła bujny las napierał na mego coraz bardziej.
Musiała iść wiele godzin, żeby tu dotrzeć. Z Berlina przyjechała okazją, potem szła pieszo na północ, w stronę lasu. Czytała, że tam znajduje się Karinhall. Nie było łatwo złapać okazję. Ludzie spoglądali podejrzliwie na jej wyniszczoną postać. Nie mówiła ani słowa po niemiecku. Ciągle tylko powtarzała: Karinhall. W końcu jakiś starszy pan zabrał ją swoim samochodem. Niechętnie. Musiała wysiąść na jakimś rozjeździe. Pokazał jej, w którą stronę jedzie. Ona ma iść w drugą. Pod koniec zaczęły ją boleć stopy. Szła dalej. Chciała tylko jednego: znaleźć się blisko Hermanna.
Krążyła wśród ruin. Dwie budki wartownicze przy wjeździe świadczyły o dawnej świetności tego miejsca. Tu i ówdzie stały fragmenty ścian i kamiennych zdobień, Kazały się domyślać dawnego przepychu. Gdyby nie Carin, to miejsce nosiłoby jej imię.
Ogarnęły ją nienawiść i żal. Ze szlochem padła na kolanu Przypomniała sobie cudowną letnią noc, gdy czuła oddech Hermanna całującego całe jej ciało. Ta noc dała jej i zarazem zabrała wszystko. Życie Hermanna byłoby o wiele piękniejsze, gdyby wybrał ją. Ona by się nim zaopiekowała, nie to co Carin, przez którą stał się ruiną człowieka. Widziała tę ruinę w szpitalu. Ona byłaby silna za nich oboje.
Nabrała garść ziemi i przesypała ją między palcami. Słońce grzało ją w kark, z oddali dochodziło wycie zdziczałych psów. Nieopodal leżał posąg z odłupanym nosem, bez ręki. Kamienne oczy niewidzącym wzrokiem patrzyły w niebo. Poczuła, że jest bardzo zmęczona. Słońce paliło, musiała odpocząć w cieniu. Podróż okazała się długa, a tęsknota wyczerpująca. Musi się położyć, choć na chwilę, zamknąć oczy. Rozejrzała się za cieniem. Przy schodach, które teraz prowadziły donikąd, leżała potężna kolumna. Przewróciła się i oparła o najwyższy stopień. Pod nim dostrzegła upragniony cień.
Była zbyt zmęczona, żeby wstać. Doczołgała się do schodów, skuliła. Z westchnieniem ulgi położyła się w małym skrawku cienia i zamknęła oczy. Od tamtej czerwcowej nocy stale była w drodze do niego, do Hermanna. Teraz musiała odpocząć.
Konferencja prasowa skończyła się kilka godzin temu, Wszyscy zebrali się w pokoju socjalnym. Ernst, który podczas konferencji siedział grzecznie w gabinecie Mellberga, wreszcie mógł wyjść. Jak zwykle leżał na stopach swego pana.
– Dobrze nam poszło, prawda? – powiedział Mellberg z uśmiechem, po czym nagle wrzasnął: – Paulo, może byś poszła do domu odpocząć!
Patrik aż podskoczył.
Paula spojrzała na niego ze złością.
– Dziękuję, sama decyduję, kiedy odpoczywam.
– Lata tu, choć ma wolne. I jeszcze jeździ do Göteborga i z powrotem. Jeśli coś pójdzie nie tak, to pamiętaj, że ja…
– Wszystko było pod kontrolą, naprawdę – powiedział Patrik, żeby rozładować napięcie. Zanosiło się na awanturę. – Chłopakom wkrótce zrobi się gorąco.
Nazywanie chłopakami mężczyzn będących po pięćdziesiątce było absurdem, ale kiedy o nich myślał, miał przed oczami pięciu chłopców ze zdjęcia, ich czujne spojrzenia i ubrania z lat siedemdziesiątych.
– Dobrze im tak. Zwłaszcza temu Holmowi – odpad Mellberg, drapiąc Ernsta za uszami.
– Patriku? – Annika zajrzała do pokoju i kiwnęła na niego. Na korytarzu podała mu telefon. – Torbjörn do ciebie. Zdaje się, że ma coś nowego.
Patrik poczuł, jak tętno mu przyśpiesza. Poszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Słuchał Torbjörna dobry kwadrans, potem zadał mu kilka pytań. Pożegnał się i szybko wrócił do pokoju socjalnego. Wszyscy jeszcze tam byli: Paula, Mellberg, Gösta, teraz również Annika. Zrobiło się późno, ale nikt się nie zbierał.
– Co ci powiedział? – spytała Annika.
– Spokojnie, najpierw naleję sobie kawy.
Powoli podszedł do maszynki i wyciągnął rękę po dzbanek. Zanim zdążył go chwycić, złapała go Annika. Nalała mu kawy tak energicznie, że aż przelała. Potem postawiła filiżankę na stole.
– Proszę bardzo! Siadaj i opowiadaj.
Patrik uśmiechnął się szeroko, ale zrobił, jak kazała. Chrząknął.
– Torbjörn znalazł pod znaczkiem przyklejonym do kartki od G wyraźny odcisk palca, więc możemy go porównać z odciskiem ewentualnego podejrzanego.
– To świetnie – powiedziała Paula, kładąc spuchnięte nogi na krześle. – Zrobiłeś minę kota, który właśnie połknął kanarka, więc pewnie masz coś jeszcze lepszego.
– Mam. – Patrik wypił łyk gorącej jak ukrop kawy. – Chodzi o pocisk.
– Który? – spytał Gösta, pochylając się.
– No właśnie. Otóż pocisk znaleziony pod listwą podłogową oraz pociski, które wbrew zasadom zostały wyjęte ze ściany po próbie zamordowania Ebby…
– Tak, tak. – Mellberg zbył go machnięciem ręki. – Wiem, do czego pijesz.
– …prawdopodobnie zostały wystrzelone z tej samej broni.
Wpatrywały się w niego cztery pary oczu.
– Brzmi to niewiarygodnie, ale tak jest. Kiedy w 1974 roku zginęli Elvanderowie, sprawca najprawdopodobniej użył tej samej broni, z której wczoraj strzelano do Ebby Stark.
– Czy to możliwe, żeby po tylu latach dał o sobie znać ten sam sprawca? – Paula pokręciła głową. – To brzmi kompletnie niedorzecznie.
– Od początku uważałem, że zamachy na Ebbę i jej męża muszą mieć coś wspólnego z Elvanderami. A to dowodzi, że tak jest. – Patrik machnął rękami. W jego głowie odbiło się echem podobne pytanie z konferencji prasowej. Wtedy mógł odpowiedzieć tylko tyle, że to jedna z hipotez. Dopiero teraz mają dowód, który potwierdził jego podejrzenia. – Spec z Państwowego Laboratorium Kryminalistycznego stwierdził na podstawie rys na pociskach, z jakiej broni strzelano – dodał. – W związku z tym musimy sprawdzić, czy ktoś w okolicy miał lub ma rewolwer Smith &Wesson kaliber trzydzieści osiem.
– Więc możemy się pocieszyć, że broń, z której zamordowano Elvanderów, nie leży na dnie morza – zauważył Mellberg.
– Wczoraj, kiedy strzelano do Ebby, nie leżała, ale później mogła tam spocząć – odparł Patrik.
– Nie wydaje mi się – powiedziała Paula. – Jeśli ktoś zachował tę broń aż do teraz, to raczej się jej nie pozbędzie.
– Chyba masz rację. Może to trofeum, pamiątka. Tak czy inaczej, te nowe informacje wskazują na to, że powinniśmy się skupić na rozwikłaniu sprawy z 1974 roku. Trzeba jeszcze raz przesłuchać tych czterech, z którymi już rozmawialiśmy, i przeanalizować, co się działo tamtego dnia. Musimy również jak najszybciej skontaktować się z Percym von Bahrnem. Już dawno należało to zrobić. To moja wina. To samo z nauczycielem, tym, który jeszcze żyje. Jak on się nazywał? Wiesz, ten, który w czasie ferii był na urlopie… – Patrik strzelił palcami.
– Ove Linder – podpowiedział Gösta ze smutną miną.