Potem byłem ja. Bardzo daleko. Poszukujący domu. Krypto, przecież jestem tu teraz? Dlaczego dalej mam poszukiwać. Ty jesteś moim domem. Ty jesteś miejscem, dla którego ryzykow ałem własnym życie m i porzuciłem wszystko, co było mi znane. Oddałbym za ciebie to ludzkie ciało i uleciał tam, gdzie jest jasno, ciepło i bezpiecznie. Oddałbym życie w zamian za twoje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo tych, których schronieniem jesteś.
Dlaczego w moich snach nie byłaś mi domem? Dlaczego?
124
Kilka dni dochodzenia do siebie, kilka dni wpompowywania w żyły bursztynowego oleju z antyradami oraz witamin i kroplówek odżywczych, a Blaine Kelly czuł się jak nowonarodzony. Stimpaki podtrzymały go przy życiu, kiedy zdradliwe i podstępne promieniowanie rozdzierało jego komórki i krwinki od wewnątrz. Specyfiki zaaplikowane przez czarnoskórego lekarza Krypty zregenerowały wszystkie szkody i można by nawet uznać, iż chłopak miał spore chęci do życia.
Gdy tylko Ochłap ujrzał swojego pana, oszalał z radości. Wzrok miał świeży i ostry, a po mętnej mgle zasnuwającej mu oczy nie pozostał ani ślad. Rzucił się na Blaina, przewrócił go na podłogę, lizał po twarzy i nosie merdający przy tym ogonem i skomląc nieustannie w swoim wielkim, psim szczęściu.
Potem posikał się, a Kate – asystentka doktora Jamesa – niechętnie przyniosła mopa i z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy, starała się zachować dobrą minę do złej gry, kiedy jednym zamaszystym ruchem za drugim polerowała posadzkę szpitala.
Blaine otrzymał przydział do swojego starego pokoju o numerze sześćdziesiąt pięć. Znajdował się na drugim poziomie schronu - tam, gdzie wszystkie kwatery mieszkalne.
Przez kilka dni człowiek i pies odpoczywali w spokoju. Blaine fizycznie czuł się coraz lepiej, lecz doświadczenia ostatniego czasu: świat zewnętrzny, choroba popromienna i wizje, które spłynęły na niego, kiedy leżąc w malignie wędrował po zaświatach, napawały go przerażeniem i głębokim przygnębienie psychicznym.
Do tego wszyscy, absolutnie wszyscy mieszkańcy Krypty nieustannie dobijali się do pokoju numer sześćdziesiąt pięć, pragnąc złożyć mu gratulacje, wyrazić swoje uznanie, szczęście, wdzięczność i zaprosić na jakieś małe, kameralne przyjęcie w pokoju rekreacyjnym na trzecim poziomie – gdzie przypuszczalnie, zupełnie nieopatrznie, znaleźliby się wszyscy obywatele podziemnego molocha.
Kiedy Blaine przedzierał się przez pustkowia, kiedy jeszcze nie spotkał Ochłapa, a jego poczynaniami kierował nie tylko obowiązek wobec przyjaciół i bliskich mu ludzi, ale również głębokie pragnienie uszczknięcia z tej całej wyprawy czegoś dla siebie, przypuszczał, że po powrocie stanie się gwiazdą, bohaterem, najlepiej rozpoznawalnym człowiekiem w Krypcie. Miał naturalnie zamiar wykorzystać ten fakt do cna i zatroszczyć się o to, by strumień chętnych dziewczyn i rozluźniających drinków płynął do pokoju numer sześćdziesiąt pięć w dzień i w nocy przez siedem dni w tygodniu i trzysta sześćdziesiąt pięć w roku.
Teraz natomiast poprosił głównego oficera do spraw bezpieczeństwa Krypty, by wystawił pod jego drzwiami strażnika. Jimmy (którego Blaine znał od dziecka), kręcił początkowo nosem. Jednak po konsultacjach z Nadzorcą, w uznaniu zasług Blaina, przydzielono mu ochroniarza, a wraz z jego pojawieniem, uporczywe wizyty w pokoju numer sześćdziesiąt pięć ustały.
Blaine Kelly był zmęczony. Najchętniej zaszyłby się w pościeli i nigdy już nie wychodził ze swojego łóżka. Ochłap zdradzał mniejsze oznaki marazmu i często latał samopas po wszystkich piętrach schronu. Mieszkańcy pokochali psiaka. Żaden z nich nie widziałem wcześniej żywego zwierzęcia, a Ochłap – jak to każdy przekupny psi oportunista – zachowywał się niezwykle przyjaźnie i ufnie.
W trakcie krótkiego pobytu w Krypcie 13, przytył cztery funty, a na boczkach zaczęły podrygiwać mu wyraźne schabiki tłuszczu.
Blaine wychodził na zewnątrz. To znaczy, nie poza główną gródź schronu. Nocami, kiedy większość mieszkańców spała, a jedynymi wałęsającymi się po korytarzach byli oddelegowani na nocne zmiany pracownicy techniczni, „policjanci” i lekarz dyżurny, Blaine spacerował w tę i we w tę pomiędzy trzema dostępnymi piętrami.
Jak w każdej Krypcie, nie różniły się one znacząca od tego, co Blaine Kelly widział w piętnastce i dwunastce. Przypuszczał, że gdyby jakimś fartem, udało mu się zlokalizować jeszcze jeden schron, znajomy rozkład wewnętrznych pomieszczeń pozwoliłby mu na poruszanie się po nim z zamkniętymi oczami.
Nocami Krypta była spokojna, a poza niosącymi się w korytarzach krokami wędrującego chłopaka, słychać było tylko cichy poszum wentylatorów i urządzeń filtracyjnych. Na trzecim poziomie, przy głównym rdzeniu komputera sterującego wszystkimi procesami zautomatyzowanymi w Krypcie, popiskiwały kontrolki i skrzeczały wewnętrzne taśmy z przerabianymi nieustannie danymi dyskowymi.
Blaine obserwował sterylne, czyste i na swój sposób lodowate ściany miejsca, które przez całe życie uznawał za swój cały wszechświat. Teraz świat ten wydawał mu się jakiś obcy, nienaturalny, ograniczający. Wszystko niemalże zbyt nienaturalne, zbyt spokojne, bezpieczne i przewidywalne. Wiedział, że zza załomu korytarza nie wyskoczy potwór i nie zrobi mu krzywdy. Wiedział, że jeżeli pojedzie na poziom pierwszy, to mijając główny wywietrznik powietrza, znajdzie się w pomieszczeniach medycznych i szpitalu (chociaż tam akurat nie miał ochoty wchodzić). Pokój rekreacyjny z równo ustawionymi, lśniącymi stolikami i niewielkimi, klimatycznymi lampeczkami pośrodku, biblioteka z setkami pojękujących komputerów o świszczących wentylatorach, w końcu odziane w regulaminowe, błękitne kombinezony postaci - wszystko to wydawało mu się jakieś obce, sztuczne i odległe. Być może podświadomie czuł, że wizje z pośmiertnych snów odcinały jego los od Krypty. Być może Nadzorca Jacoren mylił się. Świat zewnętrzny jakkolwiek niebezpieczny, był możliwy do zasiedlenia i Blaine wiedział, że jego ludzie poradziliby sobie tam na górze.
Tam na górze, gdzie opiekające żywcem słońce i niedostatki wody, gdzie czmychające od nory do nory iguany i brudni, opyleni ludzie o pustych, wyblakłych oczach. Tam na górze, gdzie pozostała jakaś jego cząstka. Gdzie coś wołało niczym zew, na którego słowa Blaine nie mógł pozostać obojętny.
Tam na górze, gdzie istniał cały inny wszechświat.
Kiedy nocne rajdy w głąb Krypty, spacery i segregowanie myśli dobiegło końca, Blaine ubrał nowy błękitny kubrak, narzucił odpicowaną, wyczyszczoną skórę w stylu Mela Kaminsky’ego i stawiając się na wezwanie Nadzorcy Jacorena, raz jeszcze miał stanąć twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem.
125
- Jak ci się podoba z powrotem w domu?
Jacoren siedział na swoim tronie w centrum dowodzenia. Fotel Nadzorcy zawsze kojarzył się Blainowi z jednoosobowym statkiem kosmicznym. Był osadzony na solidnym, owalnym fundamencie wykonanym ze stali. Na zewnątrz i wewnątrz biegły setki kabli okrytych wielokolorową izolacją. Wszystkie prowadziły do kadłuba z pulpitem sterującym i komputerem połączonym na stałe z głównym rdzeniem Krypty 13.
Nadzorca epatował majestatem i pewnością siebie – spoglądając z góry na podległy mu świat i jego mieszkańców. Funkcja Nadzorcy była dziedziczona, pomimo panującej we wnętrzu schronu demokracji w każdym aspekcie, ten jeden pozostawał poza nowoczesnymi wpływami i opierał się na metodach starej, dobrej europejskiej monarchii.
- Brakowało mi go.
Jacoren zmrużył oczy spoglądając na stojącego przed nim chłopaka. Po wszystkim, co Blaine przeżył na zewnątrz, jego postawa zmieniła się. Nie był już taki uległy, nie prężył się jak gdyby ktoś przedrylował go metalowym prętem, a już na pewno nie stał na baczność. Ramiona miał nieco przygarbione, a całość jego sylwetki bardziej przypominała kogoś, na kogo należy mieć baczne spojrzenie, niż tego dawnego, nieopierzonego, dziewiczego chłopca, który ledwie kilka tygodni temu wyszedł na zewnątrz w nadziei na odnalezienie ratunku dla swojego domu.