- Cóż, obawiam się, że mam złe wiadomości…
Blaine nawet się nie wzdrygnął. Jacoren słynął z typowej dla polityków socjopatycznej osobowości i kiedy na czymś mu zależało, nie szczędził słów i komplementów. W obecnej sytuacji, nie było potrzeby silić się na dalsze utrzymywanie pozorów. Blaine raz wykonał jego rozkaz, całując niemalże starucha w rękę za perspektywę wypędzenia na zewnątrz i rychłej utraty życia. Teraz, kiedy wrócił w jednym kawałku i zdawał się świetnie zaprawionym w zasadach i meandrach tamtej rzeczywistości wagabundą, Jacoren wiedział, że w jakikolwiek sposób nie przedstawi swojej kolejnej prośby, w jakiekolwiek słowa jej nie ubierze, Blaine raz jeszcze zwinie ogon własnej dumy pod siebie i wyruszy wykonać rozkaz.
Na zewnątrz.
Stary, przebiegły wąż widział to również w jego oczach, kiedy Blaine wspominał, że brakowało mu domu.
Wiedział, że kłamie, a Blaine zdawał sobie sprawę, iż w żaden sposób nie silił się, by słowa jego zabrzmiały wiarygodnie.
- Jakie wiadomości?
- Cóż, nie podobają mi się twoje raporty. Przeanalizowaliśmy dokładnie zapiski z PipBoy’a. Zwróciliśmy szczególną uwagę na tę taśmę odnoszącą się do rozmowy tych… jak ich nazwałeś?
- Supermutanty.
- Tak, właśnie! – słowa Jacorena brzmiało słodko, lecz barwa jego głosu pozostawała gorzka. – Te Supermutanty, cóż, niepokoją mnie. Wszystko, co zarejestrowałeś w komputerach bibliotecznych zostało dogłębnie przebadane przeze mnie i przez odpowiednich ludzi, którym zależy – Blaine zwrócił uwagę, iż stary podkreślił to słowo z wyraźną emfazą – na naszym bezpieczeństwie. Zrobiłeś dla nas bardzo wiele i wiem, że nie mam prawa prosić cię o nic ponadto. Zasłużyłeś na spokojne, bezpieczne życie w obrębie murów naszego domu, ale widzisz… obawiam się, że dopóki ci Supermutanci panoszą się tam na zewnątrz, nikt z nas nie jest bezpieczny.
Blaine stał i słuchał. Nie miał zamiaru zachęcać jedynego słusznego monarchy Krypty do kontynuowania swego wywodu. Mimo to, Jacoren nie zamierzał poprzestać. Dał Blainowi chwilę na przetrawienie informacji, po czym słowa jego ponownie rozbrzmiały w wysokim prostokątnym pomieszczeniu dowodzenia.
- Główny komputer stworzył symulacje kilku możliwych scenariuszy. W oparciu o dane dotyczące działania broni jądrowej, skażenia i mutacji popromiennych, populacja mutantów… Supermutantów, zdaje się być zdecydowanie zbyt wysoka. Jest kilka możliwości. Jedną z nich, na przykład, nasza błędna ocena i ewaluacja. Nie wydaje mi się jednak, żebyśmy popełnili aż tak rażące błędy, bądź wykazali się wpływającą na wynik niekompetencją. Rdzeń szybko skalibrowałby problem i zaktualizował dane. Ograniczając się w możliwościach, odrzuciliśmy te, które wydawały nam się nierealne i… pozostała jedna.
Blaine czekał.
- Ktoś – podjął po chwili przerwy Jacoren głosem trwożliwie ściszonym i zaniepokojonym – tworzy nowych Supermutantów.
- Kadzie – wyszeptał Blaine.
- Tak. Kadzie. Wygląda na to, że wirus FEV…
Jaki wirus FEV, Blaine? O czym ten stary, zakłamany pryk mówi?
… mutuje ludzi w Supermutanty, a proces ten nie jest w pełni naturalny. Wedle zapewnionych przez ciebie danych, mamy prawo przypuszczam i pozwól mi zaznaczyć, iż główny rdzeń Krypty zgadza się z nami, że gdzieś na zachodzie istnieje laboratorium, które…
- … zagraża nam wszystkim.
- Dokładnie! – oświadczył zadowolony z siebie i swojej manipulacji Jacoren.
Blaine poczuł, że jego efemeryczne wizje się nie myliły. Krypta 13 już go dłużej nie chce. Przypuszczał, że gdyby nie istniało zagrożenie ze strony Supermutantów, Jacoren węszyłby i jątrzył swoim jadem tak długo, aż znalazłby inny pretekst by wykopać Blaina na zewnątrz.
- Niech zgadnę – głos Blaina był szorstki, dumny i pewny siebie. W jego przypadku, pewność ta nie wynikała z socjotechnicznych umiejętności i pozornego klosza bezpieczeństwa, który rozpościerał się nad głową Jacorena (nie mówiąc już o kilkuset tysiącach ton masywu górskiego Coast Ranges), lecz ze wszystkiego, czego nauczył się, będąc na zewnątrz – dla bezpieczeństwa Krypty, należy coś z tym problemem zrobić?
Jacoren posmutniał udając wielce wstrząśniętego tym, co zostanie za chwilę powiedziane. Jednocześnie głęboko w sobie śmiał się usatysfakcjonowany, iż zalążek propozycji wyszedł nie bezpośrednio od niego, lecz od Blaina.
- Obawiam się – westchnął cedząc ostrożnie słowa – iż będę musiał prosić cię, byś jeszcze raz nas opuścił. Wiem, że uratowałeś życie moje i wszystkich w Krypcie, ale zrozum, jeżeli to, co zawarłeś w raportach jest prawdą, Supermutanty, a raczej ktoś, kto im przewodzi, ten… Mistrz… nie spocznie, dopóki nie odnajdzie naszego domu i jako najczystszych z najczystszych nie wcieli nas do swojego wielkiego planu.
- Jeszcze raz na zewnątrz. Po tym wszystkim, wywalasz mnie tam jeszcze raz…
- Nawet nie wiesz, jak jest mi przykro…
126
Odgłos poszczególnych elementów uruchamiających gródź Krypty 13 rozbrzmiewał echem pośród niebezpiecznie niskich stropów jaskini. Blaine Kelly i stojący obok niego pies wielorasowy Ochłap, stali zwróceni plecami do potężnych, stalowych drzwi.
Przed nimi rozpościerał się mrok. Ciemny, nieprzenikniony mrok, z którego dobywała się głucha cisza.
- Przynajmniej nie ma szczurów, co piesku?
Ochłap parsknął i połknął własne szczeknięcie, po czym chapnął pana w formie zabawy w łydkę.
Kochany pies.
- Nie, tym razem nie ma żadnych szczurów – szepnął sam do siebie Blaine. Po czym nie mając odwagi spojrzeć na zamknięte wieko plombujące wejście do jego dawnego domu, ruszył przed siebie przeczuwając, iż nigdy już nie zobaczy tego, co znajduje się we wnętrzu ochraniającej Kryptę przed światem zewnętrznym góry.
Rozdział 12
Cytadela
127
Osiemdziesiątego dnia od postawienia stopy w świecie zewnętrznym, Blaine Kelly domykał kolejny cykl. Wszelkie nadzieje wiązane z powrotem do domu, okazały się być płonne i rozczarowujące. Dni spędzone na rekonwalescencji w bezpiecznych ścianach pokoju numer sześćdziesiąt pięć, nie przyniosły mu ukojenia oraz upragnionego od dawna spokoju. Paradoksalnie to właśnie prośba, rozkaz Nadzorcy Jacorena i ponowne opuszczenie Krypty 13 i zlokalizowanie znajdującego się gdzieś na zachodzie źródła, były tym, co pozwoliło umysłowi Blaina zaznać odrobiny spokoju. W głębi siebie pragnął i potrzebował podobnego pretekstu. Musiał wyjść na zewnątrz. Musiał raz jeszcze doświadczyć tego, czego pod żadnym pozorem nie była w stanie zaoferować mu Krypta 13.
Po osiemdziesięciu dniach, jak w podróży dookoła świat, raz jeszcze wkraczał w przerażającą go niegdyś, post-apokaliptyczną rzeczywistość. Mając u boku swojego dzielnego psa, Ochłapa, przedzierał się na południowy zachód - prosto przez ciągnące się bez końca pasmo gór Coast Ranges.
Ósmego dnia od wyjścia wzniesienia ułagodziły się, zaś dziewiątego zaczęły z wolna pozostawać z tyłu. Dziesiątego, Blaine Kelly dotarł do celu.
128
Cytadela Bractwa Stali zupełnie nie wyglądała jak cytadela. Zajmowała teren nie większy niż tysiąc metrów kwadratowych, z czego większość powierzchni stanowił suchy, pustynny piach. Te tysiąc metrów kwadratowych odgradzała od świata zewnętrznego wysoka, czarna siatka z wijącym się na samym szczycie drutem kolczastym. Blaine dostrzegł, że większość jego fragmentów pokrywa gruba warstwa chropowatej rdzy.
Centralnie pośrodku znajdował się przypominający jednoosobowy schron przeciwatomowy, budyneczek. Miał grube, brązowe mury z głęboką wnęką, w której zostały osadzone dwuskrzydłowe, stalowe drzwi. Cztery rogi łączące ukierunkowane na cztery strony świata ściany, wzmacniały dodatkowo betonowe podpory, łączące się w formie zespolenia dokładnie w środkowym punkcie na dachu. Przypominały oplatające cenny skarb palce ludzkiej dłoni, albo odnóża jakiegoś zmutowanego przez atom pająka.
Skarb znajdujący się we wnętrzu niewielkiego powierzchniowego budynku, musiał faktycznie być cenny. Dwie wyglądające na groźne postaci, obudowane (nie odziane, dosłownie obudowane) w metalowe pancerze wspomagające, stały na straży pilnując wejścia.
Przypominali średniowiecznych rycerzy, o których Blaine czytał będąc małym dziecięciem. Ich wypolerowane zbroje lśniły w słońcu pustyni, zaś okrągłe, długie na półtora metra karabiny obrotowe podtrzymywane przy użyciu obu rąk, wyglądały niczym turniejowe lance.