Выбрать главу

A zatem mechanizm Daru (to słowo brzmiało chyba lepiej niż Prezent) w istocie jest prosty, rozmyślał uczeń dziesiątej klasy. Wystarczy spotkać się z kimś wzrokiem, a potem słyszy się jego myśli i głos wewnętrzny, który może dać klucz do zrozumienia istoty osobowości tego kogoś.

Część teoretyczna była więc mniej więcej jasna. Teraz należało wypróbować ją w praktyce. Powiększyć bazę danych.

Z eksperymentami na żywej mamińskiej Rob dał sobie spokój, wolał nie ryzykować. Lepiej potrenować na obcych.

Właśnie nadszedł czas badań terenowych.

Rano, ledwie Lideczka Lwowna poszła do pracy, strasznie zdenerwowany właściciel Daru zrobił pierwszy wypad, na razie niedaleki – do własnej bramy, do skrzynek pocztowych. Stał, stękał, zgrzytał zamkiem, jak gdyby nie mógł wyciągnąć klucza.

Pierwszych dwoje mieszkańców zabrało pocztę, nie patrząc na ucznia, a tym samym nie podnosząc wzroku. Potem zeszła gruba baba, chyba z czwartego piętra, i Rob specjalnie głośno powiedział jej dzień dobry. Odwróciła się może na pół sekundy. Okazało się, że do odczytania (a raczej odsłuchania) myśli wystarczy nawet tyle. Podsłuchana myśl, co prawda, nie zawierała wiele treści: Z siódmego chyba. Albo z szóstego. Syn tej tam, bibliotekarki. Cukier, cukier. I biały ser, jak będzie.

Co jednak było ważne: o cukrze i białym serze baba myślała wtedy, gdy się już odwróciła, a mimo wszystko było słychać, tylko głos się zrobił cichszy. To znaczy, że nie potrzeba gapić się w oczy przez cały czas? Popatrzy człowiek, potem się odwróci, a głos przez jakiś czas nadal jest słyszalny. Aha.

Okej, Rob wyszedł na podwórze i przeprowadził eksperyment numer dwa: na chwilę spotkał się oczami ze stróżem i sprawdził na zegarku, przez ile czasu słyszy cudze myśli bez kontaktu wizualnego. Okazało się, że jeśli nie zwraca uwagi na dźwięki uboczne i trochę się wysili, to dosyć długo: całe dwadzieścia pięć sekund. Tak że nasłuchał się i o psach, które srają, gdzie popadło, i o ich właścicielach, którym trzeba by gębę wetknąć do psiego łajna, i o jakimś Lifanowie, któremu, jeśli dzisiaj nie odda trzech rubli, trzeba nakłaść po ryju. Roba interesowało teraz wszystko, nawet Lifanow.

Ośmielony i ogarnięty zapałem badawczym, wyszedł na ludną ulicę Nowogiriejewską, z wielką ciekawością zaglądając napotkanym przechodniom w oczy.

Ani jednego pudła! Jeśli udawało się przechwycić czyjeś spojrzenie, to bezwarunkowo migała w nim zielona iskra i od razu rozlegał się głos wewnętrzny.

Wiele z tego, co podsłuchał, nie dawało się zrozumieć. Okazuje się, że większość ludzi myśli króciutkimi urywkami zdań, oddzielnymi słowami, przy czym dosyć często nieistniejącymi, oczywiście wymyślonymi na rodzinny albo czysto osobisty użytek. Rob w swoim wewnętrznym, nieprzeznaczonym dla obcych leksykonie też miał takie słówka. Na przykład „nutr” to człowiek o niemiłej, drapieżnej twarzy. Albo „lula” – to figurzasta laska. Na przykład gdyby ktoś posłuchał tego, co Rob myśli, ot, choćby o tej parce: „Taka lula z takim nutrem”, też by ni chuja nie pokapował.

Co go najbardziej zdumiało: ludzie absolutnie nie czuli, że napotkany chłopak grzebie im w głowie. Nawet żal mu się ich zrobiło, tacy, durnie, byli naiwni. Nie mają pojęcia, jakie to niebezpieczne – pozwolić sobie popatrzeć w oczy.

Jeden okazał się mieszkańcem republiki nadbałtyckiej – może Łotysz, może Estończyk. Jego wewnętrzny głos Rob też usłyszał, ale ni cholery nie zrozumiał, tylko wyczuł totalne zdenerwowanie i wychwycił słowo „prokuratura”. To znaczy, że ludzie myślą w określonym języku?

Żeby sprawdzić, specjalnie pojechał na ulicę Gorkiego, do hotelu „National”, i długo się tam kręcił, podsłuchując zagranicznych turystów. Zepsuł sobie humor, bo z anglojęzycznych myśli nie zrozumiał prawie nic, mimo że chodził do elitarnej szkoły.

A potem zdarzyło się coś, co samo w sobie nie było może zbyt ciekawe, ale w życiu Roberta Darnowskiego dokonało po prostu rewolucyjnego przewrotu.

Pod „Nationalem” podszedł do niego jakiś człowiek i złapał go za rękaw.

– A ty czego się tu kręcisz? Chciałeś wymendzić ciuchy u zagraniczników? No, jazda! – Potem nagle zniżył ton, fałszywie się uśmiechnął. – A może nie mam racji, że się czepiam? Może tylko czekasz na znajomego?

Ale kiedy Rob popatrzył mu w oczy, usłyszał: Inteligencik, tacy drobnicą nie handlują. Nie szalej, towarzyszu lejtnancie. To może jakiś szczupak. Nie spłoszyć, wezwać trzeciego, tego wziąć do oddziału i potrząsnąć.

Co takiego w wewnętrznym języku towarzysza lejtnanta znaczyło słowo „szczupak”, Rob nie wiedział, ale się domyślał – pewnie „poważna sprawa” albo „grubsza zdobycz”. No, a z tym „trzecim” to jasne.

– Chciałem tylko wymienić odznakę, proszę pana. – Rob udał idiotę i pokazał palcem na klapę kurtki, gdzie zawsze miał emblemat „Spartaka”. Darnowski nie był kibicem, nie cierpiał futbolu, ale odznakę nosił, żeby nie zaczepiła go nowogiriejewska żulia, co do jednego wielbiciele „Spartaka”.

– Ja ci wymienię! – Wzrok lejtnanta przygasł, myśl natomiast zadźwięczała taka: Kurna, do obiadu jeszcze dwie godziny. – Rwij mi stąd. Żebym cię tu więcej nie widział!

Po pierwsze więc, Rob uniknął dużych nieprzyjemności, a po drugie, skombinował, że Dar, jeśli sensownie się go użyje, może przynieść praktyczną korzyść. Nawet dziwne, że tak oczywistą rzecz zrozumiał nie od razu, a przecież miał się za inteligentnego.

Nagle w głowie ucznia dziesiątej klasy zaczęły się takie ruchy Browna, że stracił sen i apetyt.

Przez następne cztery dni nie wychodził z domu, od rana do wieczora spacerował po pokoju, obijając się o ściany. Perspektywy zapierały mu dech w piersiach. Umiejętność czytania cudzych myśli i widzenia obcego człowieka na wskroś mogła mu dać wiele, bardzo wiele.

Piątego dnia Rob oświadczył mamińskiej:

– Dobra, dosyć tego leniuchowania. Jestem zdrowy. Jutro idę do szkoły.

Zachód Sołncewa

Na spotkanie ze świadkami jego kolinogórskiej wpadki Rob szedł z zaciśniętymi zębami. Specjalnie poczekał na dzwonek – nie starczyło mu odwagi, żeby wejść do klasy przed nauczycielem. Cała nadzieja w tym, że historia z katastrofą autobusową jakoś utemperuje prześmiewców. Żeby wzbudzić większą litość, kochanek Lady Własnołapskiej zabandażował sobie głowę, a rękę umieścił na czarnym temblaku (to już dla lepszego efektu).

Postał chwilę przed drzwiami, nabierając śmiałości. Zapukał.

– No, kto tam znowu? – rozległ się surowy głos Borisa Siergiejewicza. – Wejść! A gdybyś tak miał na pociąg albo samolot się spóź…

Ale kiedy nauczyciel zobaczył, jak zza drzwi wylania się zabandażowane czoło Roberta, jego twarz wyraźnie złagodniała.

– Aha, to Darnowski. Wypisali cię? – Widać było, że belfer chce powiedzieć coś życzliwego, ale nie potrafi. Taki już z Borisa Siergiejewicza był gbur, nie bez powodu zyskał miano Tutenchamona. – No dobrze, miejmy nadzieję, że do wesela się zagoi. – Wzniósł się na wyżyny współczucia, próbując niezręcznie zażartować.

– Nie zdąży – głośno powiedział z ławki Pietia Sołncew. – Darnowski żeni się już niedługo. Z pewną lady.

Rob zmartwiał. Tego się właśnie obawiał. Czyżby cała klasa orientowała się, jak został zhańbiony?

Ale prychnął śmiechem tylko Saszka Łucenko, przydupnik Sołncewa. Poza tym nikt nawet się nie uśmiechnął; w tym także ci, co byli na daczy u Reginki. Na Roba i jego lipne rany patrzono ze współczuciem, a ta i owa spośród dziewcząt skrzywiła się żałośnie.