Rob skrzywił się boleśnie, zwłaszcza kiedy zaczęła wibrować gitara elektryczna. Nawet zatkał uszy; źle teraz znosił wszelką muzykę oprócz swojej własnej. Tym bardziej że wewnętrzna orkiestra w danym momencie wykonywała dla jedynego słuchacza coś bardzo kuszącego i rzewnego, ze wschodnimi melizmatami.
Puk-puk-puk, zakochany uczeń dziesiątej klasy cichutko zapukał do gabinetu.
Lekkie kroki, obrót klucza. Szept: „No już, wchodź prędzej”.
Niespodzianka numer dwa: Kiedy Reginka wpuściła Roba i zamknęła drzwi, podeszła do okna i odwróciła się. Jak tu teraz zajrzeć w jej myśli?
Trzeba było zaczynać na ślepo, jak to się mówi, na czuja.
– Myślałem o tobie przez cały czas – zaczął Rob cicho, ale z uczuciem. – Nawet kiedy leżałem na reanimacji, pod kroplówką. Jak mogłaś? Przecież uciekłem wtedy z daczy nie dlatego, że się obraziłem. Po prostu poczułem się obrzydliwie. Ta ameba Pietka zasunął tekst na swoim poziomie i wszyscy zaczęli rechotać. Co mi tam, gwiżdżę na nich, ale ty, ty przecież też się uśmiechnęłaś! Dlaczego? Przecież nie jesteś taka jak tamci. Nie jesteś trywialna.
Mówiąc to wszystko, stanął trochę z boku. Czekał, aż na niego spojrzy.
W końcu się doczekał.
Spojrzał z ukosa, ledwie na sekundę, po czym ona znowu obróciła się profilem, ale nawet ta sekunda wystarczyła.
Równy, mądry i zabujany na całego. Szkoda, że sznajder - usłyszał Darnowski.
Zmieszał się. Cóż to ten „sznajder”?
Natężył się, żeby nie zgubić gasnącego głosu. Zrozumiał jeszcze tyle: Gdyby nie pryszcze na czole. I okulary, koszmar, oczywiście.
Na pryszcze nic nie mógł poradzić, ale okulary zdjął, potarł powieki ręką (tą na czarnym temblaku) – zmęczonym, smutnym ruchem. Ładny gest, widział to w kinie. Zarazem rozrzucił włosy, żeby opadły na czoło i przykryły ślady nadmiernej aktywności gruczołów potowych.
Pomogło!
Kiedy Reginka spojrzała na niego po raz drugi, usłyszał: Tak w ogóle to niczego sobie. Oczy smutne. Rzęsy.
Wtedy Darnowski popełnił błąd – uśmiechnął się. I Reginka od razu troszkę się odsunęła. Zaraz. Obślinionymi wargami.
Ach tak?
Rob specjalnie zaczął sapać i przysunął się bliżej, jak gdyby naprawdę zamierzał cmoknąć ją w policzek. W rzeczywistości dopiero co zrobił ważne odkrycie: po drugim zetknięciu się spojrzeniem uchwycił jej głos wewnętrzny mocniej, i ten już teraz nie milknął, chociaż Reginka nie patrzyła na wielbiciela. Okazuje się, że na myśli rozmówcy można nastawiać się jak na falę radiową? Ciekawe!
Tylko żeby nie urazić. Że jesteś fajny, ale nie w moim typie. Nie, fajny, ale nie ten, przyjaciel. Tak, coś o przyjaźni…
– Co to jest węglan sodowy? – spytał Darnowski, z zainteresowaniem oglądając słoik pełen jakiegoś niebieskawego świństwa.
– Nie, to kryształki siarczanu miedzi. – Hura, bez buziaczków. Ale o czym on mówi?
Doskonale: odczuwa nie tylko ulgę, ale i rozczarowanie. Urażona ambicja. Tak trzymać.
Odsunął się, ale nie gwałtownie; ostrożnie, tak żeby nie zgubić fali.
Zapadło milczenie, nie wrogie jednak, tylko przyjazne. A myśli Reginki pobiegły we właściwym kierunku: Fakt, że ładny. Nie Delon, to jasne. Bez wariantów. Ale przyjaciel. Książki i takie tam. La la, tak od serca.
Ja ci dam la la. Darnowski zmrużył oczy. A co to w jej języku „delon”? Chłopak, który nadaje się na amanta. Dobra, kotku, zaraz będziesz miała i Delona, i Belmondo na dodatek.
– Co myślisz o Ludce Dejneko? – zapytał o ładną dziewczynę z klasy „b”, z którą Reginka od dawna rywalizowała.
– A bo co? Skąd tutaj Ludka? O czym on?… - Odwróciła się i spojrzała na niego.
Ale on specjalnie nie patrzył na nią, nadawszy twarzy marzycielski wyraz.
– Ładna – westchnął. – Podobna do Brooke Shields.
– Rzecz gustu. Nie widziałeś jej w szatni… Też coś, ma żyłki na cyckach. Szkoda, że nie mogę. A może powiedzieć?
– W szatni? Chętnie bym popatrzył. Wyobrażam sobie ten biust. – Rob podniósł oczy do góry.
Prawdziwy głos Reginki ze wzburzeniem zatrajkotał: Co, nie buja się? Czy w Ludce? Biust. Ona biust? Chyba ślepy?
– Jak kozie wymię – powiedziała miss szkoły, wykrzywiając usta.
– Naprawdę? – spytał Rob z niedowierzaniem.
I zabębnił palcami po szkle, tak jakby się z nią nudził. Albo może myślał o Ludce.
Reginka wytrzymała niedługo, może z pól minuty.
Profil ma niczego. No to zobaczysz. Ludka, tak? Ludka? No dobra, to na całość.
Leciutko dotknęła jego ramienia i miodowym głosem zaśpiewała:
– Robik…
Dalej, dalej, odwróć się, rękę na ramieniu. W oczach mgła. Popatrzeć chwilę i oczy w dół. Piersi ach, ach. Zadziała. Tylko nie zanadto, bo będzie lizanie.
– Aha? – spytał, odwracając się, roztargnionym głosem. – Co takiego?
Jej twarz była całkiem blisko. Oczy zamglone (lekko poruszyła rzęsami, żeby białka oczu były wilgotne), biust szóstka chodzi raz-raz, usta wpółotwarte. Spomiędzy drobnych, równych zębów wysuwa się koniuszek języka.
Ale Rob nie dawał się nabrać. Wytrzymał pauzę.
Zaczęła panikować: Nie działa? Nie działa! Inny by pocałował. No! No! No, proszę!
Dopiero kiedy doczekał się tego „proszę”, energicznie wziął ją w ramiona, i jak pisze się w starych powieściach, przywarł ustami do jej ust.
Przedtem jeszcze raz zajrzał jej w oczy. Kontakt? Jest kontakt!
A, a tak, tak! Masz, Ludka! Dobrze! Odsunąć się! Jeszcze pięć sekund i dos… raz dwa trzy, cztery pięć, sześć, siedem. Ale nie tak, głupku! Jak Pietka, koniuszkiem górną.
Jak to koniuszkiem? Czego koniuszkiem? Języka? Po górnej wardze, tak?
Spróbował.
Głębiej, no, nie rozumiesz?
Rozumiem panią. Wsunął język głębiej, przesunął po jej wardze, ale od wewnątrz, i od razu został wynagrodzony.
No, nareszcie! I tutaj, tutaj. Tak! Lepiej niż Piętka, lepiej! A ręka tam! Tylko nie jak Pietka, wszystko zepsuje. Tam, a nie tam!
To już było trochę trudne. Gdzie niby „tam” i gdzie „nie tam”?
Darnowski na chwilę oderwał się od ust, popatrzył jej w oczy i od razu było jasne, gdzie się pchać w żadnym wypadku nie należy, a gdzie koniecznie trzeba, przy czym tak prędko, jak tylko się da.
„Nie tam” to jest pierś. Widocznie szóstka sprawiała, że wszystkie pietki najpierw łapały za biust, a ona tego nie lubi.
„Tam” to plecy, na to by za Chiny nie wpadł.
Rozpiął guziki na szkolnym fartuchu, pogłaskał gołe ciało nad zapięciem stanika i skóra pokryła się wdzięcznymi mrówkami.
Oj, oj, dobrze. A teraz tam. Nie, nieśmiały, będzie się bał.
Ale Darnowski się nie bał.
Podniósł sukienkę, pogmerał troszeczkę ręką w jakichś jedwabnych łaszkach i gumkach, ale się nie obawiał, że zabłądzi, skoro wewnętrzny głos Reginki podpowiadał, dokąd ma podążać.
Do celu jednak nie dotarł, bo całkiem blisko, za drzwiami, zadudniła jakaś blacha, a po podłodze zaczęła szurać szmata.
– Ciocia Masza! Przyszła sprzątać! – Reginka oderwała się od jego ust i wyswobodziła.
Jej twarz pokrywał rumieniec, wargi miała obrzmiałe i mocno czerwone.
– Przyjdź w sobotę. Starzy pojadą na daczę, a ja zostanę, powiem, że muszę przygotować się do egzaminów – powiedziała lekko ochrypłym głosem, doprowadzając do porządku ukryte pod sukienką szczegóły garderoby. – Przyjdziesz?