Выбрать главу

– Trzeba mówić szybciej, pewniej. Przecież to Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa. Dobrze, damy panu jeszcze szansę.

Spróbował ściąć go na datach, ale nie z Robem takie numery po Borisie Siergiejewiczu.

Wtedy paskudny Buldog zaatakował z drugiej flanki – zaczął pytać o nazwiska przywódców bratnich partii.

Ale dla Roba to była pestka, po prostu wystarczyło powtarzać za wewnętrznym głosem tamtego Gustav Husak, Nicolae Ceausescu, Erich Honecker, i tyle.

Ale kiedy w ruch poszli liderzy krajów afrykańskich i azjatyckich, które wybrały niekapitalistyczną drogę rozwoju, delikwent zaczął się denerwować. To już było skończone chamstwo. Załatwi go ten kundel, dołoży mu, jak nie kijem, to pałką.

– …Samoramaszel…Mengistuhajlemariam – powtarzał głośno za wewnętrznym głosem przewodniczącego (ohydnym, warto dodać) tę całą abrakadabrę, ale też, jak mógł, sam ruszał mózgiem.

Trzeba było przejść od obrony do ataku, inaczej wyleci na aut.

Po raz pierwszy obdarzył uwagą pozostałych członków komisji, którzy przez ten czas nie wypowiedzieli ani słowa.

Zadbana, miła kobieta w średnim wieku patrzyła na męczennika z wyraźną sympatią. Biedaczek, wszystko umie. Jakież to jednak niesprawiedliwe… Ta nawet chętnie by pomogła, ale nic nie może. Kij z nią.

Popatrzył na młodego faceta. Pewnie asystent. Gapi się na Roba z zaciekawieniem, nawet z aprobatą. Cudowny dzieciak! Hipopotam się z nim zdrowo namorduje. Dalej, okularniku, niech się pomęczy. Ten też nie rokował nadziei. Tak samo jak baba, robił tu za doniczkę z paprotką.

A Hipopotam (bardzo trafne określenie) już zaczynał się wściekać. Jego wewnętrzny głos coraz gęściej rzucał mięsem. Mądrala… Żydek z całą pewnością. Niby mama z tatą Rosjanie, tak ma w papierach… Ale babcia pewnie jakaś Sara Mojsiejewna… No właśnie – matka Lidia Lwowna. Hm. Lwowna.

– Proszę wybaczyć, że pcham się z radami – z uśmiechem zakłopotania powiedział Rob. – Ale lepiej by pan zrobił, sprawdzając moją umiejętność logicznego myślenia. Przecież rozumiem, jakie to ważne dla przyszłego dyplomaty. A pamięć też mam fenomenalną, odziedziczyłem ją po dziadku ze strony matki, Lwie Iwanowiczu Sokołowie. Był arcymistrzem szachowym.

Tu już trochę skłamał, ale w dopuszczalnych granicach: dziadek był zaledwie mistrzem Swierdłowska. O babce Maro Aszotownie pewnie lepiej było nie wspominać. Hipopotam mógł nie lubić i Ormian.

A tamten otarł czoło chustką. Jezu Chryste, jak mi to cale chujostwo obrzydło. W wolny dzień stary płaszcz, kapelusz na oczy i kolejką do Ławry, świętym relikwiom się pokłonić, oczyścić duszę przed ojcem Jewłampijem.

I po tłustej facjacie przemknął cień błogiego uśmiechu. Z Jewlampijem? Aha.

– A dziadek ze strony ojca – Darnowski dalej grał naiwnego – w ogóle umiał na pamięć całą Biblię – i Stary Testament, i Nowy. Był synem diaka, a dosłużył się do archijereja.

Teraz Hipopotam drapieżnie zmrużył oczy.

Kłamie! Wpadł.

– Niech pan przyjmie do wiadomości, młody człowieku, że archijerejowie należą do duchowieństwa zakonnego, to znaczy składają śluby bezżenności i nie mogą mieć dzieci. Taaa, ma pan zbyt bujną fantazję. A dla tych, którzy lubią fantazjować, miejsca w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych być…

– Ależ on po rewolucji przeszedł na stronę władzy radzieckiej. – Rob uśmiechnął się prostodusznie. – Zrzucił sutannę, ożenił się. Miał już wtedy przeszło pięćdziesiątkę.

To akurat było szczerą prawdą. Niech sprawdzają, jeśli chcą. Dziadek Serafim miał szczęście: jako buchalter spokojnie pracował w fabryce tekstylnej do trzydziestego siódmego roku, a potem znowu mu się poszczęściło: nie zginął w łagrze, tylko zwyczajnie miał wylew…

I nagle coś drgnęło w mrocznej duszy przewodniczącego komisji egzaminacyjnej. Pomógł Robowi dziadek nieboszczyk, archijerej.

Chłopczyna wygląda jak ten Warfołomiej Niestierowa.

– Lubi pan malarstwo? – innym już, łagodniejszym tonem spytał Hipopotam.

– Bardzo. – Rob szedł bezczelnie na całość. – Szczególnie obrazy pędzla Niestierowa. Nie uwierzy pan, jak pójdę czasem do Galerii Trietiakowskiej, to patrzę godzinami, nie mogę się oderwać… A najbardziej podoba mi się obraz z młodzieńcem Warfotomiejem. Zna pan? Jak gdyby serce w człowieku rosło, trudno to wyjaśnić słowami.

Przewodniczący groźnie wysmarkał nos. Poruszył brwiami.

………! Było nie było! W końcu tylko jeden. W ostateczności. Tarnowski, Darnowski, powiem, że pomyliłem. Jak chcą, to niech go zetną na egzaminie. Złoto nie chłopak.

Rob wyszedł z rozmowy kwalifikacyjnej spocony, ale zadowolony.

Na podwórzu czekała Reginka, okropnie przejęta. Sama miała wszystko pozałatwiane, tato – przedstawiciel handlowy – zaklepał jej dawno miejsce na ekonomii.

– No jak, Robik?

– W porządku.

– Hura!

Objęła go, pocałowała namiętnie, ledwo się od niej oderwał. Zdający patrzyli na Darnowskiego z zazdrością. Taka Marilyn Monroe wiesza mu się na szyi, a ten jeszcze się krzywi. Reginka wyszeptała rzeczowo:

– Mam klucze od daczy. Pojedziemy, uczcimy to?

A to wampirzyca nienasycona! Cóż to, wynajęła go? To do mieszkania, to na daczę. Zdrowie można stracić.

– Nie teraz, muszę szykować się do egzaminu.

Wypracowanie o Pawce Korczaginie napisał bardzo ostrożnie, żeby nie zrobić ani jednego błędu. Dostał, ma się rozumieć, nie piątkę, tylko czwórkę za „niedostateczne rozwinięcie tematu”; nie znaleźli nic innego, żeby się przyczepić.

Ale o angielski można się było nie martwić, zdawało się tylko ustny.

Egzaminatorka o wyglądzie starej panny, z upiętym na tyle głowy płowym warkoczem, mrugała bezradnie umalowanymi oczami; jeszcze, króliczka, zsunęła na nos okulary.

Darnowski uśmiechnął się przebiegle i w myślach zaśpiewał: „Patrzę na jasne warkocze, spotykam ufny twój wzrok”.

Głośno zaś powiedział z emfazą:

– Good morning! What a nice day we are having today!

Rozdział piąty

Sieg heil!

Kiedy wrócił z kuchni na korytarz, ojczyma już tam nie było, tylko na linoleum ciemniało kilka kropel krwi.

Rożnow dobrze go wyczuł. Szary miał ochotę dać tej świni jeszcze parę razy po ryju. I przy okazji potrząsnąć łobuzem, czy aby nie schował gdzie trzech rubli albo choćby jednego.

Trzeba było się śpieszyć, żeby zdążyć przed glinami. Podobno w takim pogotowiu psychiatrycznym sanitariusze gorsi są od glin. Jak cię zwiążą, to nawet jęknąć nie będziesz mógł.

O syczowskich strach było choćby myśleć. Idź teraz i tłumacz, że nie chciałeś popchnąć Arbuza. Nie kogoś tam, tylko samego Arbuza! Za niego syczowscy urządzą takie polowanie, że nie wiadomo, czy człowiek wyjdzie z tego żywy.

No i ze swoimi, sondziarzami, niewiele lepiej. Że syczowscy nieźle stłukli Müllera i chłopaków, to gwarantowane. A za to popchnięcie Dronowa dostaną podwójnie. I on za to odpowie.

Szary wzdrygnął się, kiedy sobie przypomniał, jak gruppenführer zrobił sąd nad jednym chłopaczkiem z sonderkommanda. Biedak nic takiego znowu nie przeskrobał. Zgubił po prostu osiemnaście rubli z kopiejkami, a to była ich wspólna forsa.

Rozprawa odbyła się w kotłowni, ze wszystkimi szykanami. Müller usiadł na skrzynce, cały w czerni, chłopaki stanęli za jego plecami. A Worek (tak nazywano chłopaka) sterczał przed nimi sam jeden, na baczność. Błagał o wybaczenie, obiecał, że zdobędzie forsę w ciągu tygodnia.