A Müller tylko się uśmiechał – rola sędziego wyraźnie mu odpowiadała. Ogłosił wyrok i od razu kazał wykonać. Każdy po kolei podszedł do skazańca i napluł mu w twarz, a ocierać się tamten nie mógł. Potem musiał stanąć w drzwiach, nachylić się, a Müller rozpędził się i dał mu kopa, aż tamten wyleciał z kotłowni. I oświadczył pozostałym: teraz Worek jest podczłowiekiem i każdy honorowy chłopak z ferajny, kiedy spotka takiego na podwórzu, może, a nawet musi dać mu w ucho.
Worek nie zniósł takiego życia, po tygodniu najął się na budowę, układać Bajkalsko-Amurską Magistralę.
Szary też zwiałby na jakąś budowę, żeby tylko nie trafić na rozprawę do Müllera. Ale jak to zrobić bez dowodu?
Ogólnie wychodziło, że w którąkolwiek stronę by się obrócił – kanał.
Jedyną nadzieję stanowiła matka. Teraz, kiedy ją wypieprzyli z przedszkola, tymczasowo zatrudniła się w stołówce jako sprzątaczka. Przynajmniej to czy tamto podsunie do zjedzenia, w końcu musi człowiek żreć. To może i pożyczy synowi trzy ruble.
Dronow zabrał z domu wszystko, co można opylić: elektryczną golarkę Rożnowa, album ze znaczkami (do szóstej klasy zbierał, potem rzucił), kij hokejowy z autografem Bałdorisa. Ale kij można było sprzedać tylko komuś ze swoich, którzy widzieli, jak ubiegłej zimy Szary miał takiego farta, że po meczu CSKA – „Dynamo” Ryga dostał się do szatni. Obcy nie uwierzy, udowodnij mu, że nie nabazgrał sam flamastrem.
Z bramy wyskoczył objuczony jak wielbłąd. Na ramieniu kij hokejowy, na nim tobołek z resztą barachła.
Nagle zobaczył, jak na jego widok wstaje z ławki Müller. Kołnierz podniesiony, ręce w kieszeniach. I co najdziwniejsze – czysta gęba, bez siniaków.
– Sieg heil, Szary. Dokąd zasuwasz?
– W hokeja grać? Zima się chyba skończyła?
Gruppenführer był najstraszniejszy właśnie wtedy, kiedy tak miauczał jak kot i rozciągał grube wargi w półuśmiechu. Wartuje przy bramie! Może i reszta z nim przyszła?
Dronow ostrożnie powiódł oczami dookoła, ale innych chłopaków nie było. Jaką karę obmyślił dla niego Müller za tchórzliwą ucieczkę?
– Ale dałeś! – Gruppenführer pokręcił głową. – Zadziwiłeś mnie.
Szary zwiesił głowę i czekał. Niech już będzie, co ma być. W pierwszej sekundzie chciał rzucić kij i wyrywać przez podwórze, ale nagle oklapł, jak gdyby uszło z niego powietrze.
– Jak to ty tego Arbuza? Co? Musieli go wynosić. Kraba też uszkodziłeś – czysty nokaut. Czego się tajniaczyłeś, że tak możesz przylać?
Natrząsa się z niego, czy co?
Ale nie, we wzroku Müllera nie było drwiny; gruppenführer patrzył na niego z bojaźliwym zachwytem.
Podszedł, pomacał biceps Szarego, wzruszył ramionami.
– Niby zwyczajny. A tak mu jebnąłeś, że nawet się nie spostrzegłem. Normalnie jak Bruce Lee.
– Kto?
– Taki Kitajec, wszystkich kładzie. Stary ma na wideo, jak przyjdziesz do mnie, to ci pokażę.
Szaremu szczęka opadła; tak się zdziwił, że nawet nie spytał, co to jest „wideo”. Żeby gruppenführer kiedy zaprosił kogoś do domu? To się jeszcze nie zdarzyło.
– Nauczyliśmy syczowskich klasa. Popamiętają. – Müller sposępniał i powiedział z zażenowaniem: – Tylko że trochę chujowo wyszło. Bryka, jak spieprzał, to powiedział: „No, sondziarze, za to zapłacicie, jak dorośli. Tylko poczekajcie”. A ja mu: „Baniakiem mnie straszysz? Zetrzemy go na drobnej tarce”. Tak mu powiedziałem.
– Zetrzemy? Baniaka? – przeraził się Dronow.
Syczowski Baniak był największym kozakiem w Basmanowie. Nawet Sztyk, brygadier dworcowców, pierwszej bandy Basmanowa, obchodził go szerokim łukiem. Rzepa miał dwadzieścia lat, ale nie brali go do wojska, bo był po wyroku. Jeszcze jak chodził do zawodówki, jednemu chłopakowi z Klary Zetkin złamał grzbiet w bójce, teraz babka tamtego wozi po ulicy w wózku. A zeszłego Pierwszego Maja Baniak jednemu bykowi z Odincowa odgryzł nos na cacy, kiedy tarzali się po ziemi; potem lekarze próbowali mu przyszyć, ale nie dali rady. Chodzi teraz po Odincowie z bandażem w poprzek ryła. Szary pokręcił głową.
– Jak chcesz go zetrzeć?
– Dlaczego ja? – Müller klepnął go po ramieniu. – Ty. Ja zaraz syczowskim zasunąłem: „Jak wasz Baniak nie nasra w pory, to niech przyjdzie na Nieżdankę i z naszym Szarym się nawala”.
„Toko tak, toko tak, toko tak” – wybuchło stukanie kastaletów. Podwórze dookoła zakołysało się, widać je było jak za mgłą. Kotka biegnąca wzdłuż krawężnika zatrzymała się i dalej szła cichuteńko, skradając się strasznie powoli.
Nie bój nic, próbował Dronow przemówić sobie do rozsądku, i spytał niedbale:
– Niby kiedy?
A gwizdać na to, pomyślał. I tak zwiewam. Teraz skoczę do matki, wyciągnę forsę i na pociąg. Sami się z Baniakiem bawcie.
– Cooo? – zaśpiewał gruppenführer pytająco. Nie dosłyszał.
– Kiedy mam iść? Na Nieżdankę? – powtórzył Szary wolniej.
– Nooo, teeraaaz, zaaraaz. Maasz, łyykniij… Caały jesteeeś blaaadyy.
I powoli wyciągnął ćwiartkę z kieszeni swojej czarnej skóry.
Szary łyknął na zdrowie. I nic, pomogło. Po pół minucie stukanie ucichło, przeszło na zwyczajne „to tak, to tak”.
Miał teraz w dupie cały świat. Co będzie, to będzie. Jeśli Sieriodze Dronowowi od urodzenia pisane było, że kopnie w kalendarz, zanim skończy siedemnaście lat, to widać taki jego los. Niech lepiej Baniak na śmierć go zatłucze, niż miałby mu złamać kręgosłup albo odgryźć nos. Jak można żyć bez nosa?
– Nie sraj w gacie, Szary. Damy radę – mrugał do niego Müller, ale w jego oczach wyraźnie widać było strach, już się nie cieszył, że tak szpanował przed tamtymi. – Walnij go tak, jak wtedy Arbuza. I po zawodach. Padnie jak kawka.
– Nie jestem żaden Szary – czknął Dronow. – Że ty jesteś czarny, to ja nie muszę być od razu szary, rozumiesz?
Nigdy mu się ta ksywka nie spodobała. Co to on, walonek jest, czy co?
Gruppenführer uniósł obie dłonie: nie ma sprawy.
– Rozumiem, z Szarym koniec. A jak mamy do ciebie mówić?
Dronow ruszał mózgiem, jak mógł, ale tak z punktu nie umiał wymyślić nic sensownego.
– Sierioga.
– Dobra, niech będzie Sierioga. Idziemy, Sierioga. Czas na nas.
Nieżdanka to była zapuszczona cerkiew; nikt nie pamiętał, dlaczego ją tak nazwano.
Kiedyś, dawno temu, mieścił się tam rejonowy magazyn towarów, ale już chuj wie ile lat stała pusta, zabita deskami. Miejsce wygodne, na granicy trzech miejskich dzielnic – Leninowskiej, Swierdłowowskiej i Dworcowej – tak jakby niczyje, kiedy więc coś było nie tak, dintojra odbywała się zawsze w Nieżdance.
Do rozprawy z syczowskimi Müller zebrał całe sonderkommando, nawet dwóch szczawików z zawodówki. W sumie jedenastu ludzi. Weszli z podwórza przez okno, tam gdzie deski się rozsuwały.
Syczowskich w środku jeszcze nie było.
Pod dziurawą kopułą krakały od czasu do czasu wrony; wysoki, półokrągły strop nieprzyjaźnie chował się w mroku, więc sondziarze jakoś od razu zbili się w kupę. Zgrywali oczywiście odważnych. I klęli, i nawet śmiali się, ale grube mury odzywały się takim przykrym echem, że od razu miało się ochotę mówić ciszej, a najlepiej w ogóle szeptem.
Gruppenführer, jak mógł, dodawał otuchy swemu tchórzącemu wojsku:
– Soldaten, Baniak naszemu Sieriodze nie podskoczy. Gazer, powiedz im, jak Sierioga położył Arbuza – nie pięścią nawet, tylko barkiem.
Gazer zahuczał ponuro: