– Ja tam nie widziałem. Jak mnie Arbuz zaprawił, to byłem denat.
Sam Dronow stał oparty plecami o ścianę. Wóda ze łba jeszcze mu nie wywietrzała i był jak w półśnie. Po prostu czekał i słuchał swojego „to tak, to tak”.
Ale zauważył, że chłopaki trzymają się na dystans i gapią się na niego tak, jakby go pierwszy raz widzieli. Albo ostatni. Jak na trupa, pomyślał leniwie.
Pół godziny dreptali tak w miejscu. Pijackie otumanienie pomału zaczęło ustępować i w głowie Dronowa pojawiły się dwa niepodobne, ale widocznie pokrewne uczucia: strach i nadzieja. Może Baniak nie przyjdzie? Różnie bywa; mógł na przykład wyjechać. Albo pobici syczowscy nie mogli go znaleźć?
Już nabrał w płuca powietrza, żeby powiedzieć: „Baniak nawalił w pory. Nie przyjdzie. To co, idziemy?” – ale wtedy na całą cerkiew zadudniło, zatrzeszczało, aż wrony w górze z przestrachem zaczęły machać skrzydłami. To zabite na krzyż drzwi rozleciały się pod czyimś silnym uderzeniem.
Baniak uważał włażenie przez okno za coś poniżej godności, więc wyważył kopniakiem drzwi.
Przystanął w nich. Pokazał się w całej krasie.
Pierwszy wojownik Basmanowa miał łeb jak sagan, wielki i całkiem okrągły. Za tę głowę właśnie tak go nazwano. Wzrostu był niedużego, a za to równie szeroki, jak wysoki.
Obejrzał się i splunął.
– No, jesteśmy. Który to?
Zza ramienia wysunął się Arbuz, pokazał palcem Sieriogę.
– Ten tam, pod ścianą.
Baniak kiwnął głową, zrobił krok do przodu, a za nim gęsto ruszyły syczowskie byki – dużo, ze dwudziestu.
Sondziarze zgodnie cofnęli się w odległy kąt, z przodu został tylko Müller. No i jasna rzecz, Dronow; bo gdzie miał się podziać?
Baniak popatrzył na niego z niedowierzaniem i zapytał:
– Co jest, szczylu? Odbiło ci? Żyć się odechciało?
Sieriodze język przysechł do podniebienia. Chciałby nawet odpowiedzieć, ale nie mógł.
– Umowa była: jeden na jednego. – Müller obejrzał się na markotne sonderkommando. – Żeby wszystko było uczciwie, według zasad.
– Koszuli nie ma co krwią paćkać – powiedział Baniak sam do siebie, półgłosem, jak gdyby głośno się zastanawiając.
Zdjął koszulę, podkoszulek; nie patrząc, rzucił swoim, a tamci je złapali.
Stanął pośrodku cerkwi goły do pasa, cały w tatuażach: i baba tam była, i finka, i kopuła z krzyżem, różności.
To bandyckie malarstwo ostatecznie dobiło Sieriogę. Ulotnił się alkoholowy zapał, ulotniło otępienie.
Nagle jakby prąd go kopnął, aż zęby zaczęły szczękać, o kurna, w co ja wdepnąłem?!
Toko tak, toko tak, toko tak, podchwyciły kastalety. Szybciej, jeszcze szybciej niż zęby.
– Nooo, gnooojkiii – Baniak z lubością rozciągał słowa – zaaaraaaz teee waaaszoo pluuuskwee rooozgnioootę i wszyyystkiich rooozdeeepczee!
Ruszył ku Sieriodze, kołysząc się; prawa ręka za plecami, lewa trochę wystawiona do przodu. Płynnie podskoczył i wyciągnął tę lewą w kierunku szyi Dronowa.
Jak baletnica, przemknęło tamtemu przez głowę, chyba szpanuje. Bez trudu uchylił się przed rozczapierzoną dłonią – po prostu zrobił jeden krok.
Baniak łagodnie wylądował, obrócił się na obcasie i zrobił zamach nogą, żeby trafić przeciwnika w kolano. Ale znowu się spóźnił, przedobrzył – Dronow zrobił dwa szybkie kroki do tyłu.
Widok był okropny. Małe oczka Baniaka nabiegły krwią, baba na jego piersi spurpurowiała.
Zaryczał głucho i rzucił się na Sieriogę; trochę szybciej niż poprzednio, ale ten i tak zdążył odsunąć się i obrócić, tak że znalazł się z tyłu, za Baniakiem. Zobaczył jego muskularne plecy, szeroki kark z tłustą fałdą. Nagle przypomniał sobie, jak Müller kopniakiem wyrzucił Worka z kotłowni. I z całej siły kopnął w zad w dżinsach z miedzianymi ćwiekami.
A wtedy stało się coś przedziwnego. Rozkraczony Baniak wyleciał w górę i po chwili rąbnął o fresk na ścianie, prosto w bladego starca z siwą brodą. Potem osunął się, zostawiając czerwoną smugę na wyblakłej riasie świętego.
Sierioga zdrętwiał. Przykopał tamtemu rzeczywiście zdrowo, z całej duszy, ale żeby stukilowy kloc pofrunął do góry jak piłka?
Myślał, że teraz Baniak podniesie się i oszaleje do reszty, ale syczowski herszt leżał nieruchomo. Gruba ręka była dziwnie wykręcona, palce się rozgięły.
Nie żyje?!
Z tyłu rozległ się hałas.
W obawie, że teraz reszta byków rzuci się na niego, Sierioga zrobił w tył zwrot. Ale zobaczył tylko plecy. Syczowcy, bezładnie popychając się i depcząc, pognali do drzwi, a niektórzy wiali nawet przez okno.
Müller zgiął się w czarny zakrętas, lewą ręką uderzył w łokieć prawej, zaciśniętej w kułak, i przeciągle zawołał:
– Wieeecieee juuuż, gnooojee, kto tuuu jeeest paaan?
Koniec, dotarło do Sieriogi. Już po walce. Od razu oklapł. Ciężko mu się teraz oddychało. Z czoła ściekał pot. Za to „toko tak” przestało bębnić w uszach. Podszedł gruppenführer, objął go za ramiona.
– Wiesz co, Sierioga? Ty jesteś nadczłowiek. – Po czym dodał coś niezrozumiałego: – Blond bestia.
Ale Dronowowi nie zagadki były w głowie. Nachylił się, przewrócił Baniaka na plecy. Zobaczył błyskające białka oczu. Przełknął ślinę.
– Nieżywy?
Müller pomacał grubą jak pień szyję.
– Oddycha. Zaraz go ocucę.
Zaczął rozpinać spodnie, ale Sierioga odsunął gruppenführera.
– Nie rób tego. Za to cię rozwali, na śmierć. Kiedy ja wyjadę.
– Dokąd?
– Nie wiem. Tutaj nie mogę zostać.
I powiedział mu o szpitalu, o rozbitym oknie, no, a przede wszystkim o wariatkowie. Müller zaśmiał się.
– Nie mają prawa. Trzymaj ty się mnie, Sierioga, a ja cię nie dam tknąć. Jakby co, to włączę do sprawy ojczulka. Ja dla ciebie teraz gwiazdkę z nieba bym ściągnął, jasne? My, dwaj nadludzie, na całe pierdolone Basmanowo. I wszystkich będziemy mieli o, tu…
Potrząsnął zaciśniętą pięścią.
– Idź do domu, Sierioga, odpocznij. Zasłużyłeś. I nie zawracaj sobie głowy pierdołami. Wszystko będzie grało. Słowo gruppenführera.
W progu matka rzuciła mu się na szyję.
– Sieriożka, kochanieńki, co też pan doktor mówi? – zaczęła mamląc (przednie zęby Rożnow wybił jej jeszcze w pozaprzeszłym roku). I dalej go obejmować, obmacywać. – Że się rozbiłeś w autobusie?
Dronow odsunął się – od matki mocno jechało alkoholem.
– Jestem cały, wszystko w porządku. Jaki znowu doktor?
– A ten tam. – Wskazała w stronę korytarza.
I nagle – masz ci los, dawno go nie widział – z pokoju wylazł brodacz ze szpitala.
Sieriodze „to tak” skoczyło na „toko tak”, ale na parę sekund, nie więcej. Przypomniało mu się, co mówił Müller.
– Czego pan? Nie ma pan prawa! Nie pojadę! – cofnął się Dronow i cały się napiął: a co będzie, jak doktor ma ze sobą sanitariuszy od czubków?
– Nie denerwuj się, nie wolno ci! – powiedział lekarz szybko, ale spokojnie. – Przywiozłem ci ubranie, dokumenty. Dlaczegoś uciekł? Potrzebny ci jest spokój. Masz silną arytmię. Puls trzysta dwadzieścia, cztery razy szybszy niż normalny. To bardzo niebezpieczne. Serce może nie wytrzymać. No dalej, wejdź do pokoju, siadaj. Albo lepiej się połóż.
W pokoju brodacz zaczął mierzyć puls Sieriodze.
– Nic nie rozumiem… Normalny, siedemdziesiąt pięć.
Za to Sierioga zrozumiał. Kiedy ze strachu serce mu się ściska i we łbie z „to tak” przechodzi na „toko tak”, wtedy puls robi się cztery razy szybszy. To nie znaczy, że wszyscy dookoła zaczynają powoli mówić i poruszać się, tylko on sam jest cztery razy zwinniejszy. Ach, to tak! Dlatego nie wpierdolił mu ani Rożnow, ani nawet Baniak. Wydawało mu się, że poruszają się niczym senne muchy. Albo ludzie na filmie w zwolnionym tempie. A naprawdę to tamci byli normalni, tylko on skakał jak Charlie Chaplin.