– A co ze stukaniem w głowie? – spytał zakłopotany doktor. – Nie dokucza ci?
– Przeszło. – Sierioga machnął ręką. – Jak wyszedłem na ulicę, od razu wiatr mi głowę ochłodził. A nie pomyliło się coś panu z tym trzysta dwadzieścia?
Nie bał się już teraz brodatego ani trochę.
– Mogło się zdarzyć – wymamrotał zafrasowany lekarz. – Daj, to zmierzę jeszcze raz.
Teraz wyszło nawet siedemdziesiąt.
– Trzeba mniej pić. – Sierioga wyswobodził rękę. – Lekarzowi nie wypada.
A myślał sobie: cztery razy szybciej! Czterokrotnie!
Kiedyś Sierioga Dronow sądził, że tylko w kinie życie może odmienić się tak szybko. Albo w bajce. Że niby żył sobie mizerota, pomiatał nim każdy, kto chciał, i nagle – ciach, złapał czarodziejskiego szczupaka albo Konika Garbuska. I od razu wszystko pcha się drzwiami i oknami: i to, i tamto, i pól królestwa na dodatek.
Po pierwsze, Rożnow. Tyle się męczył Sierioga z tą zarazą, a tu – szast-prast, i nie ma Rożnowa.
Po dintojrze w Nieżdance Sierioga myślał, żeby spuścić ojczymowi prawdziwe manto – i za karcery, i za wybite zęby mamy, ale Rożnow już się w domu nie pokazał. Tak się przeraził dziarskiego pasierba, że nawet swoich łachów nie zabrał. Nawet z administracji się zwolnił. Wyjechał w świat i cześć, tak jakby go nigdy nie było.
Mama przepłakała cały dzień, a potem przestała. Sierioga miał z nią poważną rozmowę: jak będziesz chlać, to uważaj. Matka tylko głowę w ramionach schowała, i od tej pory nie widział jej pijanej. Pewnie taką już ma duszę, że się musi kogoś bać, jak nie męża, to syna.
W domu odtąd było dobrze. Czysto, spokojnie. Jak chce się żreć, to w lodówce jest zupa, kotlety. W nocy nikt się nie drze, nie wymyśla, śpij, człowieku, ile chcesz.
Dronow spał teraz do późna. Dlatego, że za dnia i wieczorami roboty było do licha i trochę. Pomagał Müllerowi zaprowadzać Nowy Ład w Basmanowie. W tym sensie, że sonderkommando od tej chwili w mieście jest najważniejsze; jak powie jego gruppenführer, tak ma być.
Zaczął od dwóch sąsiednich ferajn, wziął je pod swoją komendę, nazwał „brygadami”. Poszło mu z tym łatwo. Zabrał ze sobą Sieriogę, powiedział: ty nic nie gadaj, wystarczy, jak będziesz ze mną.
O tym, że Sierioga załatwił Arbuza i samego Baniaka rozsmarował na ścianie, wszyscy już wiedzieli. Dronow cieszył się teraz w mieście wielkim autorytetem.
Dawnych sondziarzy Müller też przechrzcił na brygadę. Sieriogę mianował brigadeführerem i swoim pierwszym pomocnikiem.
Potem pogadał z tym i owym spośród syczowskich. Ci, bez Baniaka, którego zawieziono do szpitala ze złamaniami i pękniętą śledzioną, zaczęli się gryźć między sobą: jedni stali murem za Baniakiem, inni się odsunęli, uznali Arbuza za wodza. No, a ten powiódł ich pod rozkazy Müllera i też został brigadeführerem.
Teraz można było stanąć w szranki z dworcowymi.
Tam za pierwszego w grupie był Sztyk, dorosły chłopak. Nie zajmował się drobnicą, znał poważnych ludzi z Moskwy, robił geszefty z tirowcami.
Müller wezwał go na spotkanie, na rozmowy. Ze sobą wziął tylko Sieriogę. Ostrożny Sztyk przyprowadził ośmiu.
– Dasz radę, jakby co? – kątem ust wyszeptał gruppenführer, kiedy zobaczył tyle luda.
– Łatwiutko. – Dronow wzruszył ramionami, pewny, że „toko tak” go nie zawiedzie.
– A jak wyjmą kosy?
– Nie ma sprawy. Tylko ty odejdź na bok, żeby cię nie pocięli.
Też coś – kosy. Zanim tamci się zamachną, on przejdzie między nimi, jakby stali nieruchomo. Nim zdążą mrugnąć, dostaną po uszach. A cztery razy szybszy cios pięścią to jak rąbnięcie zderzaka ciężarówki pędzącej sześćdziesiątką.
– Dobra – zgodził się Müller. – Jak powiem „Wal!”, to walisz, Sztyka – pierwszego.
Tym razem Sierioga omal się nie obciął.
Rozmowie wcale się nie przysłuchiwał, czekał na komendę. Prawdę mówiąc, miał ochotę jeszcze raz sprawdzić swoje „toko tak”.
Sztyk zerkał na niego z obawą, byki też nie spuszczały oka. Miło było.
Ale kiedy układy się zerwały i Müller krzyknął: „To tak? Wal ich, Sierioga!” – nic się nie stało. Serce się nie obudziło, po dawnemu wystukiwało swój rytm „to tak, to tak”.
Sierioga zrozumiał, co jest grane, ale za późno. Bardzo już był pewny siebie, nie czuł strachu. A bez tego „toko tak” był jak silnik bez zapłonu – nie zacznie działać.
Zamachnął się, żeby Sztykowi przyłożyć w ryło, ale wyszło słabiutko. Tamten odskoczył i jak nie ryknie:
– Chłopaki, kosami ich!
Trzech wyciągnęło knypy, rzucili się na Sieriogę. A wtedy jego motor z przestrachu zaskoczył. Można powiedzieć, z półobrotu.
Toko tak, toko tak, toko tak!
Dalej było już łatwo. Wygrzmocił całą ósemkę, wystarczyło góra pół minuty. Potem popędził za Sztykiem, który nawiewał co sił w stronę prospektu. Starał się, biedak, łokciami wiosłował i zdążył odbiec daleko – dwieście metrów. Tyle że Sierioga przy swoim „toko tak” dogonił go raz-dwa. Podstawił mu nogę, dołożył po karku i szef dworcowych rąbnął gębą o asfalt. Dronow przydepnął go nogą, żeby się nie rzucał, i trzymał tak, dopóki nie nadszedł Müller.
Puls Sieriogi wrócił już do normy, więc gdyby Sztyk chciał, łatwo mógłby się wyswobodzić. Ale skąd miał o tym wiedzieć? Leżał spokojnie, bez ruchu.
A kiedy Müller wyjaśnił mu, jakie teraz w Basmanowie zapanują porządki, Sztyk nie protestował, siedział jak mysz pod miotłą.
Nie wytrzymał tylko, kiedy gruppenführer powiedział:
– Będziesz mi od swoich tirów odpalał po dwie stówy na tydzień.
– Co ty? – wychrypiał Sztyk spod buta Sieriogi. – Po dwie nie mogę, jeszcze z Moskwą muszę się dzielić. Najwyżej jedną.
Zaczęli się targować, ale Sieriodze nie forsa była teraz w głowie. Mocno się przestraszył, że kastalety kiedyś go zawiodą.
Krótko mówiąc, był nerwowy. I chodził nieswój przez kilka dni.
Na szczęście pomógł mu przypadek.
Przyszywał sobie guzik i wbił igłę pod paznokieć. Zabolało jak cholera.
Nagle kastalety same z siebie jak nie zaczną: toko tak, toko tak, toko tak!
Wtedy Sierioga zrobił ważne odkrycie: na przyśpieszenie wpływa nie tylko strach, ale także ból.
A potem okazało się, że można obejść się i bez bólu. Wyjaśniło się to na naradzie wszystkich basmanowskich brygadierów, którą zwołał Müller, by obgadać Nowy Ład. Sieriogę oczywiście wziął ze sobą, a ten nie głupi, schował igłę do kieszeni. Jak będzie kanał, to wetknie ją sobie pod paznokieć, a wtedy już nikt mu niestraszny.
No i był taki moment, kiedy się wydawało, że zaraz będzie ogólne mordobicie.
Kiedy Müller haftował o swoim Nowym Ładzie – o brigadeführerach i jeszcze jakimś szwabskim chujostwie, tamci spokojnie go słuchali. Kiedy powiedział, że z miejskiego rynku trzeba wygnać „nie-Aryjczyków”, nawet gorąco go poparli, i Tiucha, brygadier, to jest brigadeführer thälmanowców, krzyknął, bo nie dosłyszał: „Tak, od Asyryjczyków trzeba ściągać forsę, bo obrastają w tłuszcz, wołgami się rozbijają!”.
Ale potem gruppenführer naskoczył na Sztyka, a wtedy zapachniało zadymą.
– Z tirowcami – powiedział – sam będę pracował. Ty mnie będziesz robił w lewo.
Sztyk pobladł.
– Chcesz mnie załatwić?
Wstał, a razem z nim trzech byków, których ze sobą przyprowadził.
Sierioga też się zerwał, ale serce nie chciało przyśpieszyć, trzeba było wyjąć igłę. Wystarczyło, by zbliżył ją do palca i przypomniał sobie, jaki ból czuł wtedy pod paznokciem, a puls zerwał się, załomotał jak szalony.