Obeszło się bez mordobicia. Sztyk popatrzył na Dronowa, który bez słowa stanął za plecami gruppenführera, i smutny się zrobił, usiadł z powrotem.
Od tego wypadku igiełka stała się najlepszą, nierozłączną przyjaciółką Sieriogi. Nigdy się z nią nie rozstawał. Nawet kiedy się kąpał w rzece, wtykał igłę do kąpielówek.
Sierioga szedł kiedyś samotnie wzdłuż torów. Z Nieżdanki, gdzie Müller miał teraz bunkier, do domu. Miejsce odludne, prawie nikt tamtędy nie chodził, szczególnie po zmroku, ale on przecież nie musiał się nikogo bać.
Nagle z tyłu usłyszał szmer. Odwrócił się – od płotu oderwały się dwa cienie. Popatrzył na tamtych spokojnie, poczekał, aż podejdą.
To był Sztyk, a z nim jeszcze jakiś chłopak, z wyglądu może dwudziestopięcioletni. W dżinsowym garniturze i bejsbolówce z idiotycznie długim daszkiem. Kiedy się zbliżyli, okazało się, że chłopak ma twarz płaską i prawie bez ust, a spojrzenie nieruchome: nie mrugał oczami.
Sierioga nie przestraszył się ani trochę. Nic złego nie przyszło mu na myśl. Przecież Sztyk nie jest wariatem, żeby z jednym bykiem chodzić na niego, Sieriogę Dronowa?
Domyślił się: chcą go przekupić.
Kiedy stał się pierwszym brigadeführerem przy Müllerze, dostawał po setce na tydzień. Ubrał się ekstra, matce nakupił ubrań, zaczął przemyśliwać o motorze „Ural”. Ale Sztyk nie taką forsę dostawał od szoferaków, którzy wozili lewy towar do Moskwy. Müller mówił, że grube tysiące.
Nie żeby Sierioga chciał sprzedać kumpla za bańkę albo nawet dwie, ale ciekaw był, ile też mu zaproponują.
Ale Sztyk nic nie zaproponował.
– Ten? – spytał go płaskolicy.
– Ten. Jak jego nie będzie, to się skończy ten syf. Bez niego Müller jest jak dziura od obwarzanka.
Wtedy Sierioga popatrzył uważnie na chłopaka. Mówił, jakby był z Moskwy, rozciągając słowa. Ale nie o wymowę chodziło. Oczy miał straszne. Jak dwie czarne dziurki.
Samo to spojrzenie, bez żadnej igły, sprawiło, że Sieriodze włączył się system.
Moskwianin, nie śpiesząc się (chociaż w rzeczywistości pewnie strasznie szybkim ruchem), wyciągnął z kieszeni czarny przedmiot.
Pistolet! Prawdziwy!
Zaczął go podnosić.
Jak tylko Sierioga zobaczył, że palec naciska na spust, a lufę w środku rozjaśnia wybuch prochu, ocknął się i szarpnął na bok.
Prawie nie słyszał wystrzału (po torach akurat jechał z hukiem skład towarowy), tylko coś świsnęło mu koło ucha.
Nie mógł biec z powrotem na ulicę – Sztyk i chłopak zagrodzili mu drogę. Z prawej był wysoki płot. Z lewej pędził pociąg. Pozostawało jedno – biec wzdłuż torów. Tylko kula mimo wszystko go dogoni, jest nie cztery razy, ale sto razy szybsza.
Nie pobiegł, na tyle miał rozumu. Cofnął się, nie odwracając oczu od pistoletu.
I znowu w samym momencie strzału skoczył na bok. I jeszcze raz. I jeszcze.
Bach! Bach! Bach!
– Ale szybki, skurwiel! – zaklął moskwianin, wystawił rękę ze spluwą do przodu i ruszył prosto na Dronowa.
Ten zawrócił i pogonił wzdłuż szyn, ile miał siły w nogach, starając się biec nie wprost, tylko zygzakami.
Towarowy przejechał, a Sieriodze już niewiele zostało do przejazdu z automatycznie opuszczanym szlabanem. A tam jeżdżą samochody, świecą latarnie – byle tylko dobiec.
Teraz rąbnęło głośno, a kula świsnęła tuż koło szyi.
Sierioga z przestrachu przymknął oczy i… nie zauważył kamienia pod nogami. Z rozpędu wyrżnął gębą o ziemię, mało co nie fiknął kozła. Boli!
Chciał się podnieść, a tu prawa noga odmówiła posłuszeństwa! Skręcił ją. Może w ogóle złamał.
Niedaleko uszedł pogoni, trzydzieści metrów. Gdyby nie ta noga, toby zwiał, a tak koniec, po zawodach.
Moskwianin nieśpiesznie truchtał do niego dróżką, w biegu zmieniając magazynek. Sztyk podążał za nim.
Nagle ktoś głośno zawołał:
– Eeeej, chłooopaaakiii! Cooo tuuuu sieee uuu waaas wyyyyraaabiaaa?
Na przejeździe, po tamtej stronie torów, stał jakiś facet, lepszy gość – w kapeluszu, w krawacie. Na pewno nie słyszał wystrzałów, bo ze strachu wiałby, gdzie pieprz rośnie.
Moskwianin się zatrzymał, obejrzał na Sztyka.
Tamten machnął ręką: zmywamy się!
Jasne, po co im świadek? Co innego stuknąć Sieriogę Dronowa i potem rzucić pod pociąg. A całkiem co innego rozwalić solidnego gościa w kapeluszu. Tym bardziej że stała tam jeszcze czarna wołga z zapalonymi światłami. Zdaje się nawet, że w środku siedział kierowca.
Po Sztyku i jego moskiewskim kumplu nawet śladu nie zostało.
Obywatel zbliżył się.
Najpierw ledwo się ruszał, ale kiedy Sierioga zrozumiał, że przeżyje, i wyłączyło się „toko tak”, krok nieznajomego od razu zrobił się szybszy.
– Za co chcieli cię zastrzelić? – spytał z ciekawością, przysiadając w kucki.
To znaczy, że jednak słyszał wystrzały? I nie uciekł? Dziwne!
– Nogę sobie uszkodziłeś? – Facet pomógł Sieriodze się podnieść, doprowadził go do sągu drewna i posadził na nim. – Szkoda. O takie nogi trzeba dbać! Co za szpurt!
– Co takiego? – zaniepokoił się Dronow.
– Szpurt. Ostry bieg do przodu. Nie mierzyłem, ale tak na oko wygląda mi na rekord świata. Oczywiście, kiedy człowiekowi celują w plecy z makarowa, to każdy wyciąga nogi, ale takiej szybkości jeszcze nie widziałem. No, więc dlaczego ten chłopak do ciebie strzelił?
Nie „strzelał”, ale „strzelił”? To znaczy, że wujo widział tylko sam koniec – kiedy Sierioga gnał, pochylony, wzdłuż torów. No jasne, wcześniej towarowy mu zasłaniał.
– Nie wiem. Jakaś żulia się przyczepiła – burknął Sierioga i pomacał kostkę. Zdaje się, że spuchła.
– A ty sam kto jesteś? – Ciekawski w kapeluszu trzymał temat.
Tak w ogóle to uratował mi życie, pomyślał Sierioga i odpowiedział uprzejmie:
– Sierioga jestem. Dronow.
– A ja – Iwan Pantelejewicz. Poznajmy się.
Mocno uścisnął rękę Dronowowi.
Potem odwrócił się w stronę samochodu i krzyknął:
– Ej, Wołodia, chodź no tu!
Jeździ czarną wołgą, i to jeszcze z szoferem; widać jakaś szycha.
Wóz przejechał na drugą stronę torów i podjechał tuż pod sąg-
– Dobra, nawróć teraz. Poświeć tutaj długimi.
Sierioga zasłonił oczy przed mocnym światłem, a Iwan Pantelejewicz przysiadł, rozsznurował mu but i ostrożnie poruszał stopą.
– Cicho, nie szarp się… Dzięki Bogu, złamania nie ma. I więzadła chyba całe. Miałeś szczęście, i sokoły też.
O jakich sokołach mówi, Sierioga nie przyswajał. Pomyślał, że może źle usłyszał.
– Pan jest lekarzem, tak?
Bo facet obmacywał nogę bardzo wprawnie, tak że nawet nie bolało.
– Nie, Siergiej, nie jestem doktorem – odpowiedział wesoło Iwan Pantelejewicz, prostując się. – Jestem człowiekiem, który dowierza swojej intuicji. A skoro ona nie wiadomo czemu każe mi nie siedzieć przy zamkniętym szlabanie, tylko wysiąść na chwilę z wozu i pooddychać świeżym powietrzem, to jej słucham.
Ile ten wujo ma lat, trudno było wyczuć. Twarz miał może niemłodą, ale też niestarą. Przyjemną twarz, mocną.
– A poza tym, Sierioża, jestem członkiem kierownictwa klubu sportowego „Leninowskie Sokoły”. Teraz pojedziesz ze mną, bo i tak na jednej nodze daleko nie doskaczesz. Pojedziemy do pewnego dobrego szpitala, gdzie ci założą elegancki opatrunek. A po drodze, Siergiej, musimy odbyć bardzo poważną rozmowę.