II Spełnienie marzeń
Rozdział szósty
Dzisiaj od rana soundtrack był jak oszalały. Robert jeszcze dobrze się nie obudził, a już usłyszał westchnienia trąbek i nerwowe piski smyczków. Wystarczyło otworzyć oczy i zmrużyć je od słonecznego blasku, wypełniającego sypialnię, by zabrzmiała uwertura: potężna, uroczysta, z momentami, które sprawiały, że Robertowi zamierało serce.
Muzyka zachowywała się niebanalnie także później, kiedy mył się, golił i brał prysznic. Potem niespiesznie „jadł swoje śniadanie” (lubił anglicyzmy, uważał, że przydają mowie niepowtarzalności i wdzięku) z żoną – wychodziła do pracy przed dwunastą, u niego zaś czwartek był „dniem bibliotecznym” – i ciągle przysłuchiwał się melodycznym breweriom w duszy czy też może w mózgu? Tej zagadki zresztą przez dziesięć lat nie udało mu się rozwiązać. Jeśli człowiek ma duszę, to chyba jednak w duszy.
Kiedy Robert był jeszcze smarkaczem i dopiero przyzwyczajał się do życia z Darem, nazwał swoją wewnętrzną muzykę „soundtrackiem do life story”. To wcale nie takie głupie określenie: spojrzenie na życie jak na film, w którym gra człowiek główną rolę. Co prawda, nigdy nie widział reżysera i nie czytał scenariusza, ale to samo można powiedzieć o wszystkich. Robert przynajmniej słyszy muzykę, a inni nawet tego nie mają. Muzyka do filmu Życie R. Darnowskiego była wysokiej jakości, nie taka jak w kiczowatych produkcjach filmowych, gdzie jeśli na ekranie jest coś smutnego, to jęczą flety i skrzypce, a jeśli ktoś zażartował albo poślizgnął się na skórce od banana, za kadrem rozlega się „cha-cha-cha”. Soundtrack Roberta często nie pokrywał się albo nawet kontrastował z tym, co się działo na zewnątrz. Tutaj, powiedzmy, jest dzień jak co dzień, niczego specjalnego się człowiek nie spodziewa, a muzyka obiecuje: uważaj, bądź w pogotowiu, dzisiaj coś się wydarzy.
Dlatego Darnowski od rana był czujny, uważnie patrzył i słuchał, bo wiedział, że soundtrack nigdy nie oszukuje.
Instrumentalne bogactwo i symfoniczny rozmach koncertu zapowiadały niezwykły dzień, ale na razie wszystko toczyło się zwykłą koleją. No, kawa z mlekiem, trochę przypalona grzanka, w radiu śpiewał Walerij Leontjew, żona mówiła o czymś nudnym.
Jak zawsze opuściła swoje słynne puszyste rzęsy i niegłęboko zaciągając się papierosem, leniwie opowiadała o spotkaniu z koleżanką z roku, córką byłego sekretarza KC. Robert słabo pamiętał tę Maszę Demiancewą, dlatego ledwie słuchał opowieści, koncentrując się na wewnętrznej ścieżce dźwiękowej.
– No, a co ona robi? – spytał z roztargnieniem.
– Odjeżdża – westchnęła żona, strącając słupek popiołu czerwonym paznokciem.
– W jakim sensie?
– W zwyczajnym. Bierze dragi i potem ma odjazd. Kiedy tatusia pochowali w murze kremlowskim, mężulek od razu dał nogę. A sama ni cholery nie umie. Wyprzedaje antyki i szprycuje się różnymi świństwami. Inną by już dawno wsadzili, ale cóż, ona nosi nazwisko Demiancewa.
– Jasne. – Robert stłumił ziewanie. – Jedziesz od razu do pracy?
– Tak. Potem pojadę do Ludki, obiecałam dziewczynom przywieźć nowe towary.
Żona Roberta miała godną zazdrości pracę, w Sowperfimeksie; tata jej załatwił. Z wyjazdami zagranicznymi, z dogodnymi godzinami pracy, a co najważniejsze, zawsze miała zapas firmowych flakoników z próbkami perfum, komplety kosmetyków, puderniczki i inne deficytowe towary. Sprzedając te drobiazgi przyjaciółkom i przyjaciółkom przyjaciółek, osiągała dochody dziesięć razy większe od pensji.
Była samodzielna. Złoto nie żona. Nawet jeździła własną „siódemką”. Dwa auta w rodzinie… Jeszcze niedawno uważano by to za szczyt burżujstwa, ale czasy się zmieniły. Teraz to nic specjalnego. Niektórzy jeżdżą nawet zagranicznymi samochodami i nikt krzywo na nich nie patrzy.
Darnowski obrzucił spojrzeniem kuchnię – przestronną, dwunastometrową, z kompletem fińskich mebli i jugosłowiańską zmywarką. Zaopatrzenie jak należy: i prawdziwa Nescafe w słoiku, i ser Viola, i dżem pomarańczowy – to dzięki dostępowi teścia do „koryta” dla wybrańców. Ale w ostatnim czasie wszystkie te nomenklaturowe wspaniałości przestały Robertowi wystarczać. Coś się psuło w państwie sowieckim.
Ile sił, ile nerwów, a co więcej, ile Daru zostało zużyte, i po co? System się rozwala, rozsypuje w diabły. To, co wcześniej wydawało się brylantem, zmienia się w zwykłe szkiełko.
Weźmy choćby mieszkanie. Południowo-zachodni rejon Moskwy, solidny ceglano-wielkopłytowy dom, sześćdziesiąt dwa metry powierzchni, czysta winda, nawet konsjerżka w bramie. Ale ajenci i właściciele firm teraz wykupują w centrum duże komunałki, płacą za nie pięć albo i dziesięć tysięcy, wyburzają ściany i urządzają prawdziwe apartamenty na europejskim poziomie. A jakie nazwy nadają tym cudeńkom: galeria, patio, ogród zimowy.
Albo taki samochód. Jeszcze rok temu, kiedy Robert jeździł swoją eksportową, wiśniową „dziewiątką”, wszyscy się gapili na niego z zazdrością. A teraz w Moskwie nawet mercedes nie jest rzadkością.
A jeśli chodzi o pracę, sytuacja też podobała mu się coraz mniej.
Nie tak dawno myślał, że na dobre osiodłał fortunę, zagwarantował sobie świetlaną przyszłość. Teść oczywiście dużo pomógł, główną zasługę Robert przypisywał jednak sobie. A dokładnie: swojemu Darowi. Chociaż nie wiadomo, jak postąpiłby z takim podarunkiem losu ktoś głupszy, ze słabego genderu.
Dawno temu, jeszcze w instytucie, Robert stwierdził, że ludzkość dzieli się na dwie płci, albo, jak się teraz mówi, na dwa gendery. Przy czym nie na mężczyzn i kobiety, bo te wszystkie cycki czy brody to tylko pozory. Słabi ludzie przez całe życie starają się być nie gorsi od innych. A silni za wszelką cenę muszą być od nich lepsi. Nieważne przy tym, co człowiek rozumie pod słowem „lepszy”: bogactwo, karierę, talent czy zalety moralne.
Najciekawsze, że w odróżnieniu od fizjologicznego gender mentalny nie jest dany człowiekowi raz na zawsze. Można go zmienić, tak jak to zrobił Robert. W poprzednim życiu, przed katastrofą, był typowym słabeuszem: ze wszystkich sił starał się nie odstawać od otoczenia i za diabła mu to nie wychodziło. Ale kiedy zyskał cudowny Dar Losu, przerzucił się do innej kategorii. Od tej chwili musiał wyprzedzać innych; i z tym świetnie dawał sobie radę. Bo ma łeb nie od parady, silną wolę, a w rękawie dżokera nie do przebicia.
W ciągu minionych lat Robert zrósł się z Darem na śmierć i życie. Gdyby mu go odebrano, stałby się jak ślepy. Gorzej niż ślepy. Z czasem Dar zmienił się w główny organ zmysłów, niczym węch u psa. Pies może oślepnąć czy ogłuchnąć i nie zginie, ale bez węchu staje się absolutnie bezradny.
Darnowski robił wiele eksperymentów ze swoim skarbem. Starając się określić granice jego możliwości, niekiedy popadał w marazm.
Na przykład jeszcze na pierwszym roku usiadł przed telewizorem i długo starał się złowić wzrok Leonida Breżniewa, kiedy ów stary gensek, z trudem obracając językiem, dukał coś z kartki. Może uda się odczytać myśli kierującego partią i państwem wprost z ekranu? Och, jakie perspektywy otworzyłyby się przed przyszłym specjalistą od spraw międzynarodowych!
Śmiech wspominać.
Bo do tego, by usłyszeć wewnętrzny głos człowieka, potrzebny jest bezpośredni kontakt wzrokowy.
No nic, z takim narzędziem można było i tak osiągnąć bardzo wiele.
Jak sportowcy podnoszą sztangę i wyrabiają sobie mięśnie, tak samo Robert rozwinął swoją „maskulaturę” do perfekcji. Nauczył się w czasie jednosekundowego „seansu” wyciągać z człowieka dwie albo nawet trzy minuty myśli.