Выбрать главу

Inna miała regularne, wręcz idealne rysy, ale przy tym lekko wiedźmowaty wygląd: pełne, obrzmiałe usta, bardzo biała skóra i cienie pod oczami, jak gdyby ślady namiętnej nocy (w rzeczywistości rzucały je długie i gęste rzęsy). Kiedy przy pierwszym spotkaniu spróbował zajrzeć jej w oczy, nic z tego nie wyszło. Takich rzęs u nikogo już nie spotkał. W dodatku Inna prawie nie podnosiła wzroku na rozmówcę, taką już miała manierę. Patrzyła w dół i w bok, a jeśli nawet spojrzała, to krótko: błyśnie oczami przez tę puszystą przegrodę, i tyle. To migotliwe, nieuchwytne spojrzenie podziałało na Roba niczym celna seria na samolot myśliwski: zestrzelony, zadymił tylko i runął w dół korkociągiem.

Najpierw zagrała podrażniona ambicja. Nieustannie starał się Innę przechytrzyć i podsłuchać jej głos wewnętrzny, o mało nie skręcił szyi. A kiedy zrozumiał, że przypadek jest beznadziejny, że nie zdoła się wedrzeć, po raz pierwszy w życiu zaczął się zalecać na serio, bez oszukiwania i podglądania. Najbardziej zdumiewające było to, że się udało! Diabli wiedzą, czym podbił Rob prześliczną rusałkę, ale widocznie coś w nim zobaczyła, coś się przedarło przez te jej rzęsy.

Kiedy wychodził od niej po pierwszej nocy, czuł się naprawdę szczęśliwy.

Znalazła się dziewczyna, której miłości nie zawdzięczał swojemu Darowi. I to jaka dziewczyna! A w duszę zajrzeć jej jeszcze zdążę; będzie okazja, powiedział sobie tego ranka.

Powiedział i pomylił się.

Z czasem okazało się, że Inna nigdy nie patrzy wprost, nie tylko zresztą na ludzi, ale i na przedmioty. Tylko ukradkiem, przez rzęsy. Może miała rozwinięte widzenie peryferyjne, a może chodziło o niedostatek ciekawości.

Tylko sobie przyglądała się długo, i to wcale nie spod rzęs. Mogła przesiedzieć dwie godziny przed lustrem, nakładając kosmetyki albo zajmując się swoimi cudownymi włosami. Niekiedy rozpuszczała je na ramiona, niekiedy splatała w warkocz, a czasem staroświecko zaczesywała do góry i lekko zmierzwiła, ale w każdej fryzurze było jej do twarzy.

Faceci na ulicy oglądali się za Inną, a ich twarze przybierały wtedy jednakowo pożądliwy wyraz, ale Robert nie był zazdrosny o żonę. Wiedział przecież, że mężczyźni wcale jej nie interesują. Po prostu ich nie zauważa.

Ta Śpiąca Królewna żyje we własnym świecie, do którego nikt nie ma wstępu. Ale przy tym jest i spostrzegawcza, i praktyczna, i bardzo bystra. Jak to wszystko się u niej łączy – Bóg jeden wie.

Po jakimś czasie Robert porzucił próby, by złowić jej spojrzenie. Dlatego, że zachorował na nią zupełnie poważnie. Przypuszczalnie na całe życie.

Niech zatem będzie na świecie jedna taka kobieta, najważniejsza ze wszystkich, która pozostanie dla niego tajemnicą. Przecież odgadnąć tajemnicę to znaczy zabić ją. I kogo w ten sposób się ukarze? Przede wszystkim samego siebie.

Po pierwsze, to głupie. Po drugie, nieuczciwe. A po trzecie, z ręką na sercu, czyżbyśmy chcieli wiedzieć, co naprawdę myślą bliscy ludzie? Wystarczy przypomnieć sobie dawny eksperyment z mamą…

Tylko z rzadka Robert pozwalał sobie zajrzeć przez dziurkę od klucza do podwodnego królestwa swojej rusałki, i to w całkiem określonym momencie – od razu po orgazmie, który zdarzał się u Inny bardzo rzadko. W takiej chwili, czując się bohaterem, delikatnie, jak gdyby ją pieszcząc, lekko rozsuwał jej powieki palcami. W oczach żony, wypełnionych blaskiem, posłusznie zapalały się kocie światełka, ale za każdym razem Robert słyszał jedno i to samo:

Jak dobrze, jak dobrze, mmm, dobrze, a to królik.

Kiedy za pierwszym razem zrozumiał, że sam jest tym „królikiem”, obraził się. Na głos nigdy go tak nie nazywała. Ale zastanowił się i uspokoił. Ludzie robią sobie różne zabawy. Tym bardziej że Inna uwielbiała króliki, miała je wszędzie – na breloczku od kluczy, na lusterku samochodu. Nawet na zimowej czapce pysznił się uszaty emblemat „Playboya”. Jeśli to był fetyszyzm, to ksywkę „Królik” należało uważać za pochlebną.

A nieuchwytne spojrzenie, jak się okazało, było dziedziczne w rodzinie Strojewów. Aleksandra Wasiljewna, teściowa, której inni mogli pozazdrościć, prawie nie otwierała ust, kiedy młodzi z rzadka odwiedzali rodziców. Patrzyła tylko na męża albo na nakryty stół, a jak co, to od razu zrywała się, żeby coś zrobić w kuchni. U Roba w domu pojawiła się właściwie jeden raz, na parapetówie. Przesiedziała cały wieczór, przekładając z miejsca na miejsce noże i widelce. Zdaje się, że nawet na rodzoną córkę nigdy nie patrzyła. Nigdy nie zdarzało im się poplotkować przez telefon, jak to zwykle robią normalne córki i matki. Widocznie Aleksandra Wasiljewna całą energię swojej leniwej duszy, cały skromny zasób namiętności, otrzymany od natury, zainwestowała w męża, błyskotliwego i żywiołowego Wsiewołoda Ignatjewicza.

Ten zaś monopolizował temperament swojej rodziny. Nie dziwota, że jego kobiety były takie niemrawe: większego ładunku elektryczności nie zniosłyby ściany żadnego mieszkania.

Diabli tam z teściową, choćby się nawet prosiła, ale teściowi Robert chętnie zajrzałby w oczy. Dałby wiele, żeby posłuchać jego prawdziwego głosu i myśli. Tylko właściwie po cholerę? Wsiewołod Ignatjewicz nie należał do mruków, nie chował wzroku, ale nigdy nie rozstawał się z ciemnymi okularami. W młodości, jako asystent na wydziale fizyczno-technologicznym, był uczestnikiem tajnych eksperymentów i, jak sam mówił, „szczenięca ciekawość” sprawiła, że znalazł się zbyt blisko wybuchu. Od tej pory zupełnie nie mógł znieść mocnego światła. Okulary miał specjalne, „kameleony”: przy świetle dziennym albo oświetleniu elektrycznym ciemniały do całkowitej czerni. No i patrz, człowieku, komuś w oczy przez takie okulary.

Ale poza szwankującym wzrokiem Wsiewołod Ignatjewicz był wyjątkowo zdrowym człowiekiem. W zimie jeździł na nartach, latem grywał w tenisa. Nosił tweedowe marynarki, doskonale okrywające jego wysportowaną sylwetkę, poruszał się lekkim, sprężystym krokiem, potrafił nawet chodzić na rękach. Robert chciałby tak wyglądać, gdy będzie miał pięćdziesiątkę.

Wsiewołod Ignatjewicz miał następujący życiorys. Jego ojciec pracował w organach w najcięższych, najgorszych latach. Zaczął za Dzierżyńskiego, skończył za Andropowa. Najwyraźniej miał mocne nerwy i bezbłędne poczucie miary. Kiedy współpracownicy rwali się do góry, on trzymał się w cieniu, uchylał od awansów. Czuł, że na górze jest najgorzej. A w górę poszedł, kiedy zrobiło się bezpiecznie, w latach pięćdziesiątych. Nagle okazało się, że jest świetnym organizatorem, weteranem z czasów leninowskich, wszyscy poprzedni szefowie (którzy co do jednego okazali się szkodnikami) go nie doceniali. Tak więc dziadek Inny zajął dokładnie to stanowisko, które chciał zająć, i przesiedział na nim do samej emerytury. Dostawał emeryturę taką jak działacz państwowy, umarł na daczy w wieku osiemdziesięciu pięciu lat, łowiąc ryby we własnym stawie. Robert nie poznał już staruszka, ale wnioskując z opowieści, musiał to być bardzo mądry człowiek.

Synem pokierował też nader roztropnie. Nie oddał go do Wyższej Szkoły KGB, tylko pchnął na wydział fizyczno-technologiczny. We współczesnym świecie fizyka jest nauką na wagę złota, a reszta już sama się ułoży. No i rzeczywiście: absolwenta z czerwonym dyplomem i w dodatku z takim ojcem Urząd przyjął, jak to się mówi, z otwartymi ramionami.